Niepozorny
wygląd
Pierre Reverdy
Pociąg gwiżdże i odjeżdża wśród dymu rzednącego nisko pod niebem.
To
długi konwój łez i na każdym peronie, gdzie trzeba się rozstać,
coraz to inne ramiona powiewają chustkami. Ale on jest sam i jego
okulary ciemnieją od łez innych, a może od deszczu uderzającego o
szybę, do której przyciska nos. Nikogo nie zostawił i nikt nie
będzie go oczekiwał na dworcu, gdzie wysiądzie.
Zresztą
nie ma zwyczaju opowiadać o swoich podróżach, nie potrafi opisać
miejsca, w którym był. Być może nigdzie nie był, a kiedy patrzeć
na niego, ze strachu, by go o coś nie zapytano, spuszcza wzrok lub
wznosi go ku niebu, gdzie rozpływają się wciąż nowe obłoki.
Po
przyjeździe, bez oznak radości lub zniecierpliwienia odchodzi sam w
głąb nocy i pod gazowymi latarniami oświetlającymi go raz po raz
niknie ze swoją walizeczką w ręce. Jest sam, można przypuszczać,
że jest sam. Jednak coś za nim idzie, a może ktoś, w dziwnym
kształcie cienia.
Przełożyła
Julia Hartwig
David
Tutwiler (1952-) - Homeward bound

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz