Archiwum bloga

wtorek, 19 grudnia 2017

Twarz na siedem lat smutku



30 myśli nt. „Twarz na siedem lat smutku”

  1. Tak, krótkie wiersze mają swój urok. Dlatego rzadko zamieszczam utwory dłuższe – nikomu się nie zechce ich przeczytać. Fakt, że i tak nikt nie czyta. Kolega Errorous jest bogatym w intelekt pustelnikiem, zakładam że już w miarę szacownym wieku, i nie wydaje mi się, aby migranci mu zagrażali :) Uchodźcy preferują młode kobiety względnie dzieci.
    • Nie używaj, proszę, takich nieładnych określeń, ponieważ mi szkodzą. Ty jesteś jeszcze w wieku delikatnym. Jak mniemam, szacowny wiek zaczyna się około pięćdziesiątki. „Pięćdziesięciu lat jeszcze nie masz, a Abrahama widziałeś?”
      • Wypraszam sobie. Jakie pięćdziesiąt? Jestem starszy od czasu i przestrzeni :) Ale co do Abrahama, to faktycznie sobie go nie przypominam. Nie tylko jego, zresztą. Wieczność to nie ciągłość czasu lecz jego wstrzymanie. Zresztą z Kornelią nie jest inaczej, jej doświadczenie jakiekolwiek by ono nie było, jest zawsze Teraz. To tylko kwestia odpowiedniego skierowania uwagi :) Idee „ja się urodziłem” „ja umrę” to nietrwałe determinacje wynikłe z identyfikowania się z ciałem, które faktycznie się urodziło i umrze. No ale kto rozsądny identyfikowałby się z czymś tak rażąco nieestetycznym jak ciało? :)
        Sartre definiuje je jako „wilgotne ciepło brudzące koszulę”,
  2. Przepraszam, wyraziłam się niefortunnie. Jestem pewna, że nie osiągnąłeś jeszcze wieku, w którym widzi się Abrahama, aczkolwiek wydaje mi się, że jesteś starszy, niż kolega (koleżanka?) Pieprz.
    Ach, ciało…To absurd. Sartre miał słuszność. Ale czy istnieją jakiekolwiek dowody, że świadomość może istnieć niezależnie od niego? Jedyna nadzieja, to, że wraz z ciałem także osobowość nieodwołalnie rozsypie się w proch,
  3. Kora, nie mamy dowodu, ale przyznaję, że byłoby zabawnie zobaczyć Ciebie, jak wisząc nad swoją trumną, przeklinasz na czym świat stoi.
    I nie ma problemu, będę używać już tylko ładnych słów.
    Errorous, rzeczywiście czasem częściowe odklejenie identyfikacji z ciałem może uprościć życie. Wtedy już nie traktujemy się tak strasznie poważnie. :>
    • No niestety ciało nie jest jedynym obiektem identyfikacji, można się identyfikować z doświadczeniem nie bycia ciałem :)
      Dowody? Obiektywne dowody na to co jest ściśle subiektywne? Doprawdy cóż za zachcianki :) No a jakie są dowody, że ciało nie jest li tylko organem percepcyjnym świadomości? Zajęło mi trochę czasu, by przekonać pewnego neuronaukowca, że idea iż śmierć jest końcem doświadczenia, której hołduje, jest niczym innym jak wiarą. Zresztą przyznał to bardzo niechętnie :( Ech, ci wierzący :) Zapominają, że wierzą i myślą, że wiedzą :)
      • Można się zapętlić, jak najbardziej. Natura ludzka szuka stabilności (chociaż złudnej), więc będzie chciała się identyfikować.
        „No a jakie są dowody, że ciało nie jest li tylko organem percepcyjnym świadomości?”
        A kiedy twierdziłam inaczej? :> Jeszcze się nie znamy za bardzo, ale moje podejście do osobowości w zasadzie zupełnie wyzbyło się poczucia „czegoś więcej” z nim zwykle związanego.
        Fakt, trochę to zabawne. Przecież nie jest w stanie tego zbadać, zmierzyć, przeanalizować, więc nie wie, może tylko wierzyć. Tak samo, jak zapewne w jego słowa wierzą niezależni ateiści.
        • Nie jestem wyznawcą radykalnego agnostycyzmu :) Swojego czasu dość ostro trenowałem pewną dyscyplinę, i wiem co systematyczny trening może zdziałać. Na jednym z wykładów Thomas Metzinger omawiając medytację jako teoretyczne źródło wiedzy, powołuje się na jakiegoś gościa, który prawdopodobnie nie medytował w życiu więcej od samego Metzingera :) Co do mnie, nie mam w tej dziedzinie większych osiągnięć, natomiast sprawdzone teksy źródłowe, na których się opieram, mówią o takich stanach jak zanik ciała jako doświadczanego, co jest związane z zanikiem oddechu, a w jeszcze głębszych stanach skupienia, praktycznie nie można z zewnątrz poznać czy człowiek jest martwy, czy też medytuje, znika nie tylko oddech ale również wszelka inna cielesna aktywność jak bicie serca itp.
          Wydaje się, że by zacząć rozumieć czym jest świadome istnienie, trzeba zacząć myśleć o ciałach jako raczej używanych przez świadomość niż będących jej źródłem. Takie udokumentowane zjawiska jak telepatia, czy „efekt setnej małpy” jasno pokazują, że naukowa materialistyczna wizja świata jest niesatysfakcjonująca.
          • Hehe, bardzo mi się podoba, kiedy ktoś się powołuje na „sprawdzone teksty źródłowe” i żadnych źródeł nie podaje. :>
            Chyba się do końca nie zrozumieliśmy z tym „czegoś więcej”. Ktoś, kto jak ja hoduje sobie dobrowolnie chorobę psychiczną (taki żarcik), żeby sprawdzić co potrafi wyciągnąć z mocy obliczeniowej własnego mózgu, nie będzie postulował ograniczeń.
    • Rozumiem, że nie masz na myśli sytuacji, w której się powiesiłam nad własną trumną :), tylko taką, w której się unoszę nad swymi doczesnymi szczątkami w charakterze duszy.
      Trudno sobie wyobrazić przeklinającą dusze, tym niemniej czysto teoretycznie może do tego dojść. Taka psyche uwolniona z więzów ciała zna już całą prawdę, a także swój przyszły los, z powodu licznych występków raczej niewesoły – dlatego śmiertelnie przerażona dusza bezsilnie złorzeczy.
      Przypominam sobie powieść „Doktor Faustus” Tomasza Manna i zawarty w niej wstrząsający opis piekła. Potępione osoby za życia delikatne i wrażliwe skazane są m.in. na to, aby krzyczeć najbardziej plugawym językiem i takich właśnie słów słuchać.
      Cóż, mam nadzieję, że mnie taki los nie spotka. Ostatecznie prawie na pewno po śmierci nastąpi nicość taka jak przed narodzinami. niestety, pozostaje to ‚prawie”.
      Toteż nie mogą całkowicie wykluczyć, że będę musiała przeklinać przez całą wieczność. A to naprawdę mi szkodzi. Nie mogę trwać w społeczeństwie, w którym najbardziej popularne słowo, zaraz po mamie, zaczyna się na „K”.
      Jak już pisałam, zakładam, że wiesz, co czynisz, tym niemniej kolega Errorous ma rację – eksperymenty umysłowe, dzielenie osobowości, są ekscytujące, ale ostatecznie do niczego dobrego nie prowadzą. Trudno potem te hasające osobowości poskromić i połączyć w jedną.
      .
  4. Teksty źródłowe to dla mnie Kanon Pali, a nie podałem, bo kogo obecnie interesuje Kanon Pali :) Już nic nie mówiąc o tym, że nie ma większego powodu, by ktoś inny miałby te teksty darzyć zaufaniem.
    Nawet buddyści tego nie robią :) generalnie buddyści mają swoje własne idee i gdy tekst jasno wskazuje, że są błędne, przeważnie zamiast uznać autorytet wyższy kierując się prostym rozumowaniem: skoro Budda to Budda, to w takim razie ma rację, tak manipulują tekstem, że nagle pasuje on do ich idei.
    Kolega niech lepiej uważa z tymi eksperymentami nad umysłem. Zwariować łatwo, dojść do siebie już trudniej. Wiem coś o tym :) I to nie żarcik :)
    Ludzi można sklasyfikować na dwa typy, dla jednych prawda jest czymś do odkrycia, dla innych czymś do wykreowania :)
    Hodowanie sobie choroby psychicznej nie jest niczym nowym
  5. O pewne rzeczy mi się opublikowały, które miałem usunąć, dodatkowo dwa zdania weszły między inne i wyszedł chaos. Miałem coś napisać o gościu, który celowo popadał z stany psychotyczne, licząc, że to mu coś da, nawet opublikował o tym książkę z przedmową Junga, ale zrezygnowałem, bo obecnie nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska.
    Ale generalnie stany psychotyczne jak i narkotyki nie wnoszą żadnej jakościowej wiedzy.
  6. @Kora
    To jest ciekawa wizja piekła. Mam nadzieję, że Cię ominie.
    Założenie dość często jest takie, że osobowość musi być niepodzielną bryłą. Otóż nie musi, ba, nie jest nią, Składa się z elementów – nawyków, umiejętności, wspomnień, preferencji, fundamentów, etc, które wykształcają się na podstawie predyspozycji własnych i czynników zewnętrznych. Jeśli jesteś w stanie dojść do poziomu auto-obserwacji, na którym nauczysz się rozpoznawać te elementy, będziesz mogła dostrzec jak są połączone i co można zmienić lub ulepszyć.
    Tak z ciekawostek, do podobnych wniosków, jak udało się dojść mi, można również dojść z pomocą medytacji i innych katalizatorów, niż rozdział osobowości.
    Nie chodzi o to, żeby potem te „hasające osobowości” łączyć. Tylko o to, żeby swoje toki myślowe, oparte na różnych przesłankach (w moim przypadku myślenie kreatywne kontra myślenie logiczne) mogły cały czas ze sobą konfrontować, a co za tym idzie rozwijać cały system (człowieka).
    Na razie nauczyłam się myśleć analitycznie, wzmocniłam się wewnętrznie i mój poziom codziennego szczęścia podniósł się z „Łomatko, zdejmijcie mnie z ziemi!” na „Miło jest”. Jeśli moja życiowa opowieść skończy się dramą, zapewne też to gdzieś zapiszę, tak dla przestrogi i dobrej lektury do popołudniowej kawki. :>
    @Errorous
    Czyli, jak rozumiem, „sprawdzone teksty źródłowe” to teksty, którym w zasadzie nie powinno się ufać?
    „Zwariować łatwo, dojść do siebie już trudniej. Wiem coś o tym :) I to nie żarcik :)”
    Kolega próbował dysocjacji osobowości z własnej woli lub przypadkiem? Albo jest psychiatrą?
    Nazwałam to chorobą psychiczną, bo tak najczęściej jest postrzegane, dlatego żarcik. Nie robię tego dla dreszczyku emocji, tylko po to, żeby coś konkretnego w swoim wnętrzu zdziałać, dostać się do „kokpitu” i przełączyć (w pewnych zakresach i momentach) z autopilota na sterowanie ręczne.
  7. Raczej, mam na myśli to, że teksty które są dość obszerne, same w sobie a jako będące pierwotnie przekazem słownym, przeznaczonym do zapamiętywania często występują w nich powtórzenia, co ułatwiało zapamiętywanie, ale utrudnia czytanie, przynajmniej na początku, zanim człowiek się przyzwyczai. Dodatkowo większość z nich to w terminologii Kierkegaarda tak zwana komunikacja niebezpośrednia, używany jest ścisły opis fenomenologiczny, raczej dość suchy sam w sobie. Ta ostatnia cecha w pewnym sensie może rodzić zaufanie, ale tylko do pewnego stopnia. Widać, że są to teksty kogoś inteligentnego, kto przedstawia swoje idee bez popadania w logiczne sprzeczności. Natomiast prawdziwe zaufanie zrodzić się może dopiero gdy zrozumie się znaczenie tych tekstów. Dlatego też o ile część buddystów zgadza się, że pochodzą one od Buddy, nie ma absolutnie zgody na to, cóż właściwie te teksty znaczą.
    Weźmy, przykład: „Kiedy jest oko, mnisi, przez trzymanie się oka, przez lgniecie do oka, pojawia się myśl: ‚Jestem lepszy’ czy ‚Jestem równy’ czy ‚Jestem gorszy’. Kiedy jest ucho … nos … język … ciało … umysł, mnisi, przez trzymanie się umysłu, przez lgniecie do umysłu, pojawia się myśl: ‚Jestem lepszy’ czy ‚Jestem równy’ czy ‚Jestem gorszy’.
    Jak myślicie, mnisi, czy oko jest trwałe czy nietrwałe?” „Nietrwałe, czcigodny panie”. „Co nietrwałe jest bolesne czy przyjemne?” „Bolesne, czcigodny panie”. Ale bez trzymania się tego co nietrwałe, bolesne i podmiotem zmiany, czy pojawiłaby się myśl: ‚Jestem lepszy’ czy ‚Jestem równy’ czy ‚Jestem gorszy’?” „Nie, czcigodny panie”. „Czy ucho jest trwałe czy nietrwałe?” „Nietrwałe, czcigodny panie”. „Co nietrwałe jest bolesne czy przyjemne?” „Bolesne, czcigodny panie”. Ale bez trzymania się tego co nietrwałe, bolesne i podmiotem zmiany, czy pojawiłaby się myśl: ‚Jestem lepszy’ czy ‚Jestem równy’ czy ‚Jestem gorszy’?” „Nie, czcigodny panie”.
    Fragment SN 35: 108
  8. Przychodzi chwila, w której własne idee trzeba wcielić w życie. Nigdy nie żyłem w całkowitej sprzeczności z moimi, a jednak boję się, że kiedyś przystosuję się do nich i wyciągnę z nich ostateczne konsekwencje. Bo moje idee wykluczają mnie. Cioran
    Moje również :) No i w trakcie wyciągania z nich konsekwencji, przeszedłem przez stan psychotyczny. Raczej z własnej głupoty, straciłem czujność, gdy pojawiły się pewne nowe doświadczenia, chyba coś podobnego (nie)przeżył Stachura.
  9. Miły ten cytat z Ciorana. Cóż, nasz filozof nie wyciągnął konsekwencji i zapewne my też nie powinniśmy. Zresztą to samo przyjdzie, tak jak już zwracałeś uwagę. Ale łatwo nie jest. Jako sposób obrony przed falami smutku wysączyłam w tawernie wino sycylijskie i spożyłam mule. Pomaga, aczkolwiek na bardzo krótko :)
  10. A mewy bardzo tupią po tym winie?
    Nie jestem pewny, co miał na myśli Cioran, dla mnie „istnienie”, poczucie bycia w czasie i przestrzeni, jest pewną strukturą, co prawda, nietrwałą i powstałą współzależnie od ignorancji, ale tu Korneli się tu coś pomyliło, nigdzie nie mówiłem, że to samo przyjdzie, czy raczej odejdzie. :) Wręcz przeciwnie, skoro to stan mentalny, śmierć ciała, w żadnym razie nie wpływa na status quo ignorancji.
    Ale domyślam się, że Kornelia uparcie identyfikuje swe istnienie z ciałem, stąd, jakby rzekł poeta „nadzieje płonne” związane ze śmiercią ciała.
    Dobrze Korneli radzę, niech Kornelia odda się modlitwie, kontemplacji, medytacji, czytaniu świętych pism, a nie łazi po barach, i zatruwa umysł winem a żołądek mulami (czymkolwiek te mule są). No dobrze, co to takiego te mule? Jakieś ryby?
  11. Mule to takie wyrafinowane muszle. Podane były w garnuszku i z sosem czosnkowym. :)
    Oficjalna nazwa Omułek jadalny (Mytilus edulis) – gatunek kosmopolitycznego małża z rodziny omułkowatych (Mytilidae), szeroko rozprzestrzeniony w morzach półkuli północnej z wyjątkiem strefy arktycznej. W Bałtyku omułek jadalny jest jedynym przedstawicielem małży nitkoskrzelnych (Pteriomorphia).
    Następnym razem wezmę ostrygi.
    Dziś byłam w restauracji meksykańskiej, spożyłam tortillas wraz z mocną dawką tequili. Teoretycznie masz rację, ale jak próbuję czytania świętych pism, to właściwie nic nie rozumiem. Niestety, pustki nie są zdolne do lektury, ani do medytacji, zostaje tylko wino.Jak się napiję, to mi lepiej, nie mogę się oprzeć.
    Post mortem nulla voluptas.
    Tym niemniej kupiłam książkę o egipskiej Księdze umarłych, może spróbuję czytać, jak będę trzeźwa oczywiście. :)
    Dla mnie konsekwencje Ciorana są jednoznaczne. nasz filozof dobrze wie, że skoro wypisuje takie rzeczy smętne i gorzkie, to powinien usunąć się ze świata żywych.
  12. „…to powinien usunąć się ze świata żywych”. No tyle to i ja wiem. Pytanie na ile wierzył że wyeliminowanie się z życia jest tak proste jak poderżnięcie sobie gardła – jak kogoś na to nie stać, zawsze może spalić Koran w Islamabadzie albo i pewnych dzielnicach Malmö.
    Ale pewno w to wierzył. W sumie fajny był gość, tyle, że dość naiwny i zbyt optymistyczny. :)
    Mieszkałem kiedyś w kraju, gdzie przysmakiem były suszone ośmiornice … Cóż to był za zapach! Nie mówiąc o widoku zwisającej macki, z ust konsumenta …
  13. Wydaje mi się, że większość ludzi tak właśnie uważa – przecięcie tchawicy oznacza jednoznaczne i ostateczne wyeliminowanie się z życia. Ale zawsze jakieś minimalistyczne wątpliwości pozostają. A jak sobie przetnę i okaże się, że jeszcze jakoś istnieję? To przecież czysta zgroza, na razie wolę więc nie próbować.
    Na Ozyrysa, to wszystko przecież okropne…
    Uwielbiam ośmiornice, ostatnio zamówiłam sobie znakomicie upieczoną mackę z eleganckimi przyssawkami. Podlałam rieslingiem. Było bosko :) Ozyrys lub ktoś podobny niech jeszcze zaczeka
  14. Przekonałam się do muli na francuskim brzegu. Byłam w miejscowości Pornic, którą zresztą ukochał sobie Słowacki. Nieufna na początku, wzięłam talerz na spółkę z koleżanką, która mnie do niego namawiała. Nie żałowałam na tyle, by następnym razem, już z innym doświadczonym zjadaczem muli, znowu je zamówić, znowu w Pornicu.
    @Errorous
    Rzeczywiście ten tekst jest tak zredagowany, że nie dziwi mnie ilość interpretacji. :>
    I cóż to za stan psychotyczny był? Ja, niestety, w stanach psychotycznych nie mam żadnego doświadczenia, więc nie potrafię się odnieść.
    • @Kornelia – statystyka jest oczywiście niezbyt wiarygodnym środkiem poznania, nie mniej jako narzędzie pokazujące co nie jest prawdą, jest dość użyteczna. Na pytanie jakie idee są błędne; odpowiedź: „te które akceptuje większość” przeważnie jest odpowiedzią dobrą. :)
      @ Pieprz – słowo „niestety” jest nieodpowiednie, doprawdy nie ma co żałować. Psychoza zasadniczo jest podobna śnieniu i jej podstawową cechą jest całkowity lub prawie całkowity zanik refleksji, w doświadczeniu dominuje tak zwana „bezpośredniość”
      „immediate experience”.
      Nie zgadzam, się żeby przyczyną mnogości interpretacji powyższego tekstu był jego fenomenologiczny charakter. Raczej skłaniam się ku temu, iż jego „tajemniczość” kryje się w tym, że dobra rada wyroczni: „Poznaj siebie” jest jedną z najbardziej lekceważonych rad. A gdy już się próbuje ją realizować w życiu, okazuje się jedną z najbardziej trudnych do realizacji. Nie mam tu na myśli takiego pseudopoznania jak: „jestem znerwicowany bo miałem trudne dzieciństwo” co na pewnym poziomie może nawet być prawdą. Raczej chodzi mi o bezpośrednią wiedzę tego, czym rzeczywiście jest tak zwana „świadomość”.
  15. @Errorous
    Tak podejrzewałam, że zwrócisz uwagę na słowo „niestety”, hihi.
    Czegoś Cię nauczyły te stany psychotyczne? W jaki sposób się w nie wpędziłeś?
    To (poznanie siebie) bym widziała jako fundament do zrozumienia wielu rzeczy, ale nadal sądzę, że forma tekstu ma wiele wspólnego z mnogością interpretacji.
    Jestem, jak najbardziej, zwolenniczką autoobserwacji. Udało mi się ją nawet, właśnie z pomocą swojego ‚eksperymentu’, realizować jako proces w tle. Dzięki temu przebiega sprawniej. A jak tobie idzie „poznawanie siebie”?
    • Stany psychotyczne to za dużo powiedziane. Miałem tylko jeden :) Bardziej ściśle można by rzec, że to doświadczenie mnie czegoś oduczyło. Tak jak w każdej dziedzinie, w tak zwanej „art of noughting oneself” progres jest stopniowy. Paradoks polega na tym, że każdy profesjonalista czerpie satysfakcje ze swej wiedzy, widząc różnice pomiędzy nim a amatorami, czy też pomiędzy jego stanem wyjściowym a obecnym. To uczucie może się jawnie manifestować, może też być skrywane, ale ono jest. I generalnie przyczynia się ono do wzmocnienia ego. I tu pojawia się paragraf 22, osiągasz częściowy sukces na drodze do zniweczenia ego, następuje obiektywna zmiana w postrzeganiu rzeczy, co do tego nie masz złudzeń. Natomiast bardzo łatwo popaść w złudzenie, i nie dostrzec, że samo to czerpanie satysfakcji z częściowego zwycięstwa nad ego, wzmacnia ego :).
      Co do poznawania siebie, zauważ, że w cytowanym powyżej tekście następują po sobie pytania o nietrwałość, cierpienie i nie-ja. To dla racjonalisty zupełnie niezrozumiałe, i trudno się dziwić, mało kto kultywuje subiektywność poza zwykłą zmysłową gratyfikacją. I choć wydaje mi się, że nie jest to oficjalnie uznanym rozpoznaniem w psychologii, subiektywność jest nierozłączna z poczuciem nieśmiertelności i trwałości. Innymi słowy, dla każdego człowieka, jego „ja” jest pewnego rodzaju trwałym monolitem. Oczywiście na poziomie emocjonalnym. Ateista nie mówi o nieśmiertelności swej duszy:). Niestety poza odwołaniem się do samoobserwacji, mogę tu tylko powołać się na pewnego żydowskiego czarnoksiężnika, Freuda. Co prawda, wnioski, które wyciągał ze swych obserwacji, są co najmniej dziwaczne, niemniej nie można mu odmówić pewnych zdolności, charakteryzujących uważnego obserwatora. I zauważył on, że „nieświadomość” jakiegoś człowieka, co prawda potrafi uznać fakt, że inni są śmiertelni, natomiast absolutnie odrzuca swą własną śmiertelność.
      No i jeszcze przychodzi mi na myśl aforyzm: „Lękamy się wszystkich rzeczy jako śmiertelni, a pragniemy ich, jak gdybyśmy byli nieśmiertelni”, La Rochefoucaulda . Gdyby ludzie akceptowali swoją śmiertelność, temat śmierci nie byłby tak unikany.
      Zatem pewnie nie zdziwisz, się, z moją niezgodą, na Twoje pojmowanie osobowości. bez wątpienia, czemukolwiek się nie przyjrzysz z bliższa, okaże się nietrwałym fenomenem. Już Hume na to wpadł. Ale gdy spojrzymy na doświadczenie jako na pewną strukturę, od razu pojawi się nam trwałość w postaci koncepcji „jestem”. Bez wątpienia, twoje idee o sobie zmieniają się z czasem, samo „jestem” jednakowoż trwa niezmienne.
      Co do tego, jak mi idzie poznawanie siebie, odpowiem, że idzie mi na tyle dobrze, że potrafię rozjaśniać pewne meandry świadomego istnienia. Na ile jednak moje objaśnienia są zrozumiałe, tego nie wiem. Troczę czasu spędziłem tłumacząc Kornelii, by dała sobie spokój z alkoholizacją umysłu, ale nie osiągnąłem większego sukcesu dydaktycznego :( A przecież są inne napoje, jak na przykład herbata :)
      https://www.youtube.com/watch?v=lDEwyG25V_4
  16. Szanowny Pustelniku, jak ja się oszołomię, jak przepędzę smutki, jak stłumię lęk herbatą? Lubię też ten napój, ale działa w niewielkim stopniu,i tylko jesienią i zimą, w porze zmroku. Wiosną i latem, gdy dręczy mnie słońce i nie ma nocy, czaj nic nie pomoże. Nie mam więc wyboru.
    • No raz czy dwa odwiedziłem więzienie ucząc tam przebywających medytacji, i oni tam piją tak zwaną czajówę, i wydają się przepędzać i tłumić to i owo owąż czajówą. Nie żebym polecał, to chyba dość niezdrowe …
      Wybór zawsze jest. Wybieramy lawirując pomiędzy maksymalną osiągalną przyjemnością, a minimalnym nieuniknionym bólem. Wyboru dokonujemy w oparciu o znaną nam skalę bólu / przyjemności, niestety nasza wizja zniekształcona jest tak zwanym grzechem pierworodnym, człowiek ze swej natury jest bytem upadłym i jego wizja tego co jest przyjemne i tego co jest bolesne jest mniej lub bardziej błędna. Krótko mówiąc to co Kornelia sobie robi to gaszenie pożaru benzyną.
      Moja znajoma bibliotekarka też nie mogła przestać palić, rozliczne próby kończyły się niepowodzeniem. Ale jak się okazało, że jej mama umiera na raka płuc, i raczej nie z innego powodu jak palenie papierosów, rzuciła palenie z dnia na dzień. Kornelia pije bo za mało się boi :)
  17. Aj, tak wiele przecież nie piję. Muszę, co mnie bezgranicznie zasmuca, także pracować. Nie każdy może ukryć się w lasach Hercegowiny, zbierać korzonki i mówić sobie : „A komu to szkodzi?” :)
    Mniemam, że mój organizm wytrzyma częste porcje cydru jeszcze przez cale
    dekady.
    Muszę jakoś ratować się przed depresją. Lekarstw już nie lubię..
    Człowiek jako byt upadły? Hipoteza brzmiąca prawdopodobnie.
    Mniej więcej tak się czuje jak byt upadły.
    Jak pomyślę, ile to jeszcze może trwać, przechodzą mnie dreszcze.
    Wiadomo, że więźniowie wprowadzają się w odmienne stany świadomości mocną herbatą, jako, że nie mają dostępu do bardziej skutecznych napojów…
  18. No tak, ta praca … i żeby to jeszcze Kornelia mogła się realizować w jakimś ciekawym zajęciu jak na przykład edytor serii „Poezja ponura na przestrzeni wieków”, albo w czymś podobnym. Mam nadzieję, że przynajmniej do pracy, to Kornelia nie jeździ tramwajem. Niezależnie od tego, wyrazy najgłębszego współczucia, szczere, bo sam kiedyś pracowałem, kiedy to ostatnio było … chyba w 1990 roku, a jeszcze teraz czuję zmęczenie. W sumie pracowałem potem dając korepetycje, ale raczej młodzieży uzdolnionej która chciała być jeszcze lepsza i z interesującego mnie obszaru wiedzy, zatem była to raczej przyjemność za którą mi płacili.
    Wariacje tramwajowe
    (Pamięci Emila Zoli)
    Godzinna słynna: piąta pięć
    Naciska budzik, dźwiga się
    Do kuchni drogę zna na pamięć
    Prowadzą go tam nogi same
    Pod kran pakuje śpiący łeb
    Przez chwilę jeszcze śpi jak w łóżku
    Dopóki nie posłyszy plusku
    I wtedy wreszcie budzi się!
    Aniele Pracy – stróżu mój
    Jak ciężki robotnika znój!
    Zbożowa kawa, smalec, chleb
    Salceson czasem, kiedy jest
    Do teczki drugie pcha śniadanie
    I teraz szybko na przystanek
    Po drodze „sportem” sztacha się
    W tramwaju tłok i nie ma Boga
    Jest ramię w ramię, w nogę noga
    Kimanie na stojąco jest!
    Aniele Pracy – stróżu mój
    Jak ciężki robotnika znój!
    Przez osiem godzin praca wre
    Jak z bicza strzeli minął dzień
    Już w domu siedzi przed ekranem
    Na stole flaszka z marcepanem
    Dziś chłopcy grają ważny mecz
    Przez cały czas w ataku nasi
    A niech to szlag, znów nie ma bramki
    I szlus – nie udał rewanż się
    Aniele Pracy – stróżu mój
    Jak ciężki robotnika znój
    Niech nas ukoi dobry sen
    Najlepsza w końcu jest to rzecz
    . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
    . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
    I co się śni? Podwyżka cen
    Aniele Pracy – stróżu mój
    Jak ciężki robotnika znój…!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...