Archiwum bloga

czwartek, 21 grudnia 2017

Grabarze wciąż przy pracy

Grabarze wciąż przy pracy


Na cmentarzu

Lilit Pavell

Miasto białych kamieni
Ustawionych wąsko rząd przy rzędzie
Świat, którego nie sposób nie dostrzec
Imiona-imiona-daty
Grupy ludzi na drogach
odprowadzają swoich zmarłych
do ostatniego miejsca spoczynku
Powoli żałobnym krokiem
Nie powinno się zostać zmuszonym
do oglądania grabarzy przy pracy
Gdyby nie widziało się właśnie tej
ostatecznie-ziemnej czynności
można by uwierzyć,
że, ci którzy nas opuścili
wciąż tu są
W jakimś miejscu
Gdzieś bardzo daleko…

Przełożyła: kora-kora-kora

Auf dem Friedhof

Lilit Pavell

Stadt der weißen Steine
Schmal aufrecht Reih an Reihe
Unübersehbare Welt
Namen – Namen – Daten
Menschengruppen auf den Wegen
begleiten ihre Gestorbenen
zum letzten Ruheplatz
Langsam im Trauerschritt
Man sollte der Totengräber Arbeit
nicht zusehen müssen
Säh’ man das Letzte nicht
das Erd-Endgültige
könnte man glauben
daß sie da sind
die uns verließen
Weit weg
Irgendwo – - -

***

Komentarz Kornelii: jednoznacznie cmentarny, melancholijny wiersz izraelskiej poetki. Lilit Pavell urodziła się w 1912 roku w Szczecinie. Zapewne wciąż pozostaje przy życiu – nigdzie nie znalazłam informacji o jej zgonie. Jeśli odeszła, to bardzo niedawno. W 1933 roku wyjechała do Palestyny i dzięki temu uniknęła Zagłady. Najpierw tworzyła utwory liryczne po angielsku, dopiero w 1970 wróciła do języka swej pierwszej ojczyzny. Stało się po podróży do Niemiec, podczas której rozkwitły wspomnienia. Lilit Pavell pojmuje swoje wiersze jako protest przeciw „przemijalności” i „daremności”.
Cóż, ja też próbuję protestować i burzyć się przeciwko przemijalności, jak do tej pory z opłakanym wynikiem. O tym, że moja egzystencja jest jednym długim pasmem daremności, wspomniałam tu już wcześnie.
Wiersz jest kondensacją melancholii i smutku. Cmentarz jest miastem kamieni, a właściwie całym światem:

Świat, którego nie sposób nie dostrzec
Imiona-imiona-daty

Można udawać, że tej krainy śmierci nie ma, ale i tak wiemy, że wszyscy do niej trafimy, staniemy się jedynym z imion i dat.
Na cmentarzu odbywają się pogrzeby. Żałobnicy kroczą powoli, nie chcą oglądać grabarzy przy pracy. Pragną zachować złudzenia, że ich bliscy:

wciąż tu są
W jakimś miejscu
Gdzieś bardzo daleko..

Nie chcą przyjąć do wiadomości ostateczności śmierci, wierzą w dalsze istnienie człowieczej osobowości w zaświatach, nie chcą pogodzić się z nieuchronnym.
Oczywiście te ulotne nadzieje się nie spełnią. Złożenie do grobu, pogrzebanie, przysypanie trumny ziemią oznacza ostateczny kres. Potem już tylko rozkład, proch i otchłań zapomnienia… I właściwie żałobnicy o tym wiedzą.
Niestety, wypada się z powyższym zgodzić. Dopełzłam z najwyższym trudem do zimowej zmiany czasu, ale przyszła za późno. Jestem pozbawiona sił, markotna, obojętna, śmiertelnie zmęczona.
Jestem u rodziców, chowam się w moim pokoju pod kołdrą. Śpię, i nie mogę spać. Każde zanurzenie w turkusowe jezioro snu oznacza kolejny koszmar.
I znowu paraliżujące Święto Grobownictwa. Właściwie mogłabym powtórzyć z tej okazji wpis z poprzedniego roku, co świadczy, że ten paranoidalny blog powinien zostać zamknięty już dawno. Wnioski zostaną wyciągnięte już wkrótce.
Byłam dwa tygodnie temu na Starych Powązkach, wędrowałam prawie pięć godzin po narodowej nekropolii, podekscytowana, niemal radosna czytałam na wpół zatarte inskrycpcje.
Ale nie mam już duszy odpornej na cmentarne wyprawy. Potem przez kilka nocy dręczył mnie duszący sen – sama, zagubiona w nie kończącym się labiryncie grobowych pomników miotam się, nadaremnie szukając wyjścia.
I znowu te okropne Zaduszki -120 zł na sam wieniec, paskarskie ceny chryzantem przyprawiają o ataki gorączki. Właściwie niczego nie pamiętam z mojej przeszłości, tak naprawdę nigdy mnie nie było. Może dzięki temu mogę jeszcze funkcjonować. Ale gdy stoję nad grobem, widzę „swój” pomnik, wiem, bezlitośnie wiem, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że byłam już wcześniej, istniałam, podejmowałam działania, których skutki są równie opłakane i nieodwracalne.
Oddaję się perwersyjnym myślom, że gdy moi rodzice zejdą, sprzedam dom, będę miała pieniądze i już nigdy nie wejdę na ten potworny cmentarz. Komu bowiem pomogą chryzantemy i znicze? Niech umarli grzebią umarłych swoich.
Ale wydaje mi się, że ja pierwsza przestanę istnieć, nie somatycznie, ale umysłowo. Osobowość rozpada się coraz szybciej, demencja mnie niszczy. Trzymałam w dłoniach croissanta i nie mogłam przypomnieć, jaką nazwę nosi to pieczywo. Długo to już nie może trwać.
Mam wrażenie, że znowu, jak dwa lata temu, w te okropne cmentarne dni dostanę menstruacji. Nie będę musiała się silić na zbolałą i odpowiednio żałobną minę, gdy stanę nad grobem, a jeśli zacznę przeciekać podczas tej chwili zadumy, ludzie pomyślą, że to cierpiące serce tak mi krwawi.

I oczywiście wesołego Halloween wszystkim życzę.

…i nasza jest śmierć

***
Fernando Pessoa

Wszystko co się kończy jest śmiercią, i nasza jest śmierć
Jeśli to dla nas się kończy. Tamten krzew
Więdnie, a z nim odchodzi
Część mojego życia.
We wszystkim na co patrzyłem została cząstka mnie.
Ze rzeczami,które widziałem przemijam, jeśli one przemijają,
Nie do odróżnienia jest wspomnienie
Tego co widziałem od tego czym byłem.

Przełożył Andrzej Talarczyk

Nigdy nie będziesz miała domu


Rilke w alei

András Ferenc Kovács
Nigdy nie będę miał domu.
Daremnie piszę listy,
czytam, tworzę, Panie.
Starzeję się już -
ciemny szpaler drzew wstrząsa
strzępem czujnego wiatru.

Przełożył Jerzy Snopek
***
Komentarz Kornelii: András Ferenc Kovács, urodzony w 1959 roku w Siedmiogrodzie węgierski twórca, autor ponad 20 zbiorów poezji, wysoko ocenianych przez krytykę. Laureta licznych nagród, określany jako „poeta doctus”, czyli poeta uczony, podobnie jak niegdyś w Polsce Jan Kochanowski czy Klemens Janicki. Utwór ten jest oczywiście nawiązaniem do sławnego wiersza Rilkego, który już zamieściłam, ale czynię to jeszcze raz, ponieważ nie oczekuję od nieistniejących czytelników, że zadadzą sobie trud i znajdą sami.

Dzień jesienny

Rainer Maria Rilke

Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień
i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.
Każ się napełnić ostatnim owocom;
niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
znaglij je do spełnienia i wpędź z mocą
ostatnią słodycz w ciężkie wino.
Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.
Przełożył Mieczysław Jastrun
Cóż, znakomity i uczony András Ferenc dobrze zrozumiał przesłanie wiersza austriackiego mistrza.
Oto narrator nie znajdzie już domu, listy, które pisze, niczego nie zmienią, Pan Bóg nie pomoże. Pozostają tylko lektura, praca, broniąca przed bolesnym myśleniem o bezsensie życia i niszczycielskiej starości. Ciemny szpaler drzew wśród wiatru symbolizuje smutek i gorycz.
Cóż, poetką nie jestem, niekiedy czytam, jeśli uda mi się się skoncentrować, ale nie piszę. Nie wiem, czy mam dom – mieszkam w trzech i w każdym czuję się zatrwożona lub martwa.
Starość niby daleko, ale z każdym wiekiem jej strupieszałe skrzydła łopocą coraz bliżej.
Ale lubię jesień, nie tak, uwielbiam mroczną jesień, gdy wiatr, ulewy i mrok kołyszą mnie do snu. Codziennie znajduję czas na spacer wilgotną leśną alejką wśród opadających liści. Nie roweruję, lekko boli mnie krtań, ale po Zaduszkach znowu zacznę. Ach, te upiorne, oślizłe, duszące zapachem chryzantem Dni Grobownictwa… Jak ja to znowu przetrwam?

Groza jest w sercu


Zerwał się wiatr…

Jehisze Czarenc

Zerwał się wiatr…
Jesień liśćmi zakręci
I już lecą ku śmierci…
W ten smutny czas
Groza jest w moim sercu.
Z cyklu: Tanki japońskie

Przełożył Jerzy Szokalski
****
Komentarz Kornelii: Jednoznacznie mroczny wiersz XX-wiecznego ormiańskiego poety, stworzony na wzór japońskiej tanki. Oto bohater odczuwa grozę ma widok jesiennych liści, zerwanych przez wiatr. Rozumie, że lecą ku unicestwieniu. W smutny jesienny czas poeta doznaje uczucia, iż opadające liście symbolizują i zapowiadają także jego śmierć, oraz każdej istoty żywej.
Cóż, człowieczy los do liści porównywał już starożytny śpiewak Homer: „Jak los liści na drzewach, taki też los rodu ludzkiego.”
Świadomość nieuchronnej, bliższej każdego dnia i chwili śmierci, rzeczywiście może budzić lęk i grozę. Próbuję o tym nie myśleć, jestem jak wędrująca pustka bez przeszłości, przyszłości i strachu.
Uwielbiam jesień. Spacerowałam dziś leśnymi drogami przed zachodem słońca. Patrzyłam na spadające liście, żółte i czerwone, zapadał zmierzch i krople spokoju kapały mi do serca. Oczywiście tych liści wciąż jest za wiele, opadają zbyt wolno, ściana lasu z daleka wyglądała na prawie nietkniętą. Ale zapewne już za tydzień, najpóźniej za dwa, las będzie podobny do mnie, smętny, czarny, ponury martwy. I taki pozostanie aż do końca marca. Jeszcze kilka dni i nastąpi zmiana czasu, za którą tęskniłam w świetle lipca i w upale sierpnia. Ciemności otulą ziemię. Jestem prawie u mety.

Oto leży w aksamitnej trumnie

Szare życie
Jochen Jung

Oto on idzie.
Dokąd? Zawsze
podąża za znakiem zapytania,
za ostatnim zakrętem
znajdzie może
odpowiedź, której szuka.
Oto on stoi.
i dziwi się: Ostatnie zęby
umyte tak jak pierwsze.
A kim jest, proszę was,
ten tam za tą brodą?
Oto on leży
w jedwabiu i aksamicie i
właśnie w tym garniturze, w którym
ostatnio chodził na pogrzeby
Oto on leci
tak dobrze, jak tylko potrafi
popiół na podeszwach
cukier-puder na palcu
złoto na koniuszkach skrzydeł.
Powitany będzie z radością!

Przełożyła kora-kora-kora

Ein kleines Leben

Jochen Jung
Da geht er.
Wohin? Immer
dem Fragezeichen nach,
hinter der letzten Kurve
findet er vielleicht
die gesuchte Antwort.
Da steht er.
und staunt: Die letzten Zähne
geputzt wie die ersten.
Und der hinterm Bart
ist bitte wer?
Da liegt er
in Samt und Seide und
in eben dem Anzug, in dem er
zuletzt zu den Beerdigungen ging.
Da fliegt er
so gut er halt kann
Asche an den Sohlen
Puderzucker am Finger
Gold an den Flügelspitzen.
Er sei willkommen!

***

Komentarz Kornelii: Jochen Jung to urodzony w 1942 austriacki wydawca i literat. Wiersz nie jest depresyjny, raczej pogodnie melancholijny, w końcówce dosłownie „przesłodzony” Przetłumaczyłam i zamieściłam, ponieważ utwór mi się podoba, a ponadto zbliża się moje ukochane święto grobownictwa, toteż temat pasuje znakomicie. Nie jestem zresztą zobligowana się tłumaczyć
Cóż, utwór jest krótkim przedstawieniem szarego, zwykłego ludzkiego życia , na wzór obrazów, często tworzonych od czasów średniowieczna, które ukazują fazy człowieczego żywota od kołyski po młode lata aż po zgrzybiałą starość i grób.
Bohater za młodu szuka sensu swego bytu, usiłuje znaleźć odpowiedź na egzystencjalne pytania.
W wieku dojrzałym przeżywa kryzys tożsamości, zastanawia się, kim naprawdę jest, kto kryje się za tą brodą, za tą twarzą. Coraz częściej zęby naturalne trzeba zmieniać na sztuczne.
Jest coraz starszy, zamiast na koncerty czy wieczory poetyckie chodzi na pogrzeby przyjaciół, krewnych, znajomych. W końcu sam leży w wyłożonej jedwabiem i aksamitem trumnie.
I tu poeta zachwyca optymizmem. Śmierć nie jest końcem. Po zgonie człowiek ulatuje ku innej, lepszej rzeczywistości. Zostawia za sobą proch szarego, trudnego życia i materialnej Ziemi. Ulatuje na złocistych skrzydłach

tak dobrze, jak tylko potrafi

Być może znaczy to, że szybkość wznoszenia się zależy od dobrych uczynków
cukier-puder na palcu
Cóż, tu austriacki twórca bez wątpienia przesadził z tym dobrostanem, w każdym razie zaświaty będą cudowne. Zwykły, szary człowieczek zostanie w innym wymiarze przyjęty z radością.
Krytycy wszakże zwracają uwagę, że nasz los po śmierci jest tajemnicą. Nikt przecież stamtąd nie wrócił, aby powiedzieć, jak jest. Jochen Jung zdaje sobie z tego sprawę. Rozumie, że wszystkie ludzkie istnienia i czyny z nieubłaganym upływem czasu popadają w otchłań zapomnienia. Niniejszy utwór jest protestem przeciw zapomnieniu i świadectwem 9co prawa mocno iluzorycznych) nadziei.
Cóż, ja w to ulatywanie za złocistych skrzydłach i niebiański cukier-puder nie wierzę. Pragnę nicości, lękam się, że jeśli te inny wymiar istnieje, będzie torturująco okropny. „Jako posieliście, tako i zbierać będziecie”. Liczę tylko, że trochę czasu jeszcze mi zostało. A wiersz miły.
Deszczowo, mgliście, pochmurno i przyjemnie. Tylko perspektywa nieuchronnych Zaduszek mocno mnie trapi.

I przychodzi szereg cieni



Chwila

Jan Skácel

Za żadną prawdę na świecie.
Lecz jeśli chcesz,
za mały grosik ciszy.
Jest chwila, która dzieli krajobraz.
Pokorna chwila, Umarli
Stale są nasi umarli z nami
i nigdy właściwie nie jesteśmy sami
I przychodzi szereg cieni
we włosach popiół grudy ziemi
Twarze jakby powycierane
a jednak wciąż są rozpoznawane
Chabrami które kwitły latem
ich dłonie pachną zatem
Cicho mnie pozdrawiają jako swego
garbuska czasu teraźniejszego

Przełożył Franciszek Nastulczyk

Zły, płytki, dziwny sen




*
Birgitta Lillpers

Spałam źle! Dziwnie,
płytko,
cienki kijek
zmysłu
wetknięty w sam środek.
Dopóty nie istnieje też
przestrzeń
czasu, który nie krwawiłby skąpo.
Spałam źle. Dziwnie!
płytko. Spałam źle, dziwnie
płytko.

Przełożyła Anna Topczewska

***

Komentarz Kornelii: Przepisałam z tomiku: Birgitta Lillpers, Zniknąć albo wejść, Gdańsk 2009.
Birgitta Lillpers, szwedzka poetka urodzona w 1958 w Orsie, studiowała w Uppsali filozofię stosowaną. Publikuje od roku 1982, wydała dziesięć książek poetyckich,
W 2008 roku nominowana przez miasto Gdańsk do tytułu Europejski Poeta Wolności.
Szwedzka krytyka określa lirykę Lillpers jako wybitnie anty-hierarchiczną: kierując się sobie tylko znaną logiką subtelnych skojarzeń, autorka zestawia tematy i obrazy w sposób zawsze zaskakujący, wiecznie burząc zastałe mechanizmy myślenia. Oś tematyczną ostatniej książki poetyckiej Birgitty Lillpers stanowi opozycja „centrum – peryferie” oraz, co za tym idzie, wszelkie podziały, sztywne hierarchie, granice – czy raczej: absolutna niezgoda na nie. Kluczową metaforą jest las (wchodząc do lasu, stajemy się jego częścią, znajdujemy swoje miejsce w bezpiecznej całości) i przecinające go granice poszczególnych parceli (stając na granicy, znikamy w sferze nieprzynależnej niczemu, jednocześnie jednak zyskujemy tam, w skrajnej samotności, wyjątkową wyrazistość).
Właściwie wygaszam ten blog, powiedziałam już wszystko, mogę tylko powtarzać się w różnych lekko zmienionych wariantach, nie ma to żadnego sensu, tym bardziej, że nikt nie czyta. Ale ponieważ mam nowe tomiki poezji, może od czasu do czasu coś jeszcze przepiszę, zamieszczę. W ubiegłym roku kupowałam książeczki w księgarni literackiej po wysokich cenach, ale tego lata sprawdziłam w Internecie – oczywiście cała poezja przeceniona, można kupić tomik za 5 zł, a jak się zamówi kilka, przyznają jeszcze rabat. Zamówiłam zatem kilka paczek.
Cóż, krótki utwór, także o mnie, ale z pewnością również o wielu innych. Jaka wrażliwa, udręczona dusza, nie powie o sobie:
Spałam źle! Dziwnie,
płytko,
Wzburzone fale zmysłów nie chcą uspokoić. Czas upływa bezlitośnie, z każdą godziną życie wylewa się z nas, jak krew z otwartej rany.
Sen odbierają mi lęki, urojenia, świadomość życiowych tragedii, strach przed problemami życia codziennego, ale także przed śmiercią i karą.
A także każdy szelest, stuk nad sufitem czy za ścianą. Koreczki w uszach pomagają, ale przecież cisną i też niweczą makowy powiew snu. Kołysze do snu melatonina, nieco łagodzi majaki półświadomości.

Nie mogę dobrze spać także dlatego, ponieważ nie wiem, gdzie mam dom. Do połowy września nad morzem, szalona z gniewu, ponieważ nadzwyczaj wysoka temperatura i okropne jaskrawe słońce sprawiły, że ludzi się najechało i tłok był niekiedy większy, niż w lipcu. Jeszcze 15 września kąpałam się wśród fal przez prawie godzinę i w ogóle nie zmarzłam. Ale słońce, nieustanny blask, tortury światła… Torturujące lato bez końca…
Stany lękowe sprawiły, że wróciłam nieco wcześniej do rodziców i próbuję się uspokoić w moim dawnym cichym pokoiku. Pracuję na umowę-zlecenie, od października wracam na etat. Mogłabym stale zostać na umowie, ale obawiam się, że wtedy wprawdzie wstałabym z łóżka i wykonała pracę, ale nie miałabym chęci ubrać się i umyć.
W październiku wrócę do swojego mieszkania w mieście. Nie wiem, do którego łóżka powinnam się przyzwyczaić, mam przecież trzy.
Pożądam nicości i jednocześnie się jej boję. Próbuję sobie wyobrazić tę nicość, ciemność, niebyt przed moim narodzeniem, ale nijak nie potrafię. A przecież o ile lepsza nicość od wiecznego trwania tej żałosnej egzystencji, o zasłużonej karze nie wspominając. Ktoś wcisnął mi na ulicy religijną broszurkę: „Czy jesteś dobrym człowiekiem?” o przygodach miłego gościa, który jednak w oczach Boga jest niepoprawnym grzesznikiem.
Miły gość liczy na miłosierdzie boskie przed trybunałem. Co orzeka sędzia? „Sprawiedliwość wymaga, żebyś zapłacił za swoje przestępstwa!”.
A ten człowiek tak naprawdę żadnych nikczemności nie popełnił.
Ziarenka chwil w klepsydrze czasu sypią się nieubłaganie. Jak mogę po tym wszystkim, co się stało, i co być może mnie czeka, spokojnie spać?

3 myśli nt. „Zły, płytki, dziwny sen”



Widziałaś. Widziałaś. Jakoś inaczej podpisywałam się. To jednak nieważne jest. Czytam Cię. Może nie każdego dnia, ale wciąż tu wracam. Czuję chęć i potrzebę. Pisz. Dla siebie i dla innych. I dla mnie.

Chłopcy z aktami zgonu



Bez reszty

Ilse Aichinger


Chłopcy z aktami zgonu
zniknęli.
Prędko opuścili bazary
na niegdysiejszych koniach
Nie ma ich.
Nam pozostaje przemyśleć:
jak sprytne były dinozaury
i jak się zmniejszały
aż do naszych rozmiarów,
ślady odrzucenia
i ich ostateczny koniec,
pomoc i wskazówka
i ich zagłada.

Przełożył Ryszard Wojnakowski

***

Komentarz Kornelii: Smutny i melancholijny wiersz urodzonej w 1921 roku w Wiedniu wybitnej austriackiej poetki. Przepisałam z tomu: Ilse Aichinger, Mój zielony osioł. Opowiadania, wiersze, słuchowiska, Wrocław 2013. Kupiłam w księgarni książek przecenionych :) Własna zapobiegliwość i oszczędność mnie cieszą.
Ilse Aichinger była córką żydowskiej lekarki, niemal cudem przeżyła Zagładę, wielu członków jej rodziny zginęło, może stąd ta skłonność do gorzkich tonów.
Jak dla mnie wiersz o przemijaniu. Życie to mgnienie, już chłopcy noszą swoje akty zgonów, pokolenia znikają z absurdalnego bazaru życia jedno po drugim.
Znikają bez śladu.
Prędko opuścili bazary
na niegdysiejszych koniach
Nie ma ich.
Nie istnieje sposób czy lek, aby to zatrzymać. Czas unicestwi każdego. Skazana jest jednostka, ale także cała ludzkość. Gatunek człowieczy spotka ją los dinozaurów, których nie ocaliła cała ich potęga i moc. Zagłada nastąpi stopniowo, ale jest nieunikniona.
Cóż mogę powiedzieć? Zgadzam się z wymową utworu. Czuję, jak dławi mnie upływ czasu. Tydzień wydaje się trwać tak krótko, jak zaczerpnięcie oddechu, a rok jak siedem trzepotów powieką. Niedługo przekroczę rubież czterdziestu jesieni. Zamierzam trwać jeszcze 50, ale nie wiem, czy z powodu postępującej demencji osiągnę swe zamiary.
Życie smakuje jak papier. Jak zawsze po powrocie znad morza nie mam sił. Cała wypracowana na rowerze kondycja fizyczna kruszy się niemal z godziny na godzinę.
Pracuję intensywnie, ale poza tym przeważnie chowam się w łóżku, przerażona tym, co ostatecznie jest nieuchronne. Mam wrażenie, że pod poduszką leży mój akt zgonu. Mam chęć podnieść poduszkę i spojrzeć na datę.
Podjęłam próbę walki z przypominającym śmierć za życia marazmem poprzez lekturę. Czytałam z ogromnym wysiłkiem obszerne dzieło „Cywilizacja odrodzenia”, które napisał francuski historyk Jean Delumeau. Rozdziały o ideologii, religii, sztuce pojęłam znacznie lepiej, niż te o technice. Bardzo spodobał mi się fragment: „A zatem nie istnieje Piekło, najwyższą karą jest upadek do poziomu zwierzęcości i unicestwienie. Pico della Mirandola w 900 tezach utrzymywał również, że grzech popełniony w czasie nie może pociągać za sobą kary wieczystej.”
Brzmi znakomicie. Tylko, skąd uczony Pico mógł to wiedzieć? I gdzie on teraz jest?

Kora ukryta wśród nocy

*
Henri Meschonnic
niosę noc
jak się nosi
łóżko pokój
na grzbiecie
mieszkam w niej jeszcze
za dnia
tylko głowa wychylona
by zobaczyć co się dzieje
na zewnątrz
 
Przełożyła Krystyna Rodowska

Bez reszty

Ilse Aichinger


Chłopcy z aktami zgonu
zniknęli.
Prędko opuścili bazary
na niegdysiejszych koniach
Nie ma ich.
Nam pozostaje przemyśleć:
jak sprytne były dinozaury
i jak się zmniejszały
aż do naszych rozmiarów,
ślady odrzucenia
i ich ostateczny koniec,
pomoc i wskazówka
i ich zagłada.

Przełożył Ryszard Wojnakowski

***

Komentarz Kornelii: Smutny i melancholijny wiersz urodzonej w 1921 roku w Wiedniu wybitnej austriackiej poetki. Przepisałam z tomu: Ilse Aichinger, Mój zielony osioł. Opowiadania, wiersze, słuchowiska, Wrocław 2013. Kupiłam w księgarni książek przecenionych :) Własna zapobiegliwość i oszczędność mnie cieszą.
Ilse Aichinger była córką żydowskiej lekarki, niemal cudem przeżyła Zagładę, wielu członków jej rodziny zginęło, może stąd ta skłonność do gorzkich tonów.
Jak dla mnie wiersz o przemijaniu. Życie to mgnienie, już chłopcy noszą swoje akty zgonów, pokolenia znikają z absurdalnego bazaru życia jedno po drugim.
Znikają bez śladu.

Prędko opuścili bazary
na niegdysiejszych koniach
Nie ma ich.

Nie istnieje sposób czy lek, aby to zatrzymać. Czas unicestwi każdego. Skazana jest jednostka, ale także cała ludzkość. Gatunek człowieczy spotka ją los dinozaurów, których nie ocaliła cała ich potęga i moc. Zagłada nastąpi stopniowo, ale jest nieunikniona.
Cóż mogę powiedzieć? Zgadzam się z wymową utworu. Czuję, jak dławi mnie upływ czasu. Tydzień wydaje się trwać tak krótko, jak zaczerpnięcie oddechu, a rok jak siedem trzepotów powieką. Niedługo przekroczę rubież czterdziestu jesieni. Zamierzam trwać jeszcze 50, ale nie wiem, czy z powodu postępującej demencji osiągnę swe zamiary.
Życie smakuje jak papier. Jak zawsze po powrocie znad morza nie mam sił. Cała wypracowana na rowerze kondycja fizyczna kruszy się niemal z godziny na godzinę.
Pracuję intensywnie, ale poza tym przeważnie chowam się w łóżku, przerażona tym, co ostatecznie jest nieuchronne. Mam wrażenie, że pod poduszką leży mój akt zgonu. Mam chęć podnieść poduszkę i spojrzeć na datę.
Podjęłam próbę walki z przypominającym śmierć za życia marazmem poprzez lekturę. Czytałam z ogromnym wysiłkiem obszerne dzieło „Cywilizacja odrodzenia”, które napisał francuski historyk Jean Delumeau. Rozdziały o ideologii, religii, sztuce pojęłam znacznie lepiej, niż te o technice. Bardzo spodobał mi się fragment: „A zatem nie istnieje Piekło, najwyższą karą jest upadek do poziomu zwierzęcości i unicestwienie. Pico della Mirandola w 900 tezach utrzymywał również, że grzech popełniony w czasie nie może pociągać za sobą kary wieczystej.”
Brzmi znakomicie. Tylko, skąd uczony Pico mógł to wiedzieć? I gdzie on teraz jest?

Kora ukryta wśród nocy

*
Henri Meschonnic

niosę noc
jak się nosi
łóżko pokój
na grzbiecie
mieszkam w niej jeszcze
za dnia
tylko głowa wychylona
by zobaczyć co się dzieje
na zewnątrz

Przełożyła Krystyna Rodowska

Podnosi oczy do nicości



6 myśli nt. „Podnosi oczy do nicości”

  1. Tak, pamiętam. To Ty wpisałaś w jednym z wcześniejszych komentarzy „nie-matko nie-Polko”.
    Jak zapewne wiesz, ja raczej nie szukam czytelników. Taki obłąkany blog może przecież wygenerować jakieś nieszczęście. Jeśli znalazłaś, czytasz i Ci to nie szkodzi, może powinniśmy ocenić to pozytywnie.
    Nie wątpię, że to rozumiesz: dobór utworów jest skrajnie subiektywny, a komentarze czysto autorskie. Nie zawsze odzwierciedlają: „co poeta miał na myśli”. Wierszy tak sławnych twórców, jak Sylvia Plath czy zwłaszcza Paul Celan nie powinno się w ogóle analizować bez wnikliwego studium przedmiotu. Ale jak Ci się podoba tak, jak jest, to dobrze. Może to zostanę, może nie. Nie wiem. Zapewne jeszcze przez jakiś czas. Pozdrowienia :)
  2. To nie ja napisałam nie-matko nie-Polko.
    Kiedyś coś tam napisałam do Ciebie. Może nawet kilka razy. Miałam inny nick, którego nawet nie pamiętam. Zresztą nieważne.
    Lubię tu zaglądać. Nie znam się na poezji tak jak Ty. Czytam ją bardzo, bardzo rzadko. A tu czytam. Podoba mi się mimo, że dotyka spraw trudnych. I naprawdę, uwierz mi, czekam na Twoje komentarze. Jak ich długo nie ma to jestem zawiedziona.
    A blog mi nie szkodzi. Najwyżej pozwala mi zatrzymać się i popatrzeć z pewnej perspektywy na tematy, które odsuwa się od siebie, a które przecież są.
    No i Ty…Powiem krótko…ciekawa z Ciebie osoba. Nietuzinkowa, inna, bardzo otwarta w tym miejscu. Inność wzbudza niepokój, ale i ogromną ciekawość. Nie dziw się więc, że lubię tu zajrzeć. Dla Ciebie i dla siebie także.
    Pozdrawiam Cię. I pisz, pisz, pisz.
  3. Mogę być otwarta, ponieważ nikt nie wiem, kim jestem. :) Ja mam tylko kilku czytelników, zatem jestem pewna, że to Ty zostawiłaś następujący komentarz 18 grudnia 2014 roku:
    Niedobra, niegrzeczna Kornelia… Najpierw to hasło, teraz zamykanie…Oj nie podoba mi się to, nie podoba…A tak lubiłam tu wskoczyć na chwilkę. Zawsze coś tam innego, ciekawego poznałam, co było przyczynkiem (śmieszne słowo) do poznawania dalszego. I czym to zastąpić? Qźwa naprawdę nie podoba mi się Twoja decyzja czymkolwiek podyktowana jest. Już parę dni tęskniłam za Twoim pisaniem. Doczekałam się. Ale, znowu qźwa, dlaczego na tak krótko? Wypocznij Ty sobie nad tym morzem, pobądź w tym ciemnym hotelowym pokoju zakryta kołdrą po uszy, nawet ze strachu sobie podygotaj od czasu do czasu (dla mnie i dla Ciebie pewnie lepiej byś nie dygotała, bo chyba nie jest to fajne – no ale na pewne doznania nie mamy może wpływu) i…wracaj i kluczykiem otwieraj to miejsce (może to wentyl, może nie ) i pisz, pisz, pisz…I prosić się nie daj nie matko, nie Polko. Amen.
    ** Cieszę się, że Ci się to miejsce podoba, aczkolwiek całkowicie bezpiecznie u mnie nie jest. Moje postępowanie zależy od nastrojów. Niekiedy mam chęć zamieścić wpis, innym razem nie. Zobaczymy, co będzie dalej. Jak też się nie znam na poezji, komentarze są autorskie i amatorskie :)
    Miłego dnia:)
  4. Cześć. Chciałabym tak się nie znać jak Ty na poezji. Wiadomo, że Twoje komentarze są autorskie i tym samym bardzo subiektywne. Ale według mnie trafiasz w sedno.
    Jak widać, pamięć mam fatalną. Rzeczywiście to ja napisałam tamten komentarz. Zupełnie mi to z głowy wyparowało. Tylko ręce mogę załamać. Choroba na A. niebawem murowana. Przeraża mnie to. Powinnam ćwiczyć tę swoją pamięć, a ja to tylko kartki i karteczki przypominajki. Tak trudno mi wziąć się za siebie. Czy to tylko lenistwo?
    A jeśli o nastroje chodzi, to też tak mam. Może nie popadam w skrajności, ale bywam czasem tym zmęczona. Póki co teraz nie jest źle. O ile nie jest złym zasiedzenie w tym co mi nie wystarcza.
    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. Czytaj i pisz. Ktoś tu musi być mądry w tej ogłupiającej sieci.
  5. Miło, że tak o mnie piszesz, tym niemniej zdaję sobie sprawę z własnej ignorancji. Rzeczywiście jestem inna. W konkursie na największą wariatkę województwa zdobyłabym z łatwością miejsce medalowe. Pamięć… Ciekawa jestem, jaka jest Twoja kategoria wiekowa? Jesteś młodsza czy starsza ode mnie? To co się ze mną dzieje, przyprawia mnie o lodowaty strach. Pamiętam dobrze, co piszę, ale zapomniałam całą przeszłość. Wydawało mi się, że to reakcja psychiczna, wyparcie, ale teraz jestem niemal pewna, że cierpię na jakąś demencję. Czytałam ostatnio w zagranicznej prasie, że to ćwiczenie mózgu jako remedium na słabnącą pamięć to mit i w niektórych przypadkach nic nie pomoże. Cóż,zawsze powinniśmy próbować Kupiłam sobie jako przyrząd do gimnastyki umysłowej Małą historię filozofii niemieckiego profesora Otfrieda Höffe, wydawnictwo PWN. Nie jest trudne, nawet coś rozumiem. Pozdrowienia dla Ciebie :)

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...