Archiwum bloga

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Karaluch spada z sufitu




Ucałowania z obcego miasta

Lavinia Greenlaw

Najdroższy, karaluchy mają małe.
Jeden z nich spadł mi z sufitu do ginu
ale obyło się bez szkody. Była tu matka.
Pokazałam jej ślady zębów na drewnianym kojcu,
a one dała mi adres znajomego szczurołapa.
Był pod takim wrażeniem dziury w kolanku,
że wziął je ze sobą do prywatnego muzeum.
Nie mogę spać. Na bagnisku w Hackney
wykopują dzieciaki. Wyczytałam w gazecie, że
kiedy dziewczynka wołała o pomoc,
facet wyciął jej język. O krok stąd.
Mieliśmy nowe alarmy bombowe,
ale tylko o świcie i tylko na przedmieściach.
No i ten atak moździerzy. Słyszeliśmy z pokoju,
tąpnięcie, jakby ktoś upuścił ciężki drewniany stół.
Mówią, że te żyjątka, co wyłażą z kranu,
są całkiem niegroźne. Weszła w życie ustawa
o niebezpiecznych psach: kaganiec, tatuaż, kastracja.
Kiedy ten labrador z sąsiedztwa skakał
na powitanie Billie, cały się posikał.
Na North Road zamykają sklepy.
Nigdzie nie naprawisz butów.
Ulice jednokierunkowe zmieniają kierunek,
zgubiłam się zaledwie kilka jardów od domu.
Na nowym planie miasta zaznaczono obszary
“w budowie”. Zniszczono nawet
nazwy ulic. Na Finchley pojawił się tyfus.
Matka przywiozła mi drzewko lawendowe.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
****

Komentarz Kornelii: Przepisane z tomiku: Poetki z Wysp, Wrocław-Gdańsk 2015. Zastanawiałam się, czy zamieścić ten utwór utalentowanej miss Greenlaw, ponieważ nie znalazły mojej aprobaty słowa „najdroższy” oraz „ucałowania”. Ponadto wiersz nakreślony został z poczuciem humoru, a ze względu na temat wcale mnie nie zasmuca, a raczej wręcz przeciwnie. Ale tak mi się podobał, że zaistnieje bez kategorii.
Cóż, znakomita opowieść o dezintegracji społeczeństwa, upadku wielkiego miasta. Może nawet alegoria nadchodzącej apokalipsy. W mieście panuje plaga szczurów i karaluchów, nadeszła zaraza, grasują okrutni mordercy, trwa wojna, lub przynajmniej seria zamachów, niszczona jest infrastruktura, burzone całe kwartały, woda z kranu pełna różnych drobnoustrojów. Drzewko lawendowe nie przyniesie ocalenia.
Uradował mnie passus o czworonogach:

Weszła w życie ustawa

o niebezpiecznych psach: kaganiec, tatuaż, kastracja.

Jestem lękliwą rowerzystką, uważam, że dobry pies to martwy pies, a przynajmniej w kagańcu i na krótkiej smyczy.
Czy także mam odczucie, że świat zmierza ku zagładzie? Zawsze byłam pełna melancholii, a teraz się starzeję, zbliżam do czterdziestej jesieni, tak, że jestem bardziej podatna na czarne uczucia w rodzaju: „Dawniej było lepiej”. Ogólnie rzecz biorąc, nie przejmuję się wszakże rzeczywistością stworzoną z materii. Zatroskana jestem tylko o własne bezpieczeństwo, które staram się sobie zapewnić, nie kłopocząc się niczym więcej. Wydaje mi się, że świat tonie, ale za mojego czasu nie pójdzie jeszcze na dno. Co stanie się później, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Oczywiście chciałabym doświadczyć gwałtownych zmian klimatycznych, doznać unicestwienia w impakcie asteroidy, zobaczyć przed ostatnim zamknięciem oczu zatopione miasta, ale rozsądek podpowiada, że to nie będzie mi dane. Niektórzy wieszczą, że nadciągną rzesze pełnych zarazków oraz groźnych pasożytów uchodźców i nas zjedzą. Może tak się stanie, ale jeszcze nie teraz. Zapewne czasu na sen i szukanie depresyjnych wierszy mam jeszcze wiele.

Śmierć jesiennej mimozy

Kiedy brzoza zabiła Katinkę
Géza Szőcs
Drzewo to odtąd w sobie nosisz,
cień jego rośnie wśród jej kości.
Szła sobie Kati, jesienna mimoza.
W nocy czekała na nią jedna brzoza.

Przełożył Jerzy Snopek

***
Komentarz Kornelii: lakoniczny wiersz urodzonego w 1953 roku węgierskiego twórcy i polityka, urodzonego w Siedmiogrodzie. Cóż, mniemam, łagodnie mówiąc, że nie jest to strzelisty szczyt poetyckiego kunsztu i nie wyprostuje autorowi drogi na Parnas. Zamieściłam z kilku powodów. Nie, nie z tej przyczyny, że kilka dni temu w naszym udręczonym kraju szalały wichury i jedna osoba na Wybrzeżu straciła życie, uderzona konarem. Za to spodobało mi się określenie: „Kati, jesienna mimoza”. W bieżącym roku poziom lęku spadł mi samoistnie, ale i tak jestem najbardziej mimozopodobną istotą, jaką znam. Kilka dni w temu byłam w teatrze i fale trwogi tak mocno mną rozkołysały, że musiałam usiąść w kawiarence, napić się wina i trzymać stołu. I jeszcze skąpała mnie mocno transpiracja. Tak, że odczuwam solidarność z innymi mimozami i Katinki mi szkoda.
Oprócz tego przypomniałam sobie wydarzenie z mojego życia: kilka lat temu wybierałam się do teatru, a mieszkałam jeszcze u rodziców, musiałam dojść do przystanku aleją wysadzaną topolami. Wiał silny wiatr i nagle, pogrążona w myślach, obudziłam się gwałtownie, widząc przed sobą złamaną topolę, leżącą na pogruchotanym samochodzie. Obawiałam się, że ludzie w aucie zginęli, potem jednak dowiedziałam się, że uniknęli złego losu, ale stracił życie przechodzień, przygnieciony przez to drzewo. Rodzina nieszczęśnika do dziś zapala tam znicze.
Gdybym wyszła pięć minut wcześniej, być może zakończyłabym pod drzewem swe ziemskie troski.
Morał z tej historii niezbyt odkrywczy: Życie ludzkie jest kruche, niebezpieczeństwo czyha na drodze, na schodach, w tramwaju, w każdej chwili możemy zostać zabrani, przypadek jest tyranem naszego przeznaczenia.
Można by dodać, że z tą wiedzą należy cieszyć się każdą chwilą, kubkiem dobrej herbaty, szklanką czerwonego burgunda, wartościową książką, wieczornym odpoczynkiem. Wiem to i próbuję, ale zniewolona jestem wyznać, że nie zawsze mi się udaje.
Lubię spacerować w lesie, gdy szumi wiatr i z koron drzew sypią się liście i gałęzie.

Śmierć mieszka tu w piwnicy

Śmierć jest mistrzem
Nora Bossong
Śmierć jest mistrzem
Mieszkam w domu
Między miłorzębem a dębem
Śmierć jest mistrzem
Mieszkam w domu
A na zewnątrz jest zimno
Tylko w środku jest zimniej
Mieszkam w domu.
Między miłorzębem a dębem
Samotnie stoi dom
Zbity z listew
Między miłorzębem a dębem.
Śmierć jest mistrzem
Mieszka tu w piwnicy
Czyta Goethego i Schillera
Śmierć jest mistrzem.
Przełożyła kora-kora-kora

Nora Bossong, urodzona w 1982 roku w Bremie niemiecka poetka i pisarka, laureatka licznych nagród.

Der Tod ist ein Meister
Nora Bossong
Der Tod ist ein Meister
Ich wohne im Haus
Zwischen Ginko und Eiche
Der Tod ist ein Meister
Ich wohne im Haus
Und draußen ist’s kalt
Nur drinnen ist’s kälter
Ich wohne im Haus.
Zwischen Ginko und Eiche
Steht einsam ein Haus
Aus Latten gezimmert
Zwischen Ginko und Eiche.
Der Tod ist ein Meister
Der wohnt hier im Keller
Liest Goethe und Schiller
Der Tod ist ein Meister.

Podejrzana i bez alibi

Codzienne miejsce zbrodni

Raymond Dittrich

Poranek zaczyna się
gdy wyrzucasz do śmietnika
odpadki z poprzedniego dnia.
To codzienna rutyna
(rzecz niewarta wzmianki.)
Wieczorem morderstwo
w telewizji albo
dwie szklanki wina w barze.
Tak zwana uporządkowana egzystencja.
Ale pewnej nocy
staną u twoich drzwi,
zadzwonią i uprzejmie
wyciągną swe legitymacje,
funkcjonariusze prowadzący śledztwo
w sprawie życia.
Mówią, że zaistniało
mocne podejrzenie o popełnienie przestępstwa,
mówią o poszlakowych dowodach,
o tym, że doszło do jakiejś zdrady.
Początkowo nic nie rozumiesz,
ale w końcu zdajesz sobie sprawę:
Rozpaczliwie brakuje ci
alibi.
Przełożyła kora-kora-kora
***
Täglicher Tatort
Raymond Dittrich
Der Morgen beginnt damit,
daß du den Müll des Vortags
in die Tonne wirfst.
Tagsüber Eingeübtes.
(Nicht der Rede wert.)
Abends ein Mord
im Fernsehen oder
zwei Gläser Wein an der Theke.
Sogenannte geordnete Verhältnisse.
Doch eines Nachts werden sie
vor deiner Tür stehen,
läuten und höflich ihren Ausweis zücken,
die Ermittler in Sachen Leben.
Sie reden von dringendem Tatverdacht,
Indizienbeweisen, dem Verrat an etwas.
Du verstehst erst nicht,
bis du begreifst:
Verzweifelt fehlt es dir
an einem Alibi.
***
Komentarz Kornelii: Pełen dramatyzmu i piołunowo depresjogenny utwór urodzonego w 1961 poety i muzykologa z Hamburga. Jak dla mnie wiersz doskonale kreślący nędzę, ale przecież także metafizyczne niebezpieczeństwo człowieczego bytowania.
Życie przypomina kryminał, w którym ty zostaniesz oskarżony. Zdaje się, że powinnam wyjaśnić: nasi zachodni sąsiedzi uwielbiają filmy kryminalne, a ich ulubiony, oglądany przez znaczną część społeczeństwa, nosi tytuł „Tatort” czyli „Miejsce zbrodni”.
Bohater prowadzi „normalne’, monotonne, uporządkowane życie, wieczorem ogląda film kryminalny w telewizji albo umiarkowanie raczy się winem w barze. Codziennie rano sumiennie wyrzuca swoje śmieci – aczkolwiek nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w tej śmieciowej rutynie jest coś niepokojącego. Odpadki można rozumieć jako zmarnowane szanse poprzedniej doby, jako jeszcze jeden dzień, którzy przeszedł bez treści i sensu.
Aż którejś nocy przychodzą funkcjonariusze prowadzący śledztwo w sprawie życia, mają szczególne podejrzenia, oskarżają o zdradę. Dla mnie ta upiorna wizyta to symbol śmierci i sądu. Nawet uporządkowana, spokojna, egzystencja, nie uchroni przed zgonem i przyjdzie zdać sprawę ze swych uczynków. Zdrada… Może to zdrada ideałów, przyjaciół, najbliższych…. Może zdrada polega na tym, że prowadzone było szare, bezbarwne, egoistyczne życie, że powinniśmy uczynić z niego coś więcej?
Ale czy większość śmiertelnych nie doświadcza zwykłego, banalnego bytowania?
W każdym razie brakuje alibi, czyli nie ma co liczyć na pobłażanie sądu. Zostaniemy uznani za winnych. Jaki zapadnie wyrok, wolę się nie zastanawiać.
Cóż, wydaje mi się, że obecnie prowadzę całkowicie uporządkowane, wolne od wszelkich uniesień, puste i banalne życie. Byłam u rodziców, z jednoznaczną pomogłam cierpiącej mamusi przygotować obiad i rączek nie mogę po tych burakach i ziemniakach domyć…
Piję może trochę więcej, niż bohater wiersza, jesienią w domu, nie w barze. Wiem, że pewnej nocy prowadzący śledztwo w sprawie życia zadzwonią także do moich drzwi. Lista osób i spraw, które zdradziłam, jest długa. Za bardzo się bałam, aby komukolwiek pomóc, chciałam tylko chronić siebie, zawiodłam, gdy powinnam była podać pomocną dłoń. A może nawet…
Mogę tylko powiedzieć w ramach szukania okoliczności łagodzących, że zdecydowanie nie chciałam się znaleźć w tej aberracyjnej baśni, i to jeszcze w takiej postaci i formie. Stało się to wbrew mej woli. Nawet, jeśli nie mam alibi i dowody zbrodni są miażdżące, sądzenie mnie będę uważała za skrajnie niesprawiedliwe. Nie dokonałam tego z premedytacją. Proszę o uniewinnienie ze względu na niepoczytalność.

Widma z przeszłości jadą windą

Niektórzy z umarłych
Göran Palm
Są umarli, którzy nadal żyją na ziemi
i dotykają nas czasem. Niektórzy siedzą
na rozkładanych ławkach w starych windach
piętro za piętrem jadą z nami
wsłuchani w szmery i szumy.
Inaczej moglibyśmy zapomnieć.
Przełożył Andrzej Krajewski
****
Komentarz Kornelii: Przepisałam z książki: W Sali zwierciadeł. Antologia poezji szwedzkiej (1928-1978). Warszawa 1980.
Urodzony w 1931 roku w Uppsali Göran Palm jest synem duchownego, może z tej właśnie przyczyny niektóre jego utwory utkane są z metafizyki. Poeta pragnie powiedzieć, iż niektórzy zmarli są z nami i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Podróż windą oznacza, jak mniemam, ludzkie życie, może nie do końca przyjemne, ponieważ windy są stare. Obecność tych, którzy odeszli, nie oznacza miłych doznań– defuncti nie tylko nas dotykają, ale także zajmują miejsca na ławkach, na których moglibyśmy doświadczyć odpoczynku wśród trudów egzystencji. Szumy i szmery to dawne zaszłości, o których nasi upiorni współpasażerowie nam przypominają.
W moim przekonaniu bard z rozkosznie chłodnej Skandynawii ma rację. Zazwyczaj zmarłych się zapomina, zwłaszcza tych, którzy odeszli w sposób naturalny, po długim, spełnionym życiu, albo nie byli zbyt mocno z nami związani. Wiemy, że istnieli, ale wspomnienia szybko tracą barwy, znikają w mroku. „Umarli podróżują szybko” – jak czytamy w makabrycznej balladzie „Lenora” Gottfrieda Augusta Bürgera.
Niestety, niektórzy nadal żyją na ziemi, zapewne tylko kreowani przez nasze umysły, ale przecież nie dają o sobie zapomnieć. To najczęściej tacy, którzy w tragicznych okolicznościach stracili życie, a wcześniej byli nam bliscy. A jeszcze jeśli w jakiś sposób byliśmy świadkami i uczestnikami ich zejścia, sprawa staje się dramatyczna i może skończyć się obłędem. Cóż mogę powiedzieć? Najczęściej generuję umysłową pustkę, usiłuję usunąć ze swojego jestestwa wszelkie refleksje, uczucia, reminiscencje, wspomnienia. Przeważnie doskonale mi się to udaje. Niestety, niekiedy wstrząsa mną gorączka – wydaje mi się, że ktoś jedzie ze mną tramwajem, dotyka w windzie, czeka za drzewem w lesie. A już sny to sekretna kraina lęku i oczekiwania. Przyjdą tej nocy czy nie? I co się będzie działo? Kilka razy dziennie mówię do siebie – ale tak naprawdę to ich wzywam.
Nie wiem, jak długo to jeszcze może trwać. Kładę moje uczucia do snu, zamykam do szafy. Wreszcie przyszły opiekuńcze chmury, jest po listopadowemu mroczno i deszczowo, spokój bierze mnie w ramiona, chociaż wiem, że to tylko chwilowa ulga.

Samotność rozmyta przez płacz

Listopad
Federico García Lorca
Wszystkie oczy
otwarte były
na samotność
rozmytą przez płacz.
Bim
bam
bim
bam
Zielone cyprysy
pilnowały swej duszy
pomarszczonej przez wiatr,
a słowa niby kosy
ścinały dusze kwiatów.
Bim
bam
bim
bam
Niebo było zwiędłe.
O, zmierzchu w niewoli obłoków,
sfinksie bez oczu!
Obeliski i kominy
pyszniły się mydłem.
Bim
bam
bim
bam
Wykrzywiały się rytmy
i wykrzywiało się powietrze,
mgielni wojownicy
robili z drzew
katapulty.
Bim
bam
bim
bam
O, zmierzchu!
Zmierzchu mego drugiego pocałunku!
Temat cieniowi memu to daleki,
bez złotego promienia!
Pusta grzechotka.
Zmierz się rozsypywał
po stosach milczenia.
Bim
bam
bim
bam
Przełożyła Zofia Szleyen

Wyjmują obrzmiałe serca

Marie Lundquist
Zmarli mówią do mnie językiem, którego
nie rozumiem. Sądzą że jestem jedną z nich.
Ich doświadczenie ma tę samą barwę co moje
wnętrzności, niedostępna część mnie. Z torebek
wyjmują obrzmiałe serca i scyzoryki z mosiężnym
okuciem. Skórki spadają w długich pasmach
i układają się wokół ich stóp jak wieńce.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
****
Komentarz Kornelii: Zatrważający wiersz szwedzkiej poetki, mistrzyni liryzmu, niełatwy do interpretacji. Jak się zdaje, pokazuje niemożliwą do przekroczenia granice między krainą żywych a światem umarłych. Zmarli usiłują komunikować się z żywymi – daremnie. Może dlatego, że tak naprawdę nie istnieją. A może istnieją, tylko nie potrafią już połączyć się z życiem?
Ale wydaje mi się, że te duchy to tylko emanacje naszego umysłu, który je tworzy, aby złagodzić lęk przed ostatecznym końcem.
Sądzą że jestem jedną z nich.
 Zmarli poznali już prawdę i wiedzą, że życie to iluzja. Prędzej niż później każdy, pozornie żywy, dołączy do martwej większości.
Ich doświadczenie ma tę samą barwę co moje wnętrzności
Jak widzimy, (domniemane) bytowanie zmarłych jest mało przyjemne – barwa wnętrzności jest jednoznacznie negatywna, mówiąc otwarcie – okropna.
Obieranie nabrzmiałych serc – może to próba uwolnienia umysłu od złych wspomnień albo wyrzutów sumienia z powodu popełnionych występków. Być może taka jest kara wymierzona zmarłym za ich nikczemności i zaniechania. Albo też bohaterka miała tragiczne przeżycia i usiłuje stłumić negatywne uczucia, wyobrażając sobie to wszystko. W każdym razie wymowa utworu jednoznacznie mroczna.
Cóż mogę powiedzieć? Wiersz równie znakomicie jak wstrząsająco opisuje też moje „bliskie spotkania trzeciego stopnia”.
Po jesiennej zmianie czasu doznaję bardziej intensywnych, oszołamiających, niekończących się snów. Wcześniej były to doświadczenia pozytywne, magiczne, pełne czarów. Obecnie jednak przychodzą do mnie zmarli, konkretnie CI ZMARLI.
Ostatniej nocy śniłam przez długie godziny, jak jestem z TĄ OSOBĄ (obecnie pod granitowym pomnikiem za 24 tysiące złotych). Razem stoimy na płytkiej morskiej mieliźnie w przesmyku między dwoma brzegami. Nie wiemy, czy płynąć, a jeśli tak, to do którego brzegu – czy też czekać. W pobliżu przepływają łodzie, ale nas nie zabierają.
Jestem bezwarunkowo pewna, że te majaki to tylko wytwory mojego udręczonego umysłu – wszystko zapomniałam, a jednak jakaś część mnie pamięta. Zmarli istnieją tylko w naszej pamięci, a jeżeli, w co stanowczo i zdecydowanie nie wierzę – egzystują w jakimś innym wymiarze, nie przybywaliby mnie dręczyć. Powinni przecież wiedzieć, że ja też cierpię i że sami podjęli decyzje.
Ale tak czy inaczej nie wiem, jak długo to jeszcze wytrzymam, jeśli nie uspokoją się te sny. Co powinnam uczynić? Nawrócić się na chrześcijaństwo? Poddać psychoterapii? Ratować farmakologią? Jestem tak znużona, że nawet wino nie chce mi przejść przez usta.
 Listopad, mój ulubiony miesiąc – a jednak w tym roku to pogodowa katastrofa – słońce mnie pali, liście wciąż nie chcą spadać – podobno opóźnienie w tej materii wynosi 5 dni, mi się jednak wydaje, że co najmniej dziesięć. Jeśli nie nadciągną chmury, może być bardzo niedobrze.

Marznące dusze

Wszystkich Świętych
András Ferenc Kovács
„Pleni sunt coeli et terra”
Dzień zmarłych. Znowu
Urosły mi włosy, broda.
Pora zabrać się do…
Golenia
Potem długa kąpiel.
Gorąca para, nagrzane ciało
W głębokiej wannie, do kresu sił.
Potem pójdziemy
Z matką na Groby. Zapalimy świeczki.
Weźmiemy tam również
Dwa wieńce…Zmrożony płomień.
Drżący blask w nocy.
Marzną dusze.
Przełożył Jerzy Snopek
Przepisałam z: Jerzy Snopek, Dojść do słonecznej strefy. Antologia współczesnej poezji węgierskiej. Wydawnictwo Emka, Warszawa 2010.

Duchy grobu odpędzają wszystkich

Życie mi odjęto,
gdy byłam dziecięciem bez skazy…
Teraz jako dziecko muszę spać w pustynnej dolinie.
Czuję pragnienie, choć woda stoi obok mnie.
Wytrącono mnie z dzieciństwa
nie dając mi czasu, bym dorosła.
Opuściłam dom rodziny jako dziecko
nie nasyciwszy się życiem!
Byłam przy piersi matki,
gdy ogarnęła mnie ciemność, której boją się dzieci,
Duchy grobu odpędzają stąd wszystkich,
a przecież to nie jest czas, żebym była sama.
Moje serce radowało się na widok ludzi,
ponieważ kochałam radość.
Przełożyła Agnieszka Gadzała
Napis na grobie małej egipskiej dziewczynki zmarłej około 500 roku p.n.e.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...