* * *
Lassi Nummi
Beznadzieja czystego poranka. Tłum spraw do załatwienia.
Coraz dalej w świecie, wyrwany sam z siebie, przywiązany
do ludzi i toczącego się w dal koła zdarzeń.
Coraz głębiej w sobie. Oderwany od siebie. Niedotykalny
dla tych, którzy wydają ci się blisko.
Przełożył z języka fińskiego Łukasz Sommer
Kora użala się nad sobą
Strażnik trzód
XVIII
Fernando Pessoa
Jakżebym chciał być kurzem na drodze
I żeby deptały po mnie stopy biedaków…
Jakżebym chciał być płynącymi rzekami
I kobiety prałyby na moich brzegach…
Jakżebym chciał być wierzbami nad brzegiem rzeki
I miałbym tylko niebo nad sobą i wodę pode mną…
Jakżebym chciał być osłem młynarza
I żeby on mnie bił i mnie cenił…
Wolę raczej to niż bycie czymś, co przechodzi przez życie,
Oglądając się za siebie i żaląc się nad sobą…
Przełożył Wojciech Charchalis
****
Komentarz Kornelii: Przepisałam z tomiku: Fernando Pessoa. Poezje zebrane Alberta Caeiro, Heteronimia I. Wydawnictwo Czuły Barbarzyńca Press. Kupiłam tę książkę nie z przeceny lecz podczas Święta Literackiego w kurorcie. Wydawnictwa rozstawiły namioty i sprzedawały w nich książki podobno nieco taniej, ale i tak za poezje portugalskiego poety zapłaciłam niemal 40 zł. Tak, byłam nieco zawiana. Jak często w euforycznym nastroju kupuję za dużo, a potem zgrzytam zębami ze złości, myśląc o spustoszonym portfelu i kolejnej książce, która będzie zbierać kurz w coraz bardziej zaksiążkowanym mieszkaniu.
Dziwne, ale Pessoa był podczas Święta Literackiego wręcz rozchwytywany. Udało mi się zdobyć ostatni egzemplarz. Obecnie Poezje zebrane Alberta Caeiro sprzedawane są na Allegro za ponad 100 zł. Mogłaby swoje zamienić na złote i zarobić na miłości do wierszy, gdyby mi się tylko chciało.
Nie jestem do końca zadowolona z zakupu. Owszem, mistrz z Lizbony znakomicie cyzeluje słowa, lecz wiersze są za mało depresyjne jak dla moich potrzeb. Skoro jednak straciłam na zakup tak szacowną kwotę, zadałam sobie mozół skopiowania jednego z utworów, aby także moi wierni i kochani czytelnicy (w mocnych porywach może troje) mieli jakiś pożytek.
Fernando Pessoa (1888-1935), przedstawiciel modernizmu, cieszy się sławą jednego z największych poetów języka portugalskiego. Pisał równocześnie po francusku i angielsku. Publikował wiersze pod własnym nazwiskiem oraz kilkunastoma heteronimami, m.in. Alberto Caeiro, Ricardo Reis, Álvaro de Campos, Bernardo Soares.
Wiersz nie jest trudny do interpretacji, przy czym jego wymowę określa zakończenie.
Twórca zdaje sobie sprawę z żałosności swej egzystencji. Rozumie, że bez sensu i powodu zajmuje się sprawami przeszłości rozpamiętuje swą pozbawioną treści egzystencji. Nie chce być:
czymś, co przechodzi przez życie,
Oglądając się za siebie i żaląc się nad sobą…
Nie uważa się zatem nawet za istotę ludzką, tylko za absurdalne „coś”.
Zamiast tego wolałby niebyt:
Jakżebym chciał być kurzem na drodze
I żeby deptały po mnie stopy biedaków…
Bo czy kurz, deptany przez ubogich, płynące rzeki lub wierzby mają świadomość? Ale te niewiasty piorące na brzegach należy pojmować w kontekście erotycznym. Świadczą, że Pessoa, być może tylko w skrytości ducha, liczy na to, że nawet jako niebyt będzie mógł sobie poswawolić z częściowo obnażonymi nadobnymi praczkami.
Osioł młynarza jest istotą żywą, tym niemniej zapewne nie ma rozumu ani świadomości swego istnienia, oznacza zatem dla człowieka pewną doskonalszą formę niebytu.
Cóż mogę powiedzieć – też chciałabym być płynącymi rzekami lub wierzbami nad wodą. Kurzem – stanowczo nie. Właściwie dla niebytu nie ma różnicy, jakim jest niebytem, ale kurz, i to deptany stopami ubogich, z pewnością dalekimi od stanu czystości, jest jaskrawo nieestetyczny.
Oślicą młynarza też nie chciałabym zostać. Mam wprawdzie inklinacje masochistyczne, ale młynarz to najczęściej prostak i gbur. Mogę zostać wysmagana przez intelektualistkę-teatromankę albo profesjonalną dominę za pieniądze, ale nie będzie mnie bił żaden umączony aż po łokcie plebejusz.
Czy oglądam się wstecz? Ja tego tak nie odczuwam. Wiem, że doszło do gwałtownych zaszłości, dramatycznych sytuacji, ale właściwie niczego nie pamiętam, zapomniałam wydarzeń i ludzi. Jeśli o tym myślę, to bardzo rzadko. Niczego już zresztą nie mogę naprawić, zmienić. Zapadły rozstrzygnięcia nieodwołane i ostateczne.
To prawda, niekiedy użalam się nad sobą. Zwłaszcza na tym blogu stylizuję się na tragiczną heroinę. Ale co pozostało mi innego? Na nic więcej nie znajduję sił. O ile wiem, Fernando Pessoa nie miał dramatycznego zycia, przeważnie chodził sobie po Lizbonie, a jednak też się nad sobą użalał. Z moją gorzką przeszłością mam do tego w oczywisty sposób mocniejsze prawo, niż portugalski artysta.
Wciąż ciepło i dręcząco słonecznie. Nastało lato bez końca. Nie wiem, jak dopełznę do zmiany czasu na zimowy. Tak blisko, lecz ostatnie metry, jak zawsze są najtrudniejsze. W naszym kraju tylko listopad i grudzień potrafią utkać czas, w którym mogę znaleźć spokój.
Ale (późnowrześniowa) bryndza…
Lęk i groza w komunikacji miejskiej
Strach III
Jerzy Zagórski
Czemu już, siedząc w autobusie
Wygodnym, chociaż przepełnionym
Wołałeś że nie tak!
Nie tak się jeździ, ani siada?
Potem klubowym drzwiom oszklonym
Nie ufasz już, choć są matowe.
Przyjedzie strzeżony, da ci znak:
Biada, zagada, trudna rada.
Pożegna cię przestrogi słowem.
***
Komentarz Kornelii: Właściwie bardzo rzadko zamieszczam wiersze twórców polskich. Sądzę, że te najlepsze są znane, ponadto snobuję się na oryginalność.
Dlaczego ten właśnie? Cóż, trochę dziwna historia. Czasem odwiedzam biblioteki. Te mają zwyczaj pozbywać się starych książek, aby uzyskać miejsce na nowe. Archaiczną „makulaturę” po prostu wystawiają za drzwi i każdy może sobie wziąć.
Korzystam z okazji i zabieram – mam kilka dawnych numerów „Literatury na świecie”. Ostatnio w ten sposób wpadły w moje ręce Zeszyty Literackie, Wiosna 1983. W tamtym czasie wydawane w Paryżu. Przypuszczam, że egzemplarz, który wpadł w moje delikatne dłonie, został przedrukowany w Polsce, „w podziemiu”. Świadczy o tym okropna jakość, nierówne kartki etc.
W każdym razie kwartalnik zawierał kilka wierszy, w tym powyższy, autorstwa Jerzego Zagórskiego. Poeta i eseista (1907-1984), przed wojną należał do „awangardy wileńskiej”, współtworzył grupę „Żagary”. Przed wojennym koszmarem tworzył utwory katastroficzne, potem klasyczne, a także takie, które lekko przypominały realizm socjalistyczny. Stał się również autorem tekstów dziwnych, groteskowych, które niełatwo jest poddać klasyfikacji.
Dlaczego przepisałam? Jerzy Zagórski stał się, jak wielu innym, literatem niemal zapomnianym. Według mojej wiedzy, utwór ten jeszcze nie istnieje w Internecie. Uznałam więc, że stając się znów niestrudzoną kopistką, rzucę wyzwanie przemijaniu i czasowi.
Pobrudziłam sobie ręce kurzem podczas lektury – niech to heroiczne poświęcenie nie pójdzie na darmo.
Ale, jak sądzię, postanowiłam udostępnić wiersz, którego wartości poetyckiej nie oceniam wysoko, przede wszystkim z uwagi na tematykę, tytuł: STRACH.
Opowieści lirycznych o lęku nie ma wiele, a ja się przecież boję, boję, może nie aż tak bardzo, jak w czasie, gdy zaczęłam pisać ten blog, ale nadal bardzo mocno, mocno. Do kina to już przestałam chodzić. Nie muszę niczego sobie czy innym udowadniać, po co mam zmagać się ze strachem i suszyć chusteczką mokre dłonie.
Wyznaję, że w ogóle nie wiem, jak ten utwór żagarysty mam rozumieć.
Poeta raczej nie lęka się jazdy autobusem.
Czemu już, siedząc w autobusie
Wygodnym, chociaż przepełnionym
Wołałeś że nie tak!
Nie tak się jeździ, ani siada?
Może ta jazda środkiem komunikacji miejskiej jest alegorią naszej egzystencji? Autobus wygodny (w PRL-u artyści mieli znośne życie), aczkolwiek przepełniony (twórców i w ogóle mieszkańców stolicy, w której Jerzy Zagórski mieszkał, było wielu) Artysta odczuwa pustkę tej egzystencji. Może woła, wzywa bliźnich, aby zastanowili się nad wszystkim, aby nadali swej szarej egzystencji jakiś spirytualny sens?
Potem klubowym drzwiom oszklonym
Nie ufasz już, choć są matowe.
Przyjedzie strzeżony, da ci znak:
Biada, zagada, trudna rada.
Pożegna cię przestrogi słowem.
Czym jest klub? Może symbolem szczęścia, do którego dąży człowiek? Dzwi matowe – nie jest jasne, co może zapewnić nam szczęście. Jak szczęśliwy byt ma wyglądać? Do czego więc powinniśmy dążyć, jeśli tego nie wiemy?
Czym jest „strzeżony”? Symbolem niepomyślnych okoliczności, naszych ograniczeń lub przewinień, z powodu których szczęśliwość nie będzie nam dana? Naszych wad i przywar? Złośliwego przeznaczenia? W każdym razie bohater nie zostanie wpuszczony za matowe drzwi, nie wejdzie do komnaty szczęścia. Pozostaną tylko przestrogi, rzucane przez los, rozniecające bladolicy strach. Pozostaje tylko ”Biada”. Jak w apokalipsie.
Przyznaję, że możliwe są też inne pojmowania wiersza.
A mówiąc bez tych intelektualnych akrobacji: jak dla mnie to także wiersz o lęku w moim autobusie. Ja się po prostu boję – jak już pisałam wiele miesięcy temu. Jak usiądę, prawie zawsze zajmie miejsce obok jakiś mężczyzna i się rozprzestrzenia, dotyka mnie. Albo jakiś „wykluczony”, pachnący jak pojazd oczyszczania miasta. Mój autobus jest prawie zawsze przepełniony.
W tramwajach zazwyczaj jeszcze gorzej. Często jakaś matka-Polka zablokuje mnie wózkiem i nie mogę wyjść. Albo pasażer z ogromny, wstrętnym psem. No czysta komunikacyjno-miejska groza.
Intensyfikuję lęk, nie kasując biletu. Udręczone neurony w końcu dławią się tym stresem i stają się mniej wrażliwe.
Kluby? W takim tanecznym, zadaje się, nigdy nie byłam. Może doświadczyłam paru dyskotek, ale to stało się jakieś 20 lat temu. Nie pamiętam. Oczywiście w tanecznym klubie to bym zemdlała ze strachu. Wcześniej chodziłam na koncertowe, jakiś jazz. Jak się wprawiłam w stan upojenia i przycisnęłam do ściany, w jakiejś postaci przetrwałam. Ale to też było dawno, dawno…
W istniejących okolicznościach zapewne powinnam jeszcze bardziej unikać lękowych sytuacji. Może jeszcze bardziej zwiększę obroty przedsiębiorstw taksówkowych.
Noce nieco dłuższe, ale dni wciąż kłująco słoneczne. Koszmar świetlistej jesieni. Liście nie chcą opadać. Ciemne, granatowe chmury, niosące spokój i sen, może już nigdy nie przyjdą.