Źle jest
Gottfried Benn
Nie znać angielskiego
i usłyszeć o dobrej angielskiej powieści kryminalnej,
która nie została przetłumaczona na niemiecki.
Zobaczyć w czasie upału piwo
i nie móc go sobie postawić.
Wpaść na jakąś odkrywczą myśl
i nie móc jej przekuć w wers Hölderlina,
jak to jest w zwyczaju profesorów.
Nocą, w podróży, usłyszeć bicie fal
i powiedzieć sobie, że robiły to od dawna.
Bardzo źle: zjawić się
kiedy w domu wycichają pokoje,
lepsza już kawa
i niekoniecznie rozmowa.
Najgorzej:
umierać nie w lecie,
kiedy wszystko jest jasne
a ziemia sposobna dla łopaty.
Przełożył Krzysztof Karasek
****
Komentarz Kornelii: Gorzki wiersz niemieckiego lekarza i poety, introwertyka, barda śmierci, śpiewaka uroków kostnicy. Gottfried Benn (1886-1956) może podświadomie wiedział, że umrze wśród wielkich cierpień na raka kości, dlatego pisał tak posępnie.Cóż, ogólnie rzecz biorąc, poeta zdaje sobie sprawę, że w życiu może być niedobrze: czasem nie ma nawet na piwo, ludzie często nie mają sobie nic do powiedzenia, trudno o wzniosłości w tym okropnym świecie, nie każdy może być Hölderlinem.
Nad tym żałosnym bytowaniem krąży nieuchronna śmierć. Zdanie twórcy, najlepiej jest odejść latem, gdy pogoda jest słoneczna i grabarz się nie natrudzi:
Najgorzej:
umierać nie w lecie,
kiedy wszystko jest jasne
a ziemia sposobna dla łopaty.
Cóż, mnie jeszcze stać na piwo i cydr, po angielsku przeczytam, jak muszę, lubię wyciszone pokoje, rozmowa mnie nuży, nie mam już nic do powiedzenia. Szum fal mnie koi, nie przejmuję się tym, że szumią tak od wieków.
Nie wiem, kiedy chciałabym umrzeć. Latem? Nie lubię świetlistych długich dni, a trud służb cmentarnych nic mnie nie obchodzi. Pogrzeb najlepiej wygląda w mroku, we mgle i w deszczu, na mój zresztą nikt nie przyjdzie.
Zastanowiłam się i pomyślałam, że chciałabym odejść, jakoś tak tuż przed zmianą czasu zimowego na letni, aby nie doświadczać już tego kwietno-toksycznego paroksyzmy maja, pachnących przemijaniem białych bzów i dręczących bezlitośnie czerwcowych dni, które wydają się nie mieć końca.
Byłam nad morzem, umarła teściowa brata – nie wróciłam na pogrzeb. Ale ojciec idzie do szpitala na operację, wróciłam z ogromną niechęcią. Jestem u rodziców. Straszny psychiczny festiwal umierania. Nie potrafię tego wytrzymać. Zakładam, że operacja się uda i szybko znowu wyjadę.
Na szczęście dziś pochmurny dzień, żeby tylko słońce nie wyszło. Każdy dzień krótszy – to dobrze. Ale mrok nadchodzi za wolno i o wiele za jaskrawy jest blask dnia.
3 myśli nt. „Ziemia sposobna dla łopaty”
Ładna strofa o wycichających pokojach – nie wiadomo, czy obecni w nich ludzie nie mają już sobie nic do powiedzenia, czy nie ma w nich nikogo, do kogo można by się odezwać.
Nadal jesteś u rodziców? Jak to znosisz i jak się czujesz?
Jestem znów nad morzem, może za kilka dni umieszczę odpowiedni wpis.