Uśmiechnij się, śmierci
Jedna ja
Laura Riding
Pod kostiumem odsłania się kostium,
Powtarzalne ciało:
O liczna niewinności, O suknio cielista.
Jedna ja, pojedyncza mnogość,
Najpierw zamęt, potem uproszczenie.
Uśmiechnij się, śmierci, O jednoczesne usta.
Skończ wewnątrz i na zewnątrz,
Ciągły ten lot i wyprzedzanie.
Przełożyła Julia Fiedorczuk
Wyznaczona pieczęć melancholii
Ślady wędrówki X
Rita Bumi-Papa
Moją drugą twarz
odkryłam któregoś dnia w lustrze.
Potem lustro pękło. Śmiech
gwałtowny, szatański pokawałkował je.
Przez lata zbierałam jego kawałki
by ułożyć tamten śmiech.
A więc jestem mozaiką przeszłego czasu,
w mroku łona
wykształciłam swoją ludzką formę!
I ta pieczęć melancholii,
którą wyznaczyłam, stała się tamtym śmiechem!
Przełożył Ares Chadzinikolau
Alienka Kornelia kocha chmury
Obcy
Charles Baudelaire
„- Kogo kochasz najmocniej, powiedz mi tajemniczy człowieku, ojca, matkę, siostrę, a może
brata?
– Nie mam ojca ani matki, ani siostry, ani brata.
– A przyjaciół?
– Jak dotychczas nie poznałem, co to słowo znaczy.
– A ojczyzna?
– Nie wiem nawet, gdzie jest na mapie
– Piękno?
– Pokochałbym je, gdyby było absolutne i nieśmiertelne.
– Pieniądze?
– Nienawidzę pieniędzy tak, jak wy Boga.
– Cóż więc kochasz strasznie obcy człowieku?
– Kocham chmury… chmury, które płyną o tam wysoko… cudowne chmury!”
Przełożył Kazimierz Brakoniecki
Komentarz Kornelii: W sprawie pieniędzy nie do końca mogę się z wierszem utożsamiać, poza tą drobnostką wszystko się zgadza.
Noc bez jednej gwiazdy
Mark Strand
Skończył się sezon przyjęć. Było już późno. Szli
przez noc, ciemniejszą niż inne, jakie dotąd widzieli,
bezsenną, bez księżyca, bez jednej gwiazdy. Szli
płacząc. Nie mogli przestać. Nie przypuszczali nigdy,
że kiedyś do tego dojdzie. Szli bulwarami, szli
wiejskimi dróżkami. „Niedobrze”, powtarzali, „Niedobrze”, idąc przez noc – do lasu, inni w kierunku morza.
Przełożyła Agnieszka Kołakowska
Wprawiający w czarne osłupienie wiersz amerykańskiego poety, twórcy, który może najlepiej ze wszystkich potrafił przedstawić niewypowiedzianą grozę czającą się się gdzieś wśród natury. Skończył się sezon przyjęć – to zbliżający się kres życia, widmo starości albo też utrata wraz z doświadczeniem życiowym wszelkich złudzeń. Minęły szaleństwa i pozorne przyjemności młodego wieku. Teraz pozostaje tylko ciemność, bez światła i wszelkiej nadziei. Każdy rozumny człowiek uświadomi to sobie prędzej niż później. I można tylko płakać. I zaskoczenie, że do tego doszło. A jednak tak musiało się stać. Można tylko wędrować, lamentować i powtarzać „Niedobrze”. Nie ma różnicy, czy pójdziemy do lasu czy w stronę morza, to znaczy, że wszelkie próby ocalenia się skazane są na klęskę. Podążąmy przecież przez noc, bez wytchnienia i snu, po której już nie będzie dniało. Próżne zabawy się skończyły i nie ma już ratunku przed goryczą, nicością lub piekłem.
Cóż, prowadzę pozornie beztroskie życie w kurorcie, sączę cydr, spożywam łososie w sosie prowansalskim i sole z ryżem w szafranie, ale mój sezon przyjęć już dawno się skończył, jeśli kiedykolwiek był (nie pamiętam tego). Mieszkam między morzem a lasem i miotam się między jednym a drugim, nadaremnie próbując znaleźć nieco spokoju. Szukam miejsc odludnych, minęłam na rowerze trzy miejsca zabójstw istot mojej płci, dwa z tego roku, jedno sprzed kilku lat, ale doskonale oznakowane. Nie można uciec przed przeszłością, lękiem i obłędem. Otacza mnie noc. Gdyby ktoś mnie napadł, zapewne nawet bym się nie broniła.