Na moje rozgoryczenie skalane brudami życia…
Nakahara Chūya
Na moje rozgoryczenie skalane brudami życia
dzisiaj znowu padają skąpo płatki śniegu.
Ponad moim rozgoryczeniem skalanym brudami życia,
dziś nawet i wiatr powiewa.
Moje rozgoryczenie skalane brudami życia,
można przyrównać do futra z lisa:
moje rozgoryczenie skalane brudami życia
kurczy się w zetknięciu ze śniegiem.
Moje rozgoryczenie skalane brudami życia
nie oczekuje niczego i o nic nie prosi.
Moje rozgoryczenie skalane brudami życia,
zobojętniałe na wszystko, marzy o śmierci.
Moje rozgoryczenie skalane brudami życia
przeżywam boleśnie i ogarnia mnie trwoga.
Na moje rozgoryczenie skalane brudami życia
nie znalazłem jeszcze lekarstwa, a już zapada zmrok…
Przełożyli Adachi Kazuko, Wiesław Kotański, Tadeusz Śliwiak
Zwycięski przypływ ciemności
Grudzień
Lars Gustafsson
Grudzień zawsze był tym miesiącem,
kiedy przestawało się być.
Zostawało się nawiasem w mroku,
niczym więcej.
Zapalano latarnie, lampy i świece.
Zupełnie nie wystarczały
wobec
przypływu ciemności.
Łatwiej zrozumieć pierwotny,
pogański sens świąt:
pochodniami i ogniami
za wszelką cenę przywrócić słońce,
którego powrót nigdy nie był oczywisty.
Przełożył Zbigniew Kruszyński
***
Komentarz Kornelii: Urokliwy utwór skandynawskiego poety i eseisty, mistrza zimowych impresji. Melancholijny, ale przecież nie gorzki, zatem zaistnieje bez kategorii. Zamieściłam wyłącznie z powodu tego „przypływu ciemności”, zwyciężającego i tłumiącego wszelki blask. W ogóle nie zgadzam się z tezą:
Grudzień zawsze był tym miesiącem,
kiedy przestawało się być.
Ja, jeśli kiedykolwiek jestem, co zresztą wcale nie jest pewne, to tylko w listopadzie i w grudniu, może na samym początku stycznia, tak do Trzech Króli. Kąpię się w mroku, piję ciemność, rozkoszuję się długą nocą. Teraz także z każdą minutą się zmierzcha, słońce umiera, czarny cień obejmuje ziemię, a ja rozkwitam, chciałabym zanieść się perlistym śmiechem. Wiem, że ludzie lękają się mroku, walczyli z nim poprzez ogień, pochodnie i świece. Wiele religii i mitów osnuto wokół cyklu Słońca. Tamci z poprzednich epok mogli się lękać, ale ja jestem dzieckiem wieku nauki i wiem, że powrót Słońca jest oczywisty. Jeszcze kilkanaście dni i światło zacznie się znów rozprzestrzeniać, co mnie przytłaczająco zasmuci. Chciałabym umrzeć 20 grudnia, gdy noc jest najdłuższa.
Aczkolwiek zawsze można mieć niejaką nadzieję, że katastrofa kosmiczna poruszy planetą i nastanie wieczny grudzień. Wtedy zamarzniemy, ale płakać z tego powodu nie będę.
Wchodzą śnieg i ciemność
William S. Merwin
Stary śnieg wstaje i odchodzi zabierając
Ze sobą swoje ptaki
Zwierzęta chowają się wśród murów
Przed mrozem tym bezwargim mężczyzną
Który obraca zawiasy echa ale nie otwiera niczego
Milczenie zostawiło po sobie odchodząc
Zapadnięte owczarnie zwrócone ku pastwiskom
Przez ich kamienne dachy wchodzą
Śnieg i ciemność
W jednej z nich siedzę przy zmarłym pasterzu
Pilnując jego owiec
Przełożyła Julia Hartwig
****
Komentarz Kornelii: w oczywisty sposób mroczny wiersz urodzonego w 1927 amerykańskiego poety. W grudniu zamiera przyroda. Mróz, śnieg i ciemnośće to symbol dobiegającego kresu życia. Zwierzęta na próżno chowają się wśród murów. Śmierć zabierze cię także pod dachem. Dachy są zapadnięte – nasze starania nie uchronią nas przed upływem czasu. Można przejąć obowiązki zmarłych, ale wkrótce wybije też nasza godzina.
Cóż, mój ukochany listopad skończył się błyskawicznie. Zresztą nie doświadczyłam pełnego ukojenia – za wiele było słońca i zbyt gęste liście, za wiele mam migrenowych wieczorów i nawet się nie napiłam. Tylko szybkie zachody przynosiły mi ulgę. Kocham też grudzień, ale już mniej, niż listopad. W ostatnim miesiącu roku zaczyna już zwyciężać światło, gwałtowny rozbłysk Bożego Narodzenia odbiera spokój i zaburza moją senność.
Ale oczywiście o ile lepszy jest grudzień od przerażającego stycznia. Zamiast cieszyć się tym miesiącem ciemności już lękam się styczniowego świtu, tej świadomości, że cykl udręk i absurdu zaczyna się od początku, słońca każdego dnia przybywa, a do listopadowych nocy jest tak zatrważająco daleko. Liczba samobójstw od kwietnia szybko wzrośnie i zacznie spadać dopiero w lipcu.
Ja też siedzę przy moich zmarłych pasterzach. Wypadałoby, żeby poszła na cmentarz i zapaliła choinkowe znicze. Na niektórych opuszczonych mogiłach takie znicze stoją cały rok i mogłyby równie dobrze na moich. Takie pielęgnowanie rytuałów grobownictwa tylko mi szkodzi. Ale mama narzeka, że muszę, ponieważ ona nie ma siły i umiera (tak od 20 lat). Oszaleję od tego wszystkiego…
Ale z każdą minutą bardziej zmierzcha i będzie mi dobrze przez chwilę.