Archiwum bloga

niedziela, 17 grudnia 2017

Życie jest własną żałobą


Wiosna i jesień

Do małego dziecka

Gerald Manley Hopkins

Małgorzatko, czy cię smuci,
Że las liście złote zrzucił?
Liści, tak jak ludzkich spraw dna,
Umiesz dotknąć myślą – prawda?
Ach, z czasem serce młode
Starsze się stanie, chłodniej
Spojrzy, bez westchnień, bez trenu,
Na liście – las w rozproszeniu;
Lecz też zapłaczesz – wiedząc, czemu.
Mniejsza, jakim zwać je mianem,
Źródła żalu są te same.
Nie ma pojęć, słów, by oddać,
Co wie serce, co duch odgadł:
Że życie jest własną żałobą;
Że płacząc – płaczesz nad sobą.
Przełożył Stanisław Barańczak

Pachnąca mydłem pustka


Debiut

Josif Brodski

1
Gdy już po wszystkich była egzaminach,
wspomniała mu, że mógłby wpaść wieczorem;
była sobota i ciasno tkwił korek
w szyjce butelki czerwonego wina.
Deszcz padał, kiedy wstał niedzielny ranek;
i gość na palcach przez skrzypiący parkiet
przepłynąwszy, cicho ściągnął marynarkę
z gwoździa wbitego chybotliwie w ścianę.
Wzięła ze stołu szklankę i przełknęła
resztkę herbaty wystygłą i burą.
Mieszkanie spało, świtała niedziela,
leżała w wannie czując całą skórą
dno obłuszczone. Wcześnie jeszcze było.
Pachnąca mydłem pustka nieodparta
pełzła w nią poprzez jeszcze jeden wyłom,
co się otwierał na poznanie świata.

2

Palce, którymi przymykał drzwi sieni
były – aż wzdrygnął się – czymś zabrudzone.
Kiedy dłoń chował w kieszeń, parę monet -
reszta za wino – brzęknęła w kieszeni.
Aleja pusta była, chodnik przemókł
od wody z rynien dzwoniących o ścianę.
Przypomniał sobie gwóźdź i tynk spękany
i z opuchniętych warg, nie wiedzieć czemu,
wyrwał się brzydki wyraz. Patrząc w pusty
świt poczerwieniał; postępkiem głupawym
własnych ust tak się sam zdziwił, że wrósłby
w grunt, gdyby właśnie tramwaj się nie zjawił.
Później w pokoju swym składał wzdłuż kantów
spodnie, nie patrząc na trącący potem
klucz pasujący do tak wielu zamków,
a tak wstrząśnięty swym pierwszym obrotem.
1970

Przełożył Stanisław Barańczak

****

Komentarz Kornelii: Melancholijny, nieco smętny, ale, jak mi się wydaje, nie czarnodepresyjny wiersz znakomitego rosyjskiego poety, dlatego zamieszam bez kategorii. Utwór znany, zamieściłam tylko dlatego, ponieważ bardzo podoba mi się następujący fragment:

Pachnąca mydłem pustka nieodparta
pełzła w nią poprzez jeszcze jeden wyłom,
co się otwierał na poznanie świata.

Cóż, po rozerwaniu hymenu czułam się jeszcze bardziej otwarta, wrażliwa i bezbronna. Wcale nie chciałam poznawać świata. W ogóle już tej absurdalnej zaszłości nie pamiętam i o niej nie myślę. Kiedy jednak wyjątkowo myślę, zaciska się na mej szyi pętla refleksji: PO CO MI TO BYŁO? Zapewne moje życie jako niewinnej panny potoczyłoby się inaczej, spokojniej, lepiej, bez tych cierniowych tragedii, nieodwracalnych klęsk i druzgoczących nieszczęść. Na granicy społeczeństwa, ale bez obłędu. Cóż, nawet Bóg nie może zmienić przeszłości, a cóż ma powiedzieć Kora?
Ogólnie wiersz pokazuje akt inicjacji w życiu młodych ludzi, wydarzenie, do jakich dochodzi codziennie, przy czym zazwyczaj rzecz dopełnia się się w banalnych, dalekich od romantyzmu czy dobrego smaku okolicznościach. Wielu zastanawia się, co uczyniłoby, mając obecne doświadczenie i minioną młodość. Jak postąpiłabym z takim umysłem, jak obecnie w 16-letnim ciele? Czy może sprzedałabym dziewictwo jakiemuś dobrze postawionemu dżentelmenowi? Defloracja odbyłaby się w eleganckim hotelu i jeszcze zarobiłabym na niej. A może trwałabym w czystości? Nie mogę sobie tego wyobrazić.
Oczywiście zdecydowałam się na rytuał przejścia bez sensu, w wieku już dojrzałym w którym powinnam była zachować się rozsądnie. Nie potrafię racjonalnie tego wytłumaczyć.
Wiersz jak dla mnie jest jeszcze jednym świadectwem absurdu człowieczej egzystencji i aberracyjnej konstrukcji ludzkiego ciała. Sama mogąca wzbudzić tylko szyderczy śmiech anatomia, wymykający się granicom wyobraźni absurdalny mechanizm defloracji i miłości fizycznej, sam podział na kobiecość i męskość, zmuszające do określonych zachowań. Albo penetrujesz albo jesteś penetrowana – to przecież jakiś niekończący się koszmar generujący cuchnące wymioty..
Co za bezgranicznie złośliwy Demiurg mógł wpaść na tak aberracyjny pomysł?
Kto skazał mnie na istnienie i zamknął w tym okropnym proteinowym więzieniu z otworami?
KIEDY SIĘ TO WSZYSTKO WRESZCIE SKOŃCZY?

Tylko lamentują i jęczą


samotne serca

Charles Bukowski

kiedy zaczynasz nudzić sam siebie
to cholernie dobrze wiesz
że wkrótce zaczniesz
nudzić innych ludzi;
po prawdzie wszystkich z którymi
się stykasz:
przez telefon, na
poczcie, nad michą
spaghetti.
och, wszyscy ci męczący ludzie i ich
męczące historie:
na przykład o tym jak ich załatwiły
Złe Siły życia, jak są wydymani
i jak nie bardzo mają teraz co
zrobić
poza opowiedzeniem ci o tym.
potem wycofują się i czekają aż
ich pocieszysz
ale ty masz tylko ochotę
ich
olać,
co może powstrzymać ich przed
wproszeniem się na
obiad
i opowiedzeniem czegoś jeszcze o
ich tragicznej
doli.
jest ich coraz więcej i
więcej,
na zewnątrz w mroku ustawiają się w kolejce
i czekają na ciebie.
nikt inny ich nie
wysłucha.
zrazili do siebie
setki niegdysiejszych
przyjaciół, kochanków i znajomych
ale wciąż muszą się uskarżać
i jęczeć.
od dzisiaj
zaczynam odsyłać ich do ciebie.
trzymaj w pogotowiu
swoje współczucie
i wyrozumiałość
ja sam mogę się znaleźć na końcu
tej
kolejki.

Przełożyli Marcin Baran i Dobrosław Rodziewicz

Niewidzialne szpony w oczach


Wiersz jesienny

Robert Bly

Oczy w suchych wiązkach trawy
i niewidzialne szpony w oczach koguta,
cierpliwe stopy starych mężczyzn wyżłobiły całe lato
w deskach podłogi.
Za chwilę coś się wydarzy!
Przyjdzie Chrystus!
Mija jesień i nic takiego się nie zdarza.
Tył ciężarówki znika w pyle drogi,
krzaki lebiody pogięte jak porzucone maszyny…

Przełożyli Tadeusz Rybowski i Zofia Prele

Komentarz Kornelii: Zasługujący bez wątpienia na uwagę jesienny wiersz urodzonego w 1926 roku w Madison w Minnesocie amerykańskiego poety – utwór pesymistyczny, pełen negatywnych symboli i posępnych znaków.
Jesień to nie tylko pora roku, to jesień życia
Oczy w suchych wiązkach trawy
to oczy cierpiące, które nie mogą już dostrzec pogodnych obrazów.
niewidzialne szpony w oczach koguta
oznaczają cierpienie, które doświadcza każdego, nawet największych chwatów.
Starzy mężczyźni mogą tylko dreptać w miejscu, nie dojdą do nikąd.
Wielkie nadzieje się nie spełnią, Chrystus, który jest ich inkarnacją, nie zstąpi już na ziemię.
Robert Bly w swych utworach kilkakrotnie daje do zrozumienia, że wiara jest martwa i nie przyniesie już pociechy.
Znikający tył ciężarówki to uciekające bez sensu życie, zostaną po nim tylko poskręcane chwasty czyli stracone złudzenia.
Cóż, ja uwielbiam jesień, czuję się wtedy lepiej. Ostatnie dwa dni pochmurne przyniosły mi nieco ulgi – wcześniej, w słoneczne godziny, rzucałam klątwy na światło i fatalny dzień swoich urodzin.
Wczoraj spacer w wilgotnym, mglistym, mrocznym lesie – prawie sama na ścieżkach wśród drzew. Jak świetnie, że ludzie lękają się zimna i deszczu. Kora, samotna Księżniczka deszczowego Lasu. Niestety, smuci mnie, że liście prawie wcale nie spadają, ściana lasu wciąż zielona – ale wiem, że to tylko kwestia dni. Może jeszcze dopełznę do czasu zimowego i zaszyję się w dający zapomnienie kokon snu.
Chrystus… Cóż, gorąco liczę, że nie powróci, gdyż w takim razie miałabym się z pyszna. Gdy archanioł Michał przy grzmocie trąb Sądu Ostatecznego będzie ważył dusze, moja okaże się lekka.
Ale to przecież tylko iluzja – zapewne za długo stałam przed wstrząsającym obrazem Memlinga. A może Chrystus nie przychodzi ponownie, ponieważ, gdy patrzy na to, co tu się dzieje, także na mnie, to się brzydzi?
Cieszę się z jesieni, ale z pewnością nie powinnam gdyż rodzice dają do zrozumienia, że mogą nie przeżyć zimy. Ogarnia mnie lęk przed zmianą sytuacji, koniecznością jakiegokolwiek działania, szpitalem, urządzaniem pogrzebu.
Mieszkam już najczęściej u siebie, embrionuję pod kołdrą. Jestem  pustką, niekiedy tylko martwy umysł galwanizują mi słowa Emila Ciorana z traktatu: „Sylogizmy goryczy”:
Rozproszone bezładnie monady, stanęliśmy oto u kresu roztropnych zasmuceń i przewidywanych anomalii; niejeden znak zapowiada władztwo obłędu.  
****
Nie ma przeszłości ani przyszłości, jest tylko mrok i sen.

Bez miłości zdychają


Jesień idzie w Martins Ferry w Ohio

James Wright

Na stadionie piłki nożnej Shreve High,
Myślę o Polaczkach ciągnących piwo w Tiltonsville,
O szarych twarzach Negrów przy piecach hutniczych Benwood,
I o przepuklinie nocnego stróża w Stalowni Wheeling,
Śniącego o bohaterach.
Wszyscy ci dumni ojcowie wstydzą się wracać do domu.
Ich kobiety gdaczą jak głodne kury,
Bez miłości zdychając.
To dlatego
U progu października
Ich synowie samobójczo pięknieją
I w straszliwym galopie atakują swe ciała.

Przełożył Grzegorz Musiał

Już czeka ulica Cmentarna


Ropuchy raz jeszcze

Philip Larkin

Pójście do parku na spacer
Jest niby lepsze od pracy:
Sadzawka, słońca promienie
I trawa do leżenia,
Stłumione piski z piaskownic
Spoza niań grubych spódnic -
Znam w sumie gorsze miejsca,
A jednak jakoś bym nie chciał
Być jednym z bywalców stałych,
Co siedzą tu popołudniami:
Dziadków dygoczących w pół kroku,
Urzędników z zajęczym wzrokiem,
Po wypadkach rekonwalescentów,
Woskowo żółtych i drętwych,
I osobników w prochowcach
Grzebiących za czymś w koszach -
Każdy miga się od pracy-ropuchy
Przez bycie słabym lub głupim.
Pomyśl no: być jak oni!
Słuchać, jak biją dzwony,
Patrzeć, jak chleb dostarczają,
Jak chmury słońce skrywają,
Jak dzieci idą ze szkoły,
Pomyśl no: być jak oni,
Przeżuwać swoje porażki
Obok kwietnej rabatki,
Nie mieć dokąd iść oprócz mieszkań,
Gdzie witają ich puste krzesła -
Nie, dajcie mi mój segregator,
Moją z kokiem jak pięść sekretarkę,
Moje „ma Pan drugą rozmowę”.
Jakąż mógłbym dać inną odpowiedź,
Gdy o czwartej latarnie już świecą
I kolejny rok jest u kresu?
Daj no ramię, ropucho stara;
Chodźmy dalej: to ulica Cmentarna.
Przełożył puer pulcher

Nocne homunkulusy strachu

Mora

Maryja Baradzina

W laboratoriach nocy
homunkulusy strachu
chrypią o szarych arlekinach.
Koperta
łopocze
pikowymi skrzydełkami walczyka.
Ktoś zabłądził
w ordaliach drobnych przyczyn.
Dlaczego?
I komu uwierzysz?
Czy
pozwolisz zwabić się do sadu
gdzie driady w sukniach z mory
zupełnie zarosły trawą?
… rzucić
garście mokrych zwierciadeł w twarz…

Przełożył z języka białoruskiego Franciszek Nastulczyk
*****

Komentarz Kornelii: Smolistoczarny, w godny podziwu sposób misternie ułożony wiersz współczesnej poetki z Białorusi. Utwór o jednoznacznie gorzkiej wymowie, jak dla mnie opowieść o lęku, beznadziejności, śmierci i strachu. Mora to tkanina, najczęściej jedwabna, w której odpowiednie sploty wątku i osnowy dają deseń prążków podobny do słojów drzewa. Wykorzystywana w uroczystych kreacjach, np. szatach liturgicznych. Dla mnie symbolizuje martwe drewno, strój odprawiającego nabożeństwo żałobne kapłana, deski trumny, zgaśnięcie wszelkich uczuć.
homunkulusy strachu – homunkulus czyli sztuczny człowieczek, sami stworzyliśmy nasze lęki, nie możemy się od nich uwolnić. Szare arlekiny to poniesione, także na skutek naszych strachów i fobii, życiowe porażki.
Ordalia drobnych przyczyn – ordalia to dowód sądowy w średniowieczu, pojedynek sądowy albo próba wody lub żelaza – jednoznacznie nic przyjemnego – ordalia drobnych przyczyn czyli udręka codziennej, jałowej egzystencji, która piętnuje nas, jak rozpalone żelazo skazańca.
 I komu uwierzysz?
Odpowiedź jest jasna – nikomu, w świecie ordaliów nie wolno nikomu zaufać.
Czy pozwolisz zwabić się do sadu gdzie driady w sukniach z mory zupełnie zarosły trawą?
Driady w sukniach z mory porosłe trawą symbolizują nasze daremne marzenia, stracone złudzenia, a może także naszych zmarłych bliskich.
 … rzucić garście mokrych zwierciadeł w twarz…
 oznacza, że właściwie pozostaje tylko zalewanie się łzami.
 Aj, jak znalazłam się w tym jadowitym bagnie? Brzemię lęku wtłacza mnie coraz głębiej w cuchnącą topiel. Jaskrawe słońce poddaje torturom całe moje jestestwo. Gdzie są grafitowe chmury i gęste wilgotne mgły? Dlaczego liście tak wolno spadają?!!!
 Wczoraj tylko jeden litr polskiego cydru Dzik, ale dziś to już popłynę.

Kwiaty lodowatej duszy

Ogrody

Laura Riding

Białe ogrody zimnych kobiet
Zasiane kryształem,
Pączkujące kością słoniową –
Są jak zimne kobiety.
Nie chylą się łodygi.
Nie więdną.
Jak miałyby zwiędnąć
Od bezwonnej skargi?

Fragment poematu „The City of Cold Women”, 1924
Przełożyła Julia Fiedorczuk

Komentarz Kornelii: Arcyprzyjemnie lodowaty i zimny wiersz amerykańskiej poetki. Dziś był przymrozek nocny, zatem poezja absolutnie na czasie (niestety, potem wyszło toksyczne słońce i bez sensu rozświetla). Utwór z tomiku: Laura (Riding) Jackson, Obroty cudów, Biuro Literackie, Wrocław 2012.
Znakomicie oddaje stan moich uczuć, obraz mojej krystalicznie lodowej zamarzniętej duszy. Cóż mogę dodać? W firmie mówią o mnie: „Królowa śniegu”. Szepczą za plecami: „Kora nie cierpi mężczyzn”. Ale to stwierdzenie nieścisłe, nie do końca opiera się na prawdzie, bowiem Kora nie cierpi wszystkich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...