Archiwum bloga

środa, 20 grudnia 2017

Ziemia sposobna dla łopaty



Źle jest

Gottfried Benn

Nie znać angielskiego
i usłyszeć o dobrej angielskiej powieści kryminalnej,
która nie została przetłumaczona na niemiecki.
Zobaczyć w czasie upału piwo
i nie móc go sobie postawić.
Wpaść na jakąś odkrywczą myśl
i nie móc jej przekuć w wers Hölderlina,
jak to jest w zwyczaju profesorów.
Nocą, w podróży, usłyszeć bicie fal
i powiedzieć sobie, że robiły to od dawna.
Bardzo źle: zjawić się
kiedy w domu wycichają pokoje,
lepsza już kawa
i niekoniecznie rozmowa.
Najgorzej:
umierać nie w lecie,
kiedy wszystko jest jasne
a ziemia sposobna dla łopaty.

Przełożył Krzysztof Karasek

****

Komentarz Kornelii: Gorzki wiersz niemieckiego lekarza i poety, introwertyka, barda śmierci, śpiewaka uroków kostnicy. Gottfried Benn (1886-1956) może podświadomie wiedział, że umrze wśród wielkich cierpień na raka kości, dlatego pisał tak posępnie.Cóż, ogólnie rzecz biorąc, poeta zdaje sobie sprawę, że w życiu może być niedobrze: czasem nie ma nawet na piwo, ludzie często nie mają sobie nic do powiedzenia, trudno o wzniosłości w tym okropnym świecie, nie każdy może być Hölderlinem. 
Nad tym żałosnym bytowaniem krąży nieuchronna śmierć. Zdanie twórcy, najlepiej jest odejść latem, gdy pogoda jest słoneczna i grabarz się nie natrudzi:

Najgorzej:
umierać nie w lecie,
kiedy wszystko jest jasne
a ziemia sposobna dla łopaty.

Cóż, mnie jeszcze stać na piwo i cydr, po angielsku przeczytam, jak muszę, lubię wyciszone pokoje, rozmowa mnie nuży, nie mam już nic do powiedzenia. Szum fal mnie koi, nie przejmuję się tym, że szumią tak od wieków.
Nie wiem, kiedy chciałabym umrzeć. Latem? Nie lubię świetlistych długich dni, a trud służb cmentarnych nic mnie nie obchodzi. Pogrzeb najlepiej wygląda w mroku, we mgle i w deszczu, na mój zresztą nikt nie przyjdzie.
Zastanowiłam się i pomyślałam, że chciałabym odejść, jakoś tak tuż przed zmianą czasu zimowego na letni, aby nie doświadczać już tego kwietno-toksycznego paroksyzmy maja, pachnących przemijaniem białych bzów i dręczących bezlitośnie czerwcowych dni, które wydają się nie mieć końca.
Byłam nad morzem, umarła teściowa brata – nie wróciłam na pogrzeb. Ale ojciec idzie do szpitala na operację, wróciłam z ogromną niechęcią. Jestem u rodziców. Straszny psychiczny festiwal umierania. Nie potrafię tego wytrzymać. Zakładam, że operacja się uda i szybko znowu wyjadę.
Na szczęście dziś pochmurny dzień, żeby tylko słońce nie wyszło. Każdy dzień krótszy – to dobrze. Ale mrok nadchodzi za wolno i o wiele za jaskrawy jest blask dnia. 
3 myśli nt. „Ziemia sposobna dla łopaty”

  1. Zastanawiałam się niedawno nad tym, w jakiej porze chciałabym umrzeć. I tak sobie uroiłam, z pewną dozą czarnego humoru, że w środku zimy, kiedy ziemia ścięta mrozem. A wcześniej przygotować ciasto z cykuty na stypę, dla biesiadników niepomnych na to, że leżę samotnie w zimnym grobie.
    Ładna strofa o wycichających pokojach – nie wiadomo, czy obecni w nich ludzie nie mają już sobie nic do powiedzenia, czy nie ma w nich nikogo, do kogo można by się odezwać.
    Nadal jesteś u rodziców? Jak to znosisz i jak się czujesz?
  2. Aj, nie powinnaś mieć takich posępnych myśli. Według mojej wiedzy większe cmentarze mają koparki, a zresztą przygotowują wymurowane groby przed początkiem zimy, tak, że mróz nie będzie dla służb cmentarnych wielkim udręczeniem. Słyszałam, że ludzie potrafią opóźnić o kilka dni czas śmierci, aby doczekać np. do Bożego Narodzenia albo Komunii wnuczka, albo nawet umożliwić rodzinie niższą stawkę podatku spadkowego. Ale o całą porę roku zapewne nie uda się opóźnić. Nie chciałabym umierać w listopadzie ani w grudniu, które lubię, ale nikt nie wie, jak będzie.
    Jestem znów nad morzem, może za kilka dni umieszczę odpowiedni wpis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...