Grabarze wciąż przy pracy
Na cmentarzu
Lilit Pavell
Miasto białych kamieni
Ustawionych wąsko rząd przy rzędzie
Świat, którego nie sposób nie dostrzec
Imiona-imiona-daty
Grupy ludzi na drogach
odprowadzają swoich zmarłych
do ostatniego miejsca spoczynku
Powoli żałobnym krokiem
Nie powinno się zostać zmuszonym
do oglądania grabarzy przy pracy
Gdyby nie widziało się właśnie tej
ostatecznie-ziemnej czynności
można by uwierzyć,
że, ci którzy nas opuścili
wciąż tu są
W jakimś miejscu
Gdzieś bardzo daleko…
Przełożyła: kora-kora-kora
Auf dem Friedhof
Lilit Pavell
Stadt der weißen Steine
Schmal aufrecht Reih an Reihe
Unübersehbare Welt
Namen – Namen – Daten
Menschengruppen auf den Wegen
begleiten ihre Gestorbenen
zum letzten Ruheplatz
Langsam im Trauerschritt
Man sollte der Totengräber Arbeit
nicht zusehen müssen
Säh’ man das Letzte nicht
das Erd-Endgültige
könnte man glauben
daß sie da sind
die uns verließen
Weit weg
Irgendwo – - -
***
Komentarz Kornelii: jednoznacznie cmentarny, melancholijny wiersz izraelskiej poetki. Lilit Pavell urodziła się w 1912 roku w Szczecinie. Zapewne wciąż pozostaje przy życiu – nigdzie nie znalazłam informacji o jej zgonie. Jeśli odeszła, to bardzo niedawno. W 1933 roku wyjechała do Palestyny i dzięki temu uniknęła Zagłady. Najpierw tworzyła utwory liryczne po angielsku, dopiero w 1970 wróciła do języka swej pierwszej ojczyzny. Stało się po podróży do Niemiec, podczas której rozkwitły wspomnienia. Lilit Pavell pojmuje swoje wiersze jako protest przeciw „przemijalności” i „daremności”.
Cóż, ja też próbuję protestować i burzyć się przeciwko przemijalności, jak do tej pory z opłakanym wynikiem. O tym, że moja egzystencja jest jednym długim pasmem daremności, wspomniałam tu już wcześnie.
Wiersz jest kondensacją melancholii i smutku. Cmentarz jest miastem kamieni, a właściwie całym światem:
Świat, którego nie sposób nie dostrzec
Imiona-imiona-daty
Można udawać, że tej krainy śmierci nie ma, ale i tak wiemy, że wszyscy do niej trafimy, staniemy się jedynym z imion i dat.
Na cmentarzu odbywają się pogrzeby. Żałobnicy kroczą powoli, nie chcą oglądać grabarzy przy pracy. Pragną zachować złudzenia, że ich bliscy:
wciąż tu są
W jakimś miejscu
Gdzieś bardzo daleko..
Nie chcą przyjąć do wiadomości ostateczności śmierci, wierzą w dalsze istnienie człowieczej osobowości w zaświatach, nie chcą pogodzić się z nieuchronnym.
Oczywiście te ulotne nadzieje się nie spełnią. Złożenie do grobu, pogrzebanie, przysypanie trumny ziemią oznacza ostateczny kres. Potem już tylko rozkład, proch i otchłań zapomnienia… I właściwie żałobnicy o tym wiedzą.
Niestety, wypada się z powyższym zgodzić. Dopełzłam z najwyższym trudem do zimowej zmiany czasu, ale przyszła za późno. Jestem pozbawiona sił, markotna, obojętna, śmiertelnie zmęczona.
Jestem u rodziców, chowam się w moim pokoju pod kołdrą. Śpię, i nie mogę spać. Każde zanurzenie w turkusowe jezioro snu oznacza kolejny koszmar.
I znowu paraliżujące Święto Grobownictwa. Właściwie mogłabym powtórzyć z tej okazji wpis z poprzedniego roku, co świadczy, że ten paranoidalny blog powinien zostać zamknięty już dawno. Wnioski zostaną wyciągnięte już wkrótce.
Byłam dwa tygodnie temu na Starych Powązkach, wędrowałam prawie pięć godzin po narodowej nekropolii, podekscytowana, niemal radosna czytałam na wpół zatarte inskrycpcje.
Ale nie mam już duszy odpornej na cmentarne wyprawy. Potem przez kilka nocy dręczył mnie duszący sen – sama, zagubiona w nie kończącym się labiryncie grobowych pomników miotam się, nadaremnie szukając wyjścia.
I znowu te okropne Zaduszki -120 zł na sam wieniec, paskarskie ceny chryzantem przyprawiają o ataki gorączki. Właściwie niczego nie pamiętam z mojej przeszłości, tak naprawdę nigdy mnie nie było. Może dzięki temu mogę jeszcze funkcjonować. Ale gdy stoję nad grobem, widzę „swój” pomnik, wiem, bezlitośnie wiem, że to wszystko wydarzyło się naprawdę, że byłam już wcześniej, istniałam, podejmowałam działania, których skutki są równie opłakane i nieodwracalne.
Oddaję się perwersyjnym myślom, że gdy moi rodzice zejdą, sprzedam dom, będę miała pieniądze i już nigdy nie wejdę na ten potworny cmentarz. Komu bowiem pomogą chryzantemy i znicze? Niech umarli grzebią umarłych swoich.
Ale wydaje mi się, że ja pierwsza przestanę istnieć, nie somatycznie, ale umysłowo. Osobowość rozpada się coraz szybciej, demencja mnie niszczy. Trzymałam w dłoniach croissanta i nie mogłam przypomnieć, jaką nazwę nosi to pieczywo. Długo to już nie może trwać.
Mam wrażenie, że znowu, jak dwa lata temu, w te okropne cmentarne dni dostanę menstruacji. Nie będę musiała się silić na zbolałą i odpowiednio żałobną minę, gdy stanę nad grobem, a jeśli zacznę przeciekać podczas tej chwili zadumy, ludzie pomyślą, że to cierpiące serce tak mi krwawi.
I oczywiście wesołego Halloween wszystkim życzę.
…i nasza jest śmierć
***
Fernando Pessoa
Wszystko co się kończy jest śmiercią, i nasza jest śmierć
Jeśli to dla nas się kończy. Tamten krzew
Więdnie, a z nim odchodzi
Część mojego życia.
We wszystkim na co patrzyłem została cząstka mnie.
Ze rzeczami,które widziałem przemijam, jeśli one przemijają,
Nie do odróżnienia jest wspomnienie
Tego co widziałem od tego czym byłem.
Przełożył Andrzej Talarczyk
Fernando Pessoa
Wszystko co się kończy jest śmiercią, i nasza jest śmierć
Jeśli to dla nas się kończy. Tamten krzew
Więdnie, a z nim odchodzi
Część mojego życia.
We wszystkim na co patrzyłem została cząstka mnie.
Ze rzeczami,które widziałem przemijam, jeśli one przemijają,
Nie do odróżnienia jest wspomnienie
Tego co widziałem od tego czym byłem.
Przełożył Andrzej Talarczyk
Nigdy nie będziesz miała domu
Rilke w alei
András Ferenc Kovács
Nigdy nie będę miał domu.
Daremnie piszę listy,
czytam, tworzę, Panie.
Starzeję się już -
ciemny szpaler drzew wstrząsa
strzępem czujnego wiatru.
Przełożył Jerzy Snopek
***
Komentarz Kornelii: András Ferenc Kovács, urodzony w 1959 roku w Siedmiogrodzie węgierski twórca, autor ponad 20 zbiorów poezji, wysoko ocenianych przez krytykę. Laureta licznych nagród, określany jako „poeta doctus”, czyli poeta uczony, podobnie jak niegdyś w Polsce Jan Kochanowski czy Klemens Janicki. Utwór ten jest oczywiście nawiązaniem do sławnego wiersza Rilkego, który już zamieściłam, ale czynię to jeszcze raz, ponieważ nie oczekuję od nieistniejących czytelników, że zadadzą sobie trud i znajdą sami.
Dzień jesienny
Rainer Maria Rilke
Panie: już czas. Tak długo lato trwało.
Rzuć na zegary słoneczne twój cień
i rozpuść wiatry na niwę dojrzałą.
Każ się napełnić ostatnim owocom;
niech je dwa jeszcze ciepłe dni opłyną,
znaglij je do spełnienia i wpędź z mocą
ostatnią słodycz w ciężkie wino.
Kto teraz nie ma domu, nigdy mieć nie będzie.
Kto teraz sam jest, długo pozostanie sam
i będzie czuwał, czytał, długie listy będzie
pisał i niespokojnie tu i tam
błądził w alejach, gdy wiatr liście pędzi.
Przełożył Mieczysław Jastrun
Cóż, znakomity i uczony András Ferenc dobrze zrozumiał przesłanie wiersza austriackiego mistrza.
Oto narrator nie znajdzie już domu, listy, które pisze, niczego nie zmienią, Pan Bóg nie pomoże. Pozostają tylko lektura, praca, broniąca przed bolesnym myśleniem o bezsensie życia i niszczycielskiej starości. Ciemny szpaler drzew wśród wiatru symbolizuje smutek i gorycz.
Cóż, poetką nie jestem, niekiedy czytam, jeśli uda mi się się skoncentrować, ale nie piszę. Nie wiem, czy mam dom – mieszkam w trzech i w każdym czuję się zatrwożona lub martwa.
Starość niby daleko, ale z każdym wiekiem jej strupieszałe skrzydła łopocą coraz bliżej.
Ale lubię jesień, nie tak, uwielbiam mroczną jesień, gdy wiatr, ulewy i mrok kołyszą mnie do snu. Codziennie znajduję czas na spacer wilgotną leśną alejką wśród opadających liści. Nie roweruję, lekko boli mnie krtań, ale po Zaduszkach znowu zacznę. Ach, te upiorne, oślizłe, duszące zapachem chryzantem Dni Grobownictwa… Jak ja to znowu przetrwam?
Cuchnie tu trupem
Groza jest w sercu
Zerwał się wiatr…
Jehisze Czarenc
Zerwał się wiatr…
Jesień liśćmi zakręci
I już lecą ku śmierci…
W ten smutny czas
Groza jest w moim sercu.
Z cyklu: Tanki japońskie
Przełożył Jerzy Szokalski
****
Komentarz Kornelii: Jednoznacznie mroczny wiersz XX-wiecznego ormiańskiego poety, stworzony na wzór japońskiej tanki. Oto bohater odczuwa grozę ma widok jesiennych liści, zerwanych przez wiatr. Rozumie, że lecą ku unicestwieniu. W smutny jesienny czas poeta doznaje uczucia, iż opadające liście symbolizują i zapowiadają także jego śmierć, oraz każdej istoty żywej.
Cóż, człowieczy los do liści porównywał już starożytny śpiewak Homer: „Jak los liści na drzewach, taki też los rodu ludzkiego.”
Świadomość nieuchronnej, bliższej każdego dnia i chwili śmierci, rzeczywiście może budzić lęk i grozę. Próbuję o tym nie myśleć, jestem jak wędrująca pustka bez przeszłości, przyszłości i strachu.
Uwielbiam jesień. Spacerowałam dziś leśnymi drogami przed zachodem słońca. Patrzyłam na spadające liście, żółte i czerwone, zapadał zmierzch i krople spokoju kapały mi do serca. Oczywiście tych liści wciąż jest za wiele, opadają zbyt wolno, ściana lasu z daleka wyglądała na prawie nietkniętą. Ale zapewne już za tydzień, najpóźniej za dwa, las będzie podobny do mnie, smętny, czarny, ponury martwy. I taki pozostanie aż do końca marca. Jeszcze kilka dni i nastąpi zmiana czasu, za którą tęskniłam w świetle lipca i w upale sierpnia. Ciemności otulą ziemię. Jestem prawie u mety.
Oto leży w aksamitnej trumnie
Szare życie
Jochen Jung
Oto on idzie.
Dokąd? Zawsze
podąża za znakiem zapytania,
za ostatnim zakrętem
znajdzie może
odpowiedź, której szuka.
Oto on stoi.
i dziwi się: Ostatnie zęby
umyte tak jak pierwsze.
A kim jest, proszę was,
ten tam za tą brodą?
Oto on leży
w jedwabiu i aksamicie i
właśnie w tym garniturze, w którym
ostatnio chodził na pogrzeby
Oto on leci
tak dobrze, jak tylko potrafi
popiół na podeszwach
cukier-puder na palcu
złoto na koniuszkach skrzydeł.
Powitany będzie z radością!
Przełożyła kora-kora-kora
Ein kleines Leben
Jochen Jung
Da geht er.
Wohin? Immer
dem Fragezeichen nach,
hinter der letzten Kurve
findet er vielleicht
die gesuchte Antwort.
Da steht er.
und staunt: Die letzten Zähne
geputzt wie die ersten.
Und der hinterm Bart
ist bitte wer?
Da liegt er
in Samt und Seide und
in eben dem Anzug, in dem er
zuletzt zu den Beerdigungen ging.
Da fliegt er
so gut er halt kann
Asche an den Sohlen
Puderzucker am Finger
Gold an den Flügelspitzen.
Er sei willkommen!
***
Komentarz Kornelii: Jochen Jung to urodzony w 1942 austriacki wydawca i literat. Wiersz nie jest depresyjny, raczej pogodnie melancholijny, w końcówce dosłownie „przesłodzony” Przetłumaczyłam i zamieściłam, ponieważ utwór mi się podoba, a ponadto zbliża się moje ukochane święto grobownictwa, toteż temat pasuje znakomicie. Nie jestem zresztą zobligowana się tłumaczyć
Cóż, utwór jest krótkim przedstawieniem szarego, zwykłego ludzkiego życia , na wzór obrazów, często tworzonych od czasów średniowieczna, które ukazują fazy człowieczego żywota od kołyski po młode lata aż po zgrzybiałą starość i grób.
Bohater za młodu szuka sensu swego bytu, usiłuje znaleźć odpowiedź na egzystencjalne pytania.
W wieku dojrzałym przeżywa kryzys tożsamości, zastanawia się, kim naprawdę jest, kto kryje się za tą brodą, za tą twarzą. Coraz częściej zęby naturalne trzeba zmieniać na sztuczne.
Jest coraz starszy, zamiast na koncerty czy wieczory poetyckie chodzi na pogrzeby przyjaciół, krewnych, znajomych. W końcu sam leży w wyłożonej jedwabiem i aksamitem trumnie.
I tu poeta zachwyca optymizmem. Śmierć nie jest końcem. Po zgonie człowiek ulatuje ku innej, lepszej rzeczywistości. Zostawia za sobą proch szarego, trudnego życia i materialnej Ziemi. Ulatuje na złocistych skrzydłach
tak dobrze, jak tylko potrafi
Być może znaczy to, że szybkość wznoszenia się zależy od dobrych uczynków
cukier-puder na palcu
Cóż, tu austriacki twórca bez wątpienia przesadził z tym dobrostanem, w każdym razie zaświaty będą cudowne. Zwykły, szary człowieczek zostanie w innym wymiarze przyjęty z radością.
Krytycy wszakże zwracają uwagę, że nasz los po śmierci jest tajemnicą. Nikt przecież stamtąd nie wrócił, aby powiedzieć, jak jest. Jochen Jung zdaje sobie z tego sprawę. Rozumie, że wszystkie ludzkie istnienia i czyny z nieubłaganym upływem czasu popadają w otchłań zapomnienia. Niniejszy utwór jest protestem przeciw zapomnieniu i świadectwem 9co prawa mocno iluzorycznych) nadziei.
Cóż, ja w to ulatywanie za złocistych skrzydłach i niebiański cukier-puder nie wierzę. Pragnę nicości, lękam się, że jeśli te inny wymiar istnieje, będzie torturująco okropny. „Jako posieliście, tako i zbierać będziecie”. Liczę tylko, że trochę czasu jeszcze mi zostało. A wiersz miły.
Deszczowo, mgliście, pochmurno i przyjemnie. Tylko perspektywa nieuchronnych Zaduszek mocno mnie trapi.
Jochen Jung
Oto on idzie.
Dokąd? Zawsze
podąża za znakiem zapytania,
za ostatnim zakrętem
znajdzie może
odpowiedź, której szuka.
Oto on stoi.
i dziwi się: Ostatnie zęby
umyte tak jak pierwsze.
A kim jest, proszę was,
ten tam za tą brodą?
Oto on leży
w jedwabiu i aksamicie i
właśnie w tym garniturze, w którym
ostatnio chodził na pogrzeby
Oto on leci
tak dobrze, jak tylko potrafi
popiół na podeszwach
cukier-puder na palcu
złoto na koniuszkach skrzydeł.
Powitany będzie z radością!
Przełożyła kora-kora-kora
Ein kleines Leben
Jochen Jung
Da geht er.
Wohin? Immer
dem Fragezeichen nach,
hinter der letzten Kurve
findet er vielleicht
die gesuchte Antwort.
Da steht er.
und staunt: Die letzten Zähne
geputzt wie die ersten.
Und der hinterm Bart
ist bitte wer?
Da liegt er
in Samt und Seide und
in eben dem Anzug, in dem er
zuletzt zu den Beerdigungen ging.
Da fliegt er
so gut er halt kann
Asche an den Sohlen
Puderzucker am Finger
Gold an den Flügelspitzen.
Er sei willkommen!
***
Komentarz Kornelii: Jochen Jung to urodzony w 1942 austriacki wydawca i literat. Wiersz nie jest depresyjny, raczej pogodnie melancholijny, w końcówce dosłownie „przesłodzony” Przetłumaczyłam i zamieściłam, ponieważ utwór mi się podoba, a ponadto zbliża się moje ukochane święto grobownictwa, toteż temat pasuje znakomicie. Nie jestem zresztą zobligowana się tłumaczyć
Cóż, utwór jest krótkim przedstawieniem szarego, zwykłego ludzkiego życia , na wzór obrazów, często tworzonych od czasów średniowieczna, które ukazują fazy człowieczego żywota od kołyski po młode lata aż po zgrzybiałą starość i grób.
Bohater za młodu szuka sensu swego bytu, usiłuje znaleźć odpowiedź na egzystencjalne pytania.
W wieku dojrzałym przeżywa kryzys tożsamości, zastanawia się, kim naprawdę jest, kto kryje się za tą brodą, za tą twarzą. Coraz częściej zęby naturalne trzeba zmieniać na sztuczne.
Jest coraz starszy, zamiast na koncerty czy wieczory poetyckie chodzi na pogrzeby przyjaciół, krewnych, znajomych. W końcu sam leży w wyłożonej jedwabiem i aksamitem trumnie.
I tu poeta zachwyca optymizmem. Śmierć nie jest końcem. Po zgonie człowiek ulatuje ku innej, lepszej rzeczywistości. Zostawia za sobą proch szarego, trudnego życia i materialnej Ziemi. Ulatuje na złocistych skrzydłach
tak dobrze, jak tylko potrafi
Być może znaczy to, że szybkość wznoszenia się zależy od dobrych uczynków
cukier-puder na palcu
Cóż, tu austriacki twórca bez wątpienia przesadził z tym dobrostanem, w każdym razie zaświaty będą cudowne. Zwykły, szary człowieczek zostanie w innym wymiarze przyjęty z radością.
Krytycy wszakże zwracają uwagę, że nasz los po śmierci jest tajemnicą. Nikt przecież stamtąd nie wrócił, aby powiedzieć, jak jest. Jochen Jung zdaje sobie z tego sprawę. Rozumie, że wszystkie ludzkie istnienia i czyny z nieubłaganym upływem czasu popadają w otchłań zapomnienia. Niniejszy utwór jest protestem przeciw zapomnieniu i świadectwem 9co prawa mocno iluzorycznych) nadziei.
Cóż, ja w to ulatywanie za złocistych skrzydłach i niebiański cukier-puder nie wierzę. Pragnę nicości, lękam się, że jeśli te inny wymiar istnieje, będzie torturująco okropny. „Jako posieliście, tako i zbierać będziecie”. Liczę tylko, że trochę czasu jeszcze mi zostało. A wiersz miły.
Deszczowo, mgliście, pochmurno i przyjemnie. Tylko perspektywa nieuchronnych Zaduszek mocno mnie trapi.
Jak zapewne wiesz, ja raczej nie szukam czytelników. Taki obłąkany blog może przecież wygenerować jakieś nieszczęście. Jeśli znalazłaś, czytasz i Ci to nie szkodzi, może powinniśmy ocenić to pozytywnie.
Nie wątpię, że to rozumiesz: dobór utworów jest skrajnie subiektywny, a komentarze czysto autorskie. Nie zawsze odzwierciedlają: „co poeta miał na myśli”. Wierszy tak sławnych twórców, jak Sylvia Plath czy zwłaszcza Paul Celan nie powinno się w ogóle analizować bez wnikliwego studium przedmiotu. Ale jak Ci się podoba tak, jak jest, to dobrze. Może to zostanę, może nie. Nie wiem. Zapewne jeszcze przez jakiś czas. Pozdrowienia
Kiedyś coś tam napisałam do Ciebie. Może nawet kilka razy. Miałam inny nick, którego nawet nie pamiętam. Zresztą nieważne.
Lubię tu zaglądać. Nie znam się na poezji tak jak Ty. Czytam ją bardzo, bardzo rzadko. A tu czytam. Podoba mi się mimo, że dotyka spraw trudnych. I naprawdę, uwierz mi, czekam na Twoje komentarze. Jak ich długo nie ma to jestem zawiedziona.
A blog mi nie szkodzi. Najwyżej pozwala mi zatrzymać się i popatrzeć z pewnej perspektywy na tematy, które odsuwa się od siebie, a które przecież są.
No i Ty…Powiem krótko…ciekawa z Ciebie osoba. Nietuzinkowa, inna, bardzo otwarta w tym miejscu. Inność wzbudza niepokój, ale i ogromną ciekawość. Nie dziw się więc, że lubię tu zajrzeć. Dla Ciebie i dla siebie także.
Pozdrawiam Cię. I pisz, pisz, pisz.
Niedobra, niegrzeczna Kornelia… Najpierw to hasło, teraz zamykanie…Oj nie podoba mi się to, nie podoba…A tak lubiłam tu wskoczyć na chwilkę. Zawsze coś tam innego, ciekawego poznałam, co było przyczynkiem (śmieszne słowo) do poznawania dalszego. I czym to zastąpić? Qźwa naprawdę nie podoba mi się Twoja decyzja czymkolwiek podyktowana jest. Już parę dni tęskniłam za Twoim pisaniem. Doczekałam się. Ale, znowu qźwa, dlaczego na tak krótko? Wypocznij Ty sobie nad tym morzem, pobądź w tym ciemnym hotelowym pokoju zakryta kołdrą po uszy, nawet ze strachu sobie podygotaj od czasu do czasu (dla mnie i dla Ciebie pewnie lepiej byś nie dygotała, bo chyba nie jest to fajne – no ale na pewne doznania nie mamy może wpływu) i…wracaj i kluczykiem otwieraj to miejsce (może to wentyl, może nie ) i pisz, pisz, pisz…I prosić się nie daj nie matko, nie Polko. Amen.
** Cieszę się, że Ci się to miejsce podoba, aczkolwiek całkowicie bezpiecznie u mnie nie jest. Moje postępowanie zależy od nastrojów. Niekiedy mam chęć zamieścić wpis, innym razem nie. Zobaczymy, co będzie dalej. Jak też się nie znam na poezji, komentarze są autorskie i amatorskie
Miłego dnia:)
Jak widać, pamięć mam fatalną. Rzeczywiście to ja napisałam tamten komentarz. Zupełnie mi to z głowy wyparowało. Tylko ręce mogę załamać. Choroba na A. niebawem murowana. Przeraża mnie to. Powinnam ćwiczyć tę swoją pamięć, a ja to tylko kartki i karteczki przypominajki. Tak trudno mi wziąć się za siebie. Czy to tylko lenistwo?
A jeśli o nastroje chodzi, to też tak mam. Może nie popadam w skrajności, ale bywam czasem tym zmęczona. Póki co teraz nie jest źle. O ile nie jest złym zasiedzenie w tym co mi nie wystarcza.
Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie. Czytaj i pisz. Ktoś tu musi być mądry w tej ogłupiającej sieci.