Gdzie teraz jesteś, Batmanie?
Brian Patten
Gdzie teraz jesteś, Batmanie? Teraz, gdy Ciotka Heriot doniosła o zniknięciu Robina,
A Superman kimnął w sześciopensowym rzędzie dla dzieci?
Gdzie teraz jesteś, gdy SHAZAM! Kapitana Marvella odbija się echem o ściany widowni?
Nie słyszą go magicy, na pewno są głusi… lub martwi…
Purpurowy Potwór, który przybył z Purpurowej Planety przebrany za człowieka,
Wałęsa się bez celu po ulicach,
Nie mając drogi powrotu.
Sir Galahada udusiły Żywe Niebywałe Drzewa,
Zorro zginął od własnej szpady.
Blackhawk pochował ostatniego kompana
Na złomowisku w nieużywanym hangarze.
Rocketmanowi nad Londynem skończyło się paliwo.
Potwór i Małpolud nadal ze sobą walczą
W pokoju, w którym kurczą się ściany,
Choć nikt już nie ogląda ich walki.
Nawet Flash Gordon został na lodzie,
Wędruje po gwiazdach i opłakuje robota, którego pokochał pół wszechświata temu.
Moi celuloidowi towarzysze, minęło raptem kilka lat,
Od kiedy was poznałem, a już w nas coś zgasło.
Zabiliśmy was tym, że przyszło nam dorosnąć?
My, którzyśmy was stworzyli niewymyślną wyobraźnią,
Naszym śmiesznym kieszonkowym,
I sześciopensówkami otrzymanymi w nagrodę, że udawaliśmy aniołków?
Wyciągani z miniaturowych czynszówek w sobotnie poranki
Trzymaliśmy za was kciuki od klęski do klęski,
Nie dopuszczając nawet myśli, że Zły Duch, ten Zażarty Wróg,
O imieniu Starość, złapie was w śmiertelną pułapkę
I przyjdzie, żeby was skasować,
Z karabinem, przeżartym przez czas.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
Świat czarnych żył
Dreszcze przyszłości
László Nagy
Och, sto tysięcy okien pękło dziś,
na bruk firanką każde z nich szasta.
Jadło, napoju, muszę od was iść,
oto świat czarnych żył teraz nastał.
Przyszłość w poczwarkę nie umie się już
związać, gdzie pójdziesz – dygocze drżąca,
słoneczne plecy na pysk padłych muz
chmurne, i topór świeci miast słońca!
Przełożył Bogdan Zadura
****
Komentarz Kornelii: Piołunowy wiersz utalentowanego ulubieńca Muz z węgierskiej puszty. László Nagy (1925-1978) urodził się w rodzinie wieśniaczej. Krytycy chwalą jego bogactwo metafor, wrażliwość moralną, otwarcie na perspektywę metafizyczną. Tłumacz Tadeusz Nowak napisał: „László był przecież całą ogromną instytucją, ostateczną ucieczką, wyrocznią tego wszystkiego, co węgierskie, narodowe, ludowe, najbardziej ludzkie i ludziom przyjazne”.
Jak dla mnie utwór o lęku przed przyszłością, która nie może przynieść niczego dobrego.
Och, sto tysięcy okien pękło dziś
Czyli doszło do smętnego życiowego przełomu, druzgoczącego nieszczęścia.
Jadło, napoju, muszę od was iść,
oto świat czarnych żył teraz nastał.
Czas pożegnać doczesne przyjemności, nadchodzące dni, miesiące i lata będą czarne i ponure.
Przyszłość w poczwarkę nie umie się już
związać, gdzie pójdziesz – dygocze drżąca
Można więc spodziewać się tylko bólu i cierpienia. Wcześniej umiało się jeszcze jakoś przetrwać, obronić, zwinąć w kłębek. Teraz został tylko lęk i drżenie ze strachu.
i topór świeci miast słońca
Metafora jednoznaczna. Nie będzie już świtu, lecz ostrze spadnie na nasze szyje.
Cóż, jak też miałam w życiu kilka niszczących przełomów. Jadła i napoju się nie wyrzekam. Spożyłam ostatnio w restauracji chorwacką zupę rybną, popiłam białym winem.
Ale to tylko próżna ucieczka przed światem czarnych żył. Chowam się pod kołdrą i drżę ze strachu.
Boję się przyszłości – jak pisałam już kilkakrotnie.
Same smoliste wizje.
Rodzice umierają i nie umiem urządzić pogrzebu.
Jeden rodzic umiera i muszę wrócić do domu – nie poradzę sobie z tym domem.
Dostaję wylewu i leżę sparaliżowana, aż w końcu umieram z pragnienia.
Dochodzi do ostatecznej utraty pamięci, wyrzucają mnie z pracy i umieram z głodu – tego lękam się może najbardziej.
Muzy upadły na pysk – nie potrafię osiągnąć dobrodziejstw eskapizmu nawet w teatrze, tylko picie jeszcze jakoś pomaga.
Ech, topór bez wątpienia opadnie na szyję, nie wiadomo tylko, kiedy to się stanie. Przyszłość w poczwarkę nie umie się już związać. Wcześniej radziłam sobie lepiej. Ale bryndza…
Zatracona w szczelinach dnia
* * *
Valerio Magrelli
A gdyby tak zabrakło mnie samemu sobie,
oto mój niepokój.
Obawiam się, że wyparuję powoli,
zatracę w szczelinach dnia
zapominając własną myśl.
Czasami odkrywam się w ciszy
przedmiotów które mam dokoła,
rzecz wśród innych rzeczy,
zaludniony rzeczami.
Ból jest więc metamorfozą
a jego przyczyny splatają się
niewidoczne ukazują się
tym czym nie są.
To właśnie jest największym strapieniem.
Okulary powinno się więc nosić
pomiędzy okiem a mózgiem,
bo tam właśnie tkwi, wśród gęstwiny
i plantacji nerwów
błąd widzenia.
Tu gubi się wzrok
i w swoim podążaniu do umysłu
psuje się i kończy.
Jak gdyby na swej drodze
płacił co krok
daninę ciała.
Przełożyła Jolanta Dygul
****
Komentarz Kornelii: Przedziwny, ale przecież melancholijny wiersz utalentowanego autora z Italii. Urodzony w 1957 roku w Rzymie poeta, eseista i tłumacz z języka francuskiego Valerio Magrelli pisze utwory precyzyjne i czyste. Jak mówią krytycy, to artysta obserwacji na zewnątrz i do środka, wejrzenia w głąb siebie. Jej dramaturgia rozgrywa się pomiędzy tym, co widziane i odczuwane a fenomenologią odbierania świata. Obraz jest w niej równie ważny, co sytuacja tego, który patrzy: jego stan wewnętrzny, położenie, punkt widzenia i rozpoznanie możliwości percepcyjnych człowieka w ogóle. Magrelli obiera niekiedy za przedmiot swoich wierszy skrajne stany człowieczeństwa – choroba, kruchość, bezbronność, wstręt.
Jak dla mnie utwór o lęku. Poeta obawia się, że utraci osobowość w labiryncie tajemniczego, złożonego świata.
A gdyby tak zabrakło mnie samemu sobie,
oto mój niepokój.
Obawiam się, że wyparuję powoli,
zatracę w szczelinach dnia
zapominając własną myśl.
Człowiek, niedoskonała istota z materii, nie potrafi zrozumieć, pojąć, doświadczyć rzeczywistości. Czuje się zagubiony, jak nonsensowny przedmiot wśród innych aberracyjnych, niepotrzebnych rzeczy.
Ból jest więc metamorfozą
a jego przyczyny splatają się
niewidoczne ukazują się
tym czym nie są.
Zagadka, jaką jest świat, sprawia wszakże ból, niekiedy pozornie bez przyczyny. Dla mnie przyczyną tego cierpienia jest samo bycie, pozbawione jakiegokolwiek sensu czy uzasadnienia, krótki błysk świadomości między dwoma bezkresnymi oceanami czarnej pustki, nicości.
Artysta rozumie absurd cielesności, która zniekształca percepcję otoczenia.
Okulary powinno się więc nosić
pomiędzy okiem a mózgiem,
bo tam właśnie tkwi, wśród gęstwiny
i plantacji nerwów
błąd widzenia.
Tu gubi się wzrok
i w swoim podążaniu do umysłu
psuje się i kończy.
Odwieczny problem filozofów, nie możemy powiedzieć, jaki jest świat. Nie wiemy, czy dwoje spośród nas widzi, doświadcza tego samego. Wzrok przekształca, modeluje zewnętrzność, podobnie jak czynią to inne zmysły. Winą za to jest cielesność, której musimy każdego dnia na różne sposoby składać daninę. Np. skończył mi się dziś papier toaletowy, wypadałoby wyjść, ale znużenie i niechęć wręcz przykuwają do łóżka.
Ech, gdybym nie była senna, napisałaby, że płakać się chce.
Cóż, ja też odczuwam lęk, że wkrótce moja osobowość ostatecznie rozpadnie się, jestestwo Kory przestanie istnieć, nawet, jeśli cielesna powłoka przetrwa jeszcze długo. Nie wiem, dlaczego tracę pamięć i zdolności intelektualne – demencja, wypalenie, wyparcie przeszłości, autodestrukcja umysłu w obronie przed daremnością istnienia? Jeśli aktywizuję myślenie, to tylko w pracy, żeby przetrwać jak najdłużej. Ale nie wiem, jak długo utrzymam integralność jaźni.
Zmobilizuję się i przejadę do mamusi na obiad („niedługo ci się skończą tę obiady, bo wkrótce umrę”). Dostałam sygnał, że kartofle już obrane.
Valerio Magrelli
A gdyby tak zabrakło mnie samemu sobie,
oto mój niepokój.
Obawiam się, że wyparuję powoli,
zatracę w szczelinach dnia
zapominając własną myśl.
Czasami odkrywam się w ciszy
przedmiotów które mam dokoła,
rzecz wśród innych rzeczy,
zaludniony rzeczami.
Ból jest więc metamorfozą
a jego przyczyny splatają się
niewidoczne ukazują się
tym czym nie są.
To właśnie jest największym strapieniem.
Okulary powinno się więc nosić
pomiędzy okiem a mózgiem,
bo tam właśnie tkwi, wśród gęstwiny
i plantacji nerwów
błąd widzenia.
Tu gubi się wzrok
i w swoim podążaniu do umysłu
psuje się i kończy.
Jak gdyby na swej drodze
płacił co krok
daninę ciała.
Przełożyła Jolanta Dygul
****
Komentarz Kornelii: Przedziwny, ale przecież melancholijny wiersz utalentowanego autora z Italii. Urodzony w 1957 roku w Rzymie poeta, eseista i tłumacz z języka francuskiego Valerio Magrelli pisze utwory precyzyjne i czyste. Jak mówią krytycy, to artysta obserwacji na zewnątrz i do środka, wejrzenia w głąb siebie. Jej dramaturgia rozgrywa się pomiędzy tym, co widziane i odczuwane a fenomenologią odbierania świata. Obraz jest w niej równie ważny, co sytuacja tego, który patrzy: jego stan wewnętrzny, położenie, punkt widzenia i rozpoznanie możliwości percepcyjnych człowieka w ogóle. Magrelli obiera niekiedy za przedmiot swoich wierszy skrajne stany człowieczeństwa – choroba, kruchość, bezbronność, wstręt.
Jak dla mnie utwór o lęku. Poeta obawia się, że utraci osobowość w labiryncie tajemniczego, złożonego świata.
A gdyby tak zabrakło mnie samemu sobie,
oto mój niepokój.
Obawiam się, że wyparuję powoli,
zatracę w szczelinach dnia
zapominając własną myśl.
Człowiek, niedoskonała istota z materii, nie potrafi zrozumieć, pojąć, doświadczyć rzeczywistości. Czuje się zagubiony, jak nonsensowny przedmiot wśród innych aberracyjnych, niepotrzebnych rzeczy.
Ból jest więc metamorfozą
a jego przyczyny splatają się
niewidoczne ukazują się
tym czym nie są.
Zagadka, jaką jest świat, sprawia wszakże ból, niekiedy pozornie bez przyczyny. Dla mnie przyczyną tego cierpienia jest samo bycie, pozbawione jakiegokolwiek sensu czy uzasadnienia, krótki błysk świadomości między dwoma bezkresnymi oceanami czarnej pustki, nicości.
Artysta rozumie absurd cielesności, która zniekształca percepcję otoczenia.
Okulary powinno się więc nosić
pomiędzy okiem a mózgiem,
bo tam właśnie tkwi, wśród gęstwiny
i plantacji nerwów
błąd widzenia.
Tu gubi się wzrok
i w swoim podążaniu do umysłu
psuje się i kończy.
Odwieczny problem filozofów, nie możemy powiedzieć, jaki jest świat. Nie wiemy, czy dwoje spośród nas widzi, doświadcza tego samego. Wzrok przekształca, modeluje zewnętrzność, podobnie jak czynią to inne zmysły. Winą za to jest cielesność, której musimy każdego dnia na różne sposoby składać daninę. Np. skończył mi się dziś papier toaletowy, wypadałoby wyjść, ale znużenie i niechęć wręcz przykuwają do łóżka.
Ech, gdybym nie była senna, napisałaby, że płakać się chce.
Cóż, ja też odczuwam lęk, że wkrótce moja osobowość ostatecznie rozpadnie się, jestestwo Kory przestanie istnieć, nawet, jeśli cielesna powłoka przetrwa jeszcze długo. Nie wiem, dlaczego tracę pamięć i zdolności intelektualne – demencja, wypalenie, wyparcie przeszłości, autodestrukcja umysłu w obronie przed daremnością istnienia? Jeśli aktywizuję myślenie, to tylko w pracy, żeby przetrwać jak najdłużej. Ale nie wiem, jak długo utrzymam integralność jaźni.
Zmobilizuję się i przejadę do mamusi na obiad („niedługo ci się skończą tę obiady, bo wkrótce umrę”). Dostałam sygnał, że kartofle już obrane.
Serce bije i krwawi
Heinz Piontek
Noc powleka sadyby
sadzą szarawobiałą.
Koło zajazdu bruzdy
w uliczny lód się wgryzają.
Drzewa – mit i milczenie -
jarzą się w reflektorach,
okiście na starych gałęziach:
kiedyś je Friedrich malował.
Ćmi za zbutwiałą altaną
gościniec do szpitala -
czarnym mrozem rażona
zniknęła z życia wiara,
huczącymi dieslami,
swojskim frachtem wstrząśnięta.
Serce bije i krwawi,
skłębionej nocy się lęka.
Przełożył Andrzej Lam
****
Komentarz Kornelii: Gorzki wiersz urodzonego w Kluczborku niemieckiego poety. Heinz Piontek (1925-2003) przyszedł na świat w rodzinie rolników. Zanim został poetą i krytykiem, walczył w Wehrmachcie, dostał się do amerykańskiej niewoli, potem trudził się jako robotnik w kamieniołomach. W latach siedemdziesiątych krytykowano go za to, że uprawia czystą poezję, analizującą ludzką psychikę, ale unika zaangażowania w sprawy społeczne i polityczne. Cóż, wolę czystą poezję, niż polityczne ody, których autorzy po latach często się wstydzą. Nasza noblistka Wisława Szymborska z pewnością postąpiła by roztropniej, gdyby nie stworzyła tego haniebnego wiersza o Stalinie.
Utwór barda z Kluczborka w oczywisty sposób posępny.
Noc powleka sadyby
sadzą szarawobiałą.
Noc jest alegorią smutku, który przepełnia ludzkie życie. Sadza szarobiała to proza pozbawionego smaku i sensu bytowania.
Friedrich to Caspar David Friedrich, sławny niemiecki artysta-malarz okresu romantyzmu, twórca pełnych melancholii obrazów.
Altana jest zbutwiała – nasze życiowe osiągnięcia są nic nie warte. Gościniec prowadzi do szpitala, wszelkie wysiłki i poczynania ludzi-marionetek skończą się chorobą i śmiercią. Sam Heinz Piontek przez ostatnie lata swego życia wegetował w domu opieki.
czarnym mrozem rażona
zniknęła z życia wiara,
huczącymi dieslami,
swojskim frachtem wstrząśnięta.
Swojski fracht to trudy codziennego życia, które w końcu prowadzą do znużenia i poczucia beznadziejności. Huczące diesle, czyli zgiełk społeczeństwa przemysłowego zagłusza muzykę duszy i zew natury. Czarny mróz to także depresja. Pod takim ciężarem nie można wierzyć w szczęście, lepszą przyszłość czy zbawienie.
Pozostał tylko lęk, egzystencjalny, przed bezsensem życia, przemijaniem, śmiercią, Sądem Ostatecznym.
Serce bije i krwawi,
skłębionej nocy się lęka.
Tak naprawdę całe nasze życie to zatracona ulica.
Cóż, stworzony przez poetę krajobraz perfekcyjnie licuje ze światem moich myśli. Nie boję się już tak bardzo, jak dwa lata temu, ale i tak porywy trwogi są straszne. Gdyby nie to, że mam pracę, nie wychodziłabym z domu. W ramach egzorcyzmowania własnych demonów mam wybrać się dziś do kina, ale nie wiem, czy się odważę.
Nie mogę zwalczyć infekcji. Nie leżę wprawdzie tygodniami, jak bohaterka poprzedniego wiersza „Grypa”, nie byłam w pracy tylko przez dwa dni. Ale w mojej głowie błyskają pulsary bólu. Mozolę się za biurkiem z posępną zaciekłością, podnosząc swoim wysiłkiem zyski nienasyconej korporacji tudzież produkt krajowy brutto naszej udręczonej ojczyzny Tyle mnie cieszy, że zima wróciła, jest ponuro, wilgotno i ciemno. Wczesna wiosna przyprawiłaby mnie o bezdenną rozpacz. Do zmiany czasu na letni będzie w miarę dobrze, potem trudno sobie to wszystko wyobrazić.