Archiwum bloga

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Ląd jest pusty

Ląd jest pusty


W łódce świtu

Brian Patten
zbudziwszy się w łódce
świtu, zobaczyłem że ląd
jest pusty, i musiałem
o tym pomyśleć, pomyślałem
o wszystkich ostrzeżeniach,
o wszystkich znakach, z których
żaden mnie stąd
nie wywiedzie, żaden
mnie tam nie zawiedzie.

Przełożył Andrzej Szuba

Wbiec w płomień winy


Marie Lundquist

Na kogo
kolej
żeby wbiec
w płomień winy
i zgasić go
własnym ciałem
Przełożył Zbigniew Kruszyński
***
Komentarz Kornelii: krótki, ale wstrząsający wiersz urodzonej w 1950 roku poetki ze Szwecji. Na kogo kolej? Zapewne wielu jest winnych, może wszyscy jesteśmy winni, ponieważ przyszliśmy na świat i żyjemy mimo wszechogarniającego absurdu. A może chodzi o jeszcze bardziej obciążającą winę?

Wbiec w płomień winy i zgasić go własnym ciałem

Czy ciężką winę można zmazać tylko samounicestwieniem się? Zapewne właśnie tak jest.
Upłynęły już lata, niepotrzebnie się tym dręczę i egzaltuję. Może wynika to z moich masochistycznych inklinacji? A może uważam się za kogoś lepszego, różnego od wszystkich innych?
„Dramat układasz” – jakby napisał Zygmunt Krasiński
Nie zmienię przeszłości, to co się stało, jest wynikiem splotu różnych czynników, załamań neurotycznych osobowości, a nie tylko moich intencji, zachowań i akcji. A jednak dokonało się i mam przecież w tym swój udział. Powinnam rzucić w płomień przewinień i zgasić go własnym ciałem. Ale za bardzo się boję. Nie chcę porzucać tajskich zup i czerwonego wina. To zresztą wszystko samo przyjdzie. Nikt nie stanie się szczęśliwszy, jeśli umrę. Trwam, aczkolwiek choroba demencyjna lub doznane traumy wymazują mi pamięć. Może wkrótce zostanie sama, pusta proteinowa powłoka bez osobowości czy duszy. I wtedy Kory już nie będzie.
Mama idzie do szpitala i mówi, że tam już zostanie. Nie uniosę tego wszystkiego.

Nie ma w nas nic poza łzami


Philippe Jaccottet

Nieszczęście
Jak góra, co się na nas zwaliła.
Tak głębokiego rozdarcia
nie mógł przynieść po prostu majak senny, który się rozwieje.
Gdyby człowiek był tylko węzłem linii powietrznych
czy rozciąć by go musiało aż tak ostre żelazo?
Nie ma w nas nic poza łzami,
kiedy stoimy tak, wszyscy, z czołem opartym o ten mur.
I czego nas tu uczą:
tego, że muru dotknąć się nie da,
czy raczej — czym naprawdę jest nasze życie?
Lekcja dawana batem.
Przełożyła Aleksandra Olędzka-Frybesowa

Biegną czarne dzieci


Jarosław Iwaszkiewicz

Śnieg zacina, wrona leci,
Skrzypi wóz na drodze w skos,
Biegną śniegiem czarne dzieci,
dzwonów zabrzmiał senny głos.
Rzeką zimną i stalową
Idzie chłodny, mocny wiew,
Wieża z pochyloną głową
Patrzy w gąszcze rudych drzew.
Kościół cały z czarnych kratek,
Wiele lat już na nim znać
Szare dymy snuje statek -
Smutno, smutno, chodźmy spać.
*****

Komentarz Kornelii: Cóż, poezja Jarosława Iwaszkiewicza właściwie do mnie nie pasuje. Zamieszczam przede wszystkim ostre, skrajnie pesymistyczne utwory współczesnych poetów zagranicznych. Ale wiekiego skamandrytę nawet lubię, nie muszę przecież przestrzegać żadnych zasad, a wiersz śliczny i na czasie. Ogółem pieśń w gorzkiej, zimowej aurze – czarne dzieci na śniegu oznaczają ścigające ludzi nieszczęścia i śmierć. Dzwony biją – niewatpliwie na pogrzeb. Mróz symbolizuje zamarznięte umysły, niezdolne do empatii i radości. Wieża pochylona – wkrótce runie, jak życiowe plany i zamiary.
Kościół cały z czarnych kratek
Czyli pociechy z religii i wiary albo boskiego wsparcia nie możemy się spodziewać
Na zasnutym szarym dymem statku odpływają za horyzont nasze iluzje.
Cóż, jak to zimę lubię. Dni wprawdzie bez sensu stają się dłuższe, ale wciąż otulają mnie błogie chmury, mgły, deszcze i szarugi. Usiłuję przytłumić strach, skulona pod kołdrą. Powtarzam sobie przed świtem, że wszystko już minęło, nie muszę podejmować żadnych wysiłków, szamotać się i starać, że czasu lęku się skończyły, pozostały tylko pustka i cisza, a w końcu wszystko rozpłynie się w nirwanie.
Najpiękniejsze jest zakończenie:
Smutno, smutno, chodźmy spać
Sen jest najlepszym refugium, przedsmakiem nicości i śmierci. Jeśli tylko nie nawiedzają koszmary oczywiście.

Wrażliwe, krwawiące ręce

Trwoga

Pär Lagerkvist

Trwoga, trwoga to moje dziedzictwo,
Moja rana w gardle,
Mój wrzask serca.
Zastyga pieniące się niebo
W ciężkim uścisku ręki nocy,
Rosną lasy
I stalowe wysokości
Tak jałowe pod skurczonym sklepieniem nieba.
Jakie to wszystko jest trudne,
Jak zdrętwiałe, czarne i stałe!
Idę po omacku w tym mrocznym pokoju,
Czuję ostre kanty klifów pod moimi palcami,
Ścieram moje uniesione w górze ręce
Do krwi, zamarznięte łachmany chmur.
Ach, moje paznokcie wyrywają się z palców,
Moje ręce rozrywają się, krwawiące, wrażliwe
O góry i ciemność lasu,
O żelazo nieba
I o zimną ziemię!
Trwoga, trwoga to moje dziedzictwo,
Moja rana w gardle,
Mój wrzask serca.
Przełożył?

Skuty lodem mózg

Surowy klimat

Charles Simic

W samym mózgu, w granicach czaszki
jest bardzo zimno,
Jak relacjonuje
Albertus Magnus.
Coś jak połać tundry,
Tylko na skalę wszechświata.
Galaktyczny wicher.
W dali wzniosłe góry lodowe.
Noc polarna.
Transatlantyk w potrzasku lodów.
Na pokładzie wciąż jeszcze pali się parę świateł.
Cisza. Zajadły mróz.

Przełożył Stanisław Barańczak

****

Komentarz Kornelii: Mroźno-lodowaty wiersz urodzonego w 1938 roku w Belgradzie serbsko-amerykańskiego poety. Mistrz Charles Simic doświadczył okrucieństw wojny i trudów tułaczki. Wyznał: „Hitler i Stalin to było moje biuro podróży”. Nazywany jest ironistą postki, w jego utworach pełno jest sardonicznego humoru, posępnych obrazów, egzystencjalnych metafor. Najczęściej poezja Simica opisuje hermetyczne zamknięcie, beznadziejną sytuację bez wyjścia. Tak jak utwór „Surowy klimat”. Bard z Belgradu nie ma złudzeń – w mózgu panuje trzaskający mróz, ludzie właściwie niezdolni są do uczuć oprócz zimna i pustki. Simic powołuje się na słowa Alberta Wielkiego, mistrza scholastyki, filozofa i teologa z XIII wieku, który zajmował się naukami przyrodniczymi, czerpiąc z dzieł Arystotelesa. Wspominając Alberta, dowodzi, że ludzie wyczuwali tę mroźną pustkę umysłu od wieków.
Ale wiersz jest także alegorią całego pozbawionego ciepła i empatii ludzkiego życia, a nawet całego kosmosu. Nie ma dokąd uciec w tym galaktycznym wichrze, na horyzoncie tylko góry lodowe. Wszyscy mamy skute lodem dusze.
Najbardziej wstrząsające jest zakończenie:

Noc polarna.
Transatlantyk w potrzasku lodów.
Na pokładzie wciąż jeszcze pali się parę świateł.
Cisza. Zajadły mróz.

To z pewnością przedstawienie przemijania, śmierci, kresu ludzkiego bytu. Można uporczywie trzymać się życia – na pokładzie pali się jeszcze parę świateł. Ale statek nie wyrwie się już z białej pułapki. Światła wkrótce zgasną. Wygasi je śmierć. Zostanie zajadły mróz.
Mogłabym powiedzieć, że ostatnie wersy to przedstawienie piekła, ale zapewne bez potrzeby wszystko mi się z Tartarem kojarzy.
Cóż, ja też odczuwam tylko zaciekłe zimno, jestem lodowatą pustką w potrzasku życia. Nie czuję niczego, pragnę tylko wygasić lęk i spać. Moje światła jeszcze się słabo palą, ale przecież pewne jest że zatriumfują mrok, nicość i mróz.

Ruszają biblijne potwory

Pod zimowym niebem

János Pilinszky

Tamasowi Cholnokyemu

Nad moją głową lodowy
żar gwiazdy przegarniają,
okrutne niebo napiera,
na ścianę mnie rzucając.
I niepewności mi smutek
z sierocych ust wycieka.
Ubranie sobie zaplamię.
To było matki mleko?
Jak kamień jestem, cokolwiek
przyjdzie, byleby przyszło,
posłuszny będę i cichy,
upadnę całkiem nisko.
Nie mogę dłużej się łudzić;
nikt mi nie poda dłoni,
cierpienie żadne nie zbawi,
bóg żaden nie obroni.
Nie może być straszliwszego,
prostszego nic sądzone:
biblijne potwory wolno
ruszają w moją stronę.
Przełożył Bohdan Zadura
****
Komentarz Kornelii: Miałam już nie pisać, ale mam jeszcze kilka wierszy, które wprawiają w wibrację moją posępną psyche, albo też perfekcyjnie odzwierciedlają moją osobowość, więc nie potrafiłam się oprzeć. Tym niemniej zamierzam wstawiać już tylko sporadycznie, zaprzestanę też wyżalania się, jak bardzo mi niedobrze. Oto przesycony beznadziejnością utwór mojego ulubionego poety z Węgier. János Pilinszky (1921-1981) walczył na wojnie, napatrzył się okropności. Tępiły go komunistyczne władze z powodu „zbyt pesymistycznej” poezji, nazywano go „prześladowaną legendą”. Jego wiersze są świadectwem wyalienowania i egzystencjalnych lęków.  Nie ma światła, przebaczenia ani pomocy. Niebo jest okrutne, lodowy żar gwiazd świadczy, że czas miłosierdzia nie nastanie.
Niepewność i smutek, w które zmieniło się mleko matki, będące symbolem życia i szczęścia. Ale szczęścia nigdy nie było, a płomień życia też dogasa. Można tylko bezsilnie, bez uczuć, czekać, na to, co się stanie – zapewne na egzystencjalne nieszczęście lub egzekucję, tę, której dokonuje czas.
Bardzo podobają mi się następujące wersy, jakby opowiadające o mnie:

Nie mogę dłużej się łudzić;
nikt mi nie poda dłoni,
cierpienie żadne nie zbawi,
bóg żaden nie obroni.
Nie może być straszliwszego,
prostszego nic sądzone:
biblijne potwory wolno
ruszają w moją stronę.

Bóg mnie nie obroni ani cierpienie nie ocali. Nie pragnę, żeby mi ktoś podał dłoń. Gdybym miała siłę, uratowałabym się sama. Ale pustki są bezradne i bezwolne, dryfują jak śnięte ryby z prądem zatrutej rzeki.
Te biblijne potwory to niewątpliwie kara i kaźń za grzechy. Takiej się spodziewam. Ogólnie Biblia to księga zatrważająca, zwłaszcza Stary Testament, ale i Nowy nie pokrzepia. Wystarczy przypomnieć Ewangelię według Łukasza o piekle:

„Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu.”


Potwory suną powoli, lecz nieubłaganie. Liczę, że mam jeszcze nieco czasu, zanim zatrzasną się ich szczęki.
Chryste Panie, jaka bryndza…  …że też to właśnie mnie musiało spotkać…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...