Galareta ze szczura
Michael Ondaatje
Patrz na tego szczura w galarecie
parujące brudne futro
mrożone wyłóż na szklany półmisek
pokrój na czworo i zjedz
ta pychota kosztowała mnie sporo zachodu
i chociaż wygląda nieźle
i pachnie chłodziarką Westinghouse’a
i smakuje jak egzotyczna ryba albo
może kosztowny krowi zad
pamiętaj że to szczur
parujące brudne futro żywy
(złapałem go w zeszłą niedzielę
z myślą o lodówce, z myślą o tobie.)
Przełożyła Agata Hołobut
***
Komentarz Korneli: Aj, jednoznacznie turpistyczny wiersz jednego z najsławniejszych współczesnych poetów Kanady. Lepiej nie czytać przed kolacją. Przepisałam z tomiku „Zbieracz cynamonu”, Kraków 2016 (paskarska cena 34,90 zł, aż drżę targana paroksyzmami wrodzonego skąpstwa, tj, chciałam powiedzieć, chwalebnej oszczędności).
Michael Ondaatje urodził się w 1943 roku na Sri Lance. W Polsce znany jako autor powieści „Angielski pacjent”, której ekranizacja została obsypana Oskarami.
Wiersze utalentowanego twórcy wielowarstwowe i nieprzewidywalne, zanurzone są kulturze i mitach Cejlonu, zaskakują niezwykłymi obrazami.
Jak bez trudu można zauważyć, unikam w moim blogu wierszy odzwierciedlających relacje międzyludzkie, moim bohaterowie są, podobnie jak ja sama, posępni, depresyjni i samotni. Niekiedy wszakże uczynię wyjątek (wolno mi!). Utwór opiewający galaretę ze szczura zdobył moje uznanie. Nie jestem pewne, jak powinnam go rozumieć – mocno wątpię, że mieszkańcy Cejlonu spożywają mięso tych raczej mało sympatycznych gryzoni. Wymowa wszakże jednoznacznie okropna. Jak dla mnie to opowieść o nienawiści w związku. Może kiedyś była miłość, ale teraz mężczyzna ma tylko chęć poczęstować swą niewiastę już tylko potrawką ze szczura. Ta ohydna galareta jest alegorią wyrządzanych codziennie drugiej osobie przykrości. Szczur jest w lodówce, więc wroga akcja będzie trwała długo.
Antybohater wiersza nie szczędził trudów, aby sprawić drugiej osobie ból.
ta pychota kosztowała mnie sporo zachodu
Udaje, że zachowuje pozory – szczur smakuje jak egzotyczna ryba, więc człowiek ten ukrywa swe nienawistne akty pod maską dobrego wychowania. Ale ostatecznie wyznaje otwarcie, że jest świadomie okrutny:
pamiętaj że to szczur
parujące brudne futro żywy
(złapałem go w zeszłą niedzielę
z myślą o lodówce, z myślą o tobie.)
Cóż, byłam w paru związkach, które ostatecznie skończyły się podawanie sobie galarety ze szczura, a niekiedy jeszcze czymś gorszym. Nie odwrócę tego, co się stało, zresztą wydaje mi się, że tylko wyśniłam swój koszmar. Nie mam przeszłości, to się nigdy nie stało, całe lata odpłynęły w rzece zapomnienia. Obecnie nawet, jak się z kimś umówię, tak mnie potem potwornie boli głowa, że porzucam wszelkie myśli o związkach – tym bardziej, że znowu skończyłoby się galaretą ze szczura.
Wyjeżdżam znów nad morze, nie wiem, kiedy wrócę. Oddam się szumiącym, czarnym falom, niech mnie uniosą daleko.
Cham wspomina o śmierci
Farma pstrągów
Craig Raine
Pstrągi to niemi chórzyści,
którzy naszej wieczerzy śpiewają
zimnokrwiste requiem,
choć każdemu z nich podcięto już gardło.
Śmierć jest elżbietańskim młodzieńcem,
który człapie przez podwórze,
jego kalosze małe jak kubełki
wokół kostek. To dla niego
pstrągi ułożono w rzędy:
skrzynka pustych butelek z otwartymi ustami.
Czekają aż je ktoś zabierze.
Chłopiec nie dostrzega ich miękkich kryz,
ani pięknie zaśniedziałej kolczugi,
znamienitej jak srebrna łyżka,
która zmienia kolor na ponure indygo
przy zetknięciu ze zwyczajnym jajkiem…
Zabija je w sposób naukowy.
Po przekręceniu gałki
stają się sztywne i śmieszne,
arystokraci w monoklach,
zaszokowani jak na satyrycznych rysunkach,
jak jakiś cham wspomina o śmierci.
Chłopiec odwraca się do mnie, proponując
miniaturkowe organy z papierosów...
Przełożył Jerzy Jarniewicz
Podniósł rękę z łoża śmierci
***
Hertha Kräftner
„Anno”, powiedział mężczyzna,
„jadę teraz do domu. W wagonie sypialnym…
Zawsze chciałem podróżować
w wagonie sypialnym,
ale było to dla mnie za drogo.
Anno, nie cieszysz się?
To długi pociąg.
Czy możesz policzyć wagony?”
Podniósł rękę ze swego łoża śmierci
i pokazał na długi rząd
słoików z przetworami na szafie;
w małych mieszkaniach jest to zwyczajna rzecz.
Stały tam morele w gęstych sokach,
obrane, żółtawe gruszki i czerwone jagody,
a delikatne brzoskwinie
świeciły zielono i trochę też różowo.
„Piękny pociąg”, powiedział mężczyzna.
„Nie płacz, Anno. Taka podróż,
to prawdziwe szczęście. Mniemam, że
bilet był bardzo drogi,
ale dostałem go za darmo.”
A gruszki i jagody
i soczyste morele
zaczęły parować i syczeć
I potoczyły się w wieczność.
Przełożyła kora-kora-kora
Hertha Kräftner
„Anna“, sagte der Mann,
„ich fahre jetzt heim. Im Schlafwagen…
Ich wollte immer schon einmal
im Schlafwagen reisen,
aber es war mir zu teuer.
Anna, freust du dich nicht?
Es ist ein langer Zug.
Kannst du die Wagen zählen?“
Er hob die Hand aus seinem Totenbett
und zeigte auf die lange Reihe
der Einmachgläser auf dem Kleiderkasten;
das ist in kleinen Wohnungen üblich.
Da standen Aprikosen in dicken Säften,
geschälte, gelbliche Birnen und rote Beeren,
und die zarten Pfirsiche
leuchteten grün und ein wenig rosa.
„Ein schöner Zug“, sagte der Mann.
„Weine nicht, Anna. Es ist ein Glück,
so zu reisen. Ich glaube,
die Fahrkarte ist sehr teuer gewesen,
aber ich hab sie umsonst bekommen”.
Und die Birnen und Beeren
und die saftigen Aprikosen
begannen zu dampfen und zischen
und rollten in die Ewigkeit.
***
Komentarz Kornelii: Wzruszający wiersz melancholijnej austriackiej poetki. Utwór dosłownie wyciska łzy, ale nie jest bezgranicznie smutny. Przedstawia pogodne, niemal szczęśliwe umieranie. Właściwie nie licuje więc z moim blogiem, ale cóż… Ja też mogę pozwolić sobie na chwilę słabości. Zresztą chciałam oddać hołd autorce tragicznej, w Polsce prawie nieznanej. Hertha Kräftner (1928-1951 rok) nazywana była „samobójczynią na urlopie”. W 1945 roku jej ojciec został tal okrutnie pobity przez żołnierzy radzieckich, że wkrótce potem zmarł. Odtąd poetka nie mogła uwolnić się od gorzkich myśli, śmierć zawłaszczyła jej umysł. Była młoda i zdolna, jej talent doceniono, miała dobrą przyjaciółkę w Paryżu i, mimo burzliwych relacji z mężczyznami, właściwie szczęście w miłości. A jednak w nocy z 12 na 13 listopada 1951 roku wzięła śmiertelną dawkę tabletek nasennych.
W liście pożegnalnym do matki wyjaśniła: „Po prostu jest tak, że jestem za bardzo smutna i zmęczona, aby jeszcze chcieć żyć”. W końcu lat 70-tych jej twórczość odkryły feministki. Uznały poetkę za austriacką Sylvię Plath. Niektóre uważają, że Hertha została zmiażdżona przez patriarchalny świat, zdominowany przez mężczyzn, jak dla mnie raczej jednostronne wyjaśnienie.
Wiersz opowiada o „dobrej śmierci”. W małym mieszkaniu mężczyzna żegna się z żoną i z życiem. Oboje musieli zmagać się z ubóstwem – człowiek ten nie miał pieniędzy, aby przejechać się w wagonie sypialnym, ale teraz wie, że śmierć przyniesie mu spokój, a także spełnienie marzeń – odejście będzie jak upragniona podróż. Mężczyzna pociesza płaczącą żonę – z pewnością byli dobrym małżeństwem, przetwory owocowe oznaczają bezpieczeństwo, harmonię, stabilizację. Bilet jest za darmo – śmierć będzie lekka, kojąca. W wagonie sypialnym z kolorowych, słodkich owoców mąż odjeżdża w zaświaty. Wie, że czeka go tam dobro i odpoczynek
Cóż mogę powiedzieć? Hertha Kräftner w innych swych wierszach wyobrażała sobie śmierć bardziej posępnie. Może jeszcze kilka jej utworów przetłumaczę. Ja też mogłabym wyznać:
„Po prostu jest tak, że jestem za bardzo smutna i zmęczona, aby jeszcze chcieć żyć”
Ale z pewnością się nie zabiję, przynajmniej nie przed 2060 rokiem. Nie jestem młodą poetką, ale dojrzałą osobą, szarą biurową myszą. Za wiele nabroiłam, żeby ryzykować przedwczesne spotkanie z wiecznością. Na mnie zapewne nie czeka kolorowy pociąg z wagonami sypialnymi, lecz brudny skład z węglem, pędzący prosto do… No cóż, mniejsza z tym…
Doczekałam przesilenia letniego. Gorąco koszmarne, słońce mnie parzy, transpiracja zlewa, ale dni zaczną się wreszcie skracać. Oczywiście stanie się to widoczne dopiero w końcu lipca, ale sama świadomość się liczy.
Hertha Kräftner
„Anno”, powiedział mężczyzna,
„jadę teraz do domu. W wagonie sypialnym…
Zawsze chciałem podróżować
w wagonie sypialnym,
ale było to dla mnie za drogo.
Anno, nie cieszysz się?
To długi pociąg.
Czy możesz policzyć wagony?”
Podniósł rękę ze swego łoża śmierci
i pokazał na długi rząd
słoików z przetworami na szafie;
w małych mieszkaniach jest to zwyczajna rzecz.
Stały tam morele w gęstych sokach,
obrane, żółtawe gruszki i czerwone jagody,
a delikatne brzoskwinie
świeciły zielono i trochę też różowo.
„Piękny pociąg”, powiedział mężczyzna.
„Nie płacz, Anno. Taka podróż,
to prawdziwe szczęście. Mniemam, że
bilet był bardzo drogi,
ale dostałem go za darmo.”
A gruszki i jagody
i soczyste morele
zaczęły parować i syczeć
I potoczyły się w wieczność.
Przełożyła kora-kora-kora
Hertha Kräftner
„Anna“, sagte der Mann,
„ich fahre jetzt heim. Im Schlafwagen…
Ich wollte immer schon einmal
im Schlafwagen reisen,
aber es war mir zu teuer.
Anna, freust du dich nicht?
Es ist ein langer Zug.
Kannst du die Wagen zählen?“
Er hob die Hand aus seinem Totenbett
und zeigte auf die lange Reihe
der Einmachgläser auf dem Kleiderkasten;
das ist in kleinen Wohnungen üblich.
Da standen Aprikosen in dicken Säften,
geschälte, gelbliche Birnen und rote Beeren,
und die zarten Pfirsiche
leuchteten grün und ein wenig rosa.
„Ein schöner Zug“, sagte der Mann.
„Weine nicht, Anna. Es ist ein Glück,
so zu reisen. Ich glaube,
die Fahrkarte ist sehr teuer gewesen,
aber ich hab sie umsonst bekommen”.
Und die Birnen und Beeren
und die saftigen Aprikosen
begannen zu dampfen und zischen
und rollten in die Ewigkeit.
***
Komentarz Kornelii: Wzruszający wiersz melancholijnej austriackiej poetki. Utwór dosłownie wyciska łzy, ale nie jest bezgranicznie smutny. Przedstawia pogodne, niemal szczęśliwe umieranie. Właściwie nie licuje więc z moim blogiem, ale cóż… Ja też mogę pozwolić sobie na chwilę słabości. Zresztą chciałam oddać hołd autorce tragicznej, w Polsce prawie nieznanej. Hertha Kräftner (1928-1951 rok) nazywana była „samobójczynią na urlopie”. W 1945 roku jej ojciec został tal okrutnie pobity przez żołnierzy radzieckich, że wkrótce potem zmarł. Odtąd poetka nie mogła uwolnić się od gorzkich myśli, śmierć zawłaszczyła jej umysł. Była młoda i zdolna, jej talent doceniono, miała dobrą przyjaciółkę w Paryżu i, mimo burzliwych relacji z mężczyznami, właściwie szczęście w miłości. A jednak w nocy z 12 na 13 listopada 1951 roku wzięła śmiertelną dawkę tabletek nasennych.
W liście pożegnalnym do matki wyjaśniła: „Po prostu jest tak, że jestem za bardzo smutna i zmęczona, aby jeszcze chcieć żyć”. W końcu lat 70-tych jej twórczość odkryły feministki. Uznały poetkę za austriacką Sylvię Plath. Niektóre uważają, że Hertha została zmiażdżona przez patriarchalny świat, zdominowany przez mężczyzn, jak dla mnie raczej jednostronne wyjaśnienie.
Wiersz opowiada o „dobrej śmierci”. W małym mieszkaniu mężczyzna żegna się z żoną i z życiem. Oboje musieli zmagać się z ubóstwem – człowiek ten nie miał pieniędzy, aby przejechać się w wagonie sypialnym, ale teraz wie, że śmierć przyniesie mu spokój, a także spełnienie marzeń – odejście będzie jak upragniona podróż. Mężczyzna pociesza płaczącą żonę – z pewnością byli dobrym małżeństwem, przetwory owocowe oznaczają bezpieczeństwo, harmonię, stabilizację. Bilet jest za darmo – śmierć będzie lekka, kojąca. W wagonie sypialnym z kolorowych, słodkich owoców mąż odjeżdża w zaświaty. Wie, że czeka go tam dobro i odpoczynek
Cóż mogę powiedzieć? Hertha Kräftner w innych swych wierszach wyobrażała sobie śmierć bardziej posępnie. Może jeszcze kilka jej utworów przetłumaczę. Ja też mogłabym wyznać:
„Po prostu jest tak, że jestem za bardzo smutna i zmęczona, aby jeszcze chcieć żyć”
Ale z pewnością się nie zabiję, przynajmniej nie przed 2060 rokiem. Nie jestem młodą poetką, ale dojrzałą osobą, szarą biurową myszą. Za wiele nabroiłam, żeby ryzykować przedwczesne spotkanie z wiecznością. Na mnie zapewne nie czeka kolorowy pociąg z wagonami sypialnymi, lecz brudny skład z węglem, pędzący prosto do… No cóż, mniejsza z tym…
Doczekałam przesilenia letniego. Gorąco koszmarne, słońce mnie parzy, transpiracja zlewa, ale dni zaczną się wreszcie skracać. Oczywiście stanie się to widoczne dopiero w końcu lipca, ale sama świadomość się liczy.
Zmarli drapiący glinianymi dłońmi
Pejzaż z tłumem, który wymiotuje
(zmierzch na Coney Island)
Federico García Lorca
Gruba kobieta zjawiła się pierwsza
wyrywając korzenie i szczając na papierowe bębenki:
gruba kobieta,
która odwraca konające ośmiornice.
Gruba kobieta, nieprzyjaciółka księżyca,
biegła przez ulice i puste mieszkania
i zostawiała w kątach małe czerepy gołębi
i budziła furię bankietów minionych stuleci
i wzywała demony chleba między wzgórzami spustoszonych niebios
i filtrowała udręczone światło w podziemnych tunelach.
To są cmentarze, wiem, to są cmentarze
i smutek kuchni pogrzebanych pod piaskami,
to są umarli, to są bażanty, to są jabłka innej godziny,
to jest to, co nam wpychają do gardła.
Nadchodziły pogłoski z lasu wymiotów,
opróżnione kobiety, dzieci z gorącego wosku,
sfermentowane drzewa i nieznużeni kelnerzy,
którzy roznoszą talerze z solą pod harfami śliny,
Nie ma rady, moje dziecko, rzygaj, nie ma rady.
Nie jest to rzyganie huzarów na piersiach kurewek,
ani rzyganie kota, który przez pomyłkę połknął żabę.
To są zmarli drapiący glinianymi dłońmi
do kamiennych drzwi, za którymi gniją desery i burzowe chmury.
Gruba kobieta zjawiła się pierwsza,
a za nią ludzie ze statków, z tawern i z ogrodów.
Rzyganie delikatnie stukało w bębenki
między kilkoma krwawiącymi dziewczynkami,
które zwracały się o pomoc do księżyca.
Biada mi! Biada mi! Biada mi!
To spojrzenie było moje, lecz już nie jest moje,
to spojrzenie, które drży obnażone przez alkohol
i żegna niewiarygodne okręty
odpływające między anemonami nadbrzeża.
To spojrzenie, które mnie broni,
o spojrzenie z fal, tam gdzie świt nie ośmiela się zaświtać,
ja, poeta bez rąk,
zagubiony w tłumie, który rzyga,
i bez konia, który mógłby mnie przenieść
poprzez gęste mchy moich skroni.
Ale gruba kobieta ciągle szła na przedzie
i tłum szukał aptek,
gdzie utrwalają się gorzkie tropiki.
Dopiero kiedy podniesiono flagę i pojawiły się pierwsze psy,
całe miasto stłoczyło się przy poręczach mola.
Przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz
Przeklęta na własnych chrzcinach
Zła wróżka
Paula Meehan
Noc, kiedy była chrzczona:
muzyka wyła z głośników, warczały samochody,
trąbki, syreny, bębenki,
całą noc, że nikt nie zasnął.
Ktoś kogoś dźgnął, poszła w oknie szyba.
Karoseria zarysowana kluczem. Jakiś chłopiec
dostał butelką w twarz,
inny porzygał się w ogrodzie.
Myślę o tym, mijając jej dom.
Musi mieć teraz lat osiem lub dziewięć,
jej twarz to zawstydzony księżyc
za poruszoną żaluzją.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
***
Komentarz Kornelii: Posępny, antydelikatny wiersz urodzonej w 1955 roku irlandzkiej poetki. Zła wróżka rzuca klatwę na dziecko w dniu, w którym jest chrzczone. W wieczór chrztu dochodzi do bójek, aktów wandalizmu, leje się krew. Czar, rzucony przez perfidną czarodziejkę, jest skuteczny – dziewczynka staje się melancholijna, smutna.
jej twarz to zawstydzony księżyc
za poruszoną żaluzją.
Cóż, dla mnie, to nie jest opowieść o złej wróżce czy klątwach, ale po prostu alegoria beznadziejnego ludzkiego bytu. Nawet po sakralnym akcje chrztu dzieją się tylko pijatyki, przemoc, wymiotowanie. Urodziny to swoiste wejście w krainę brutalności, smutku i krwi, żadna święcona woda nie pomoże. Można tylko wstydzić się tego, że się oddycha.
I właściwie nie ma ucieczki z tego upiornego potrzasku.
Własnych chrzcin oczywiście nie pamiętam, z familijnych opowieści wynika, że mój dziadek sobie podchmielił i pomylił drzwi – zamiast do łazienki wszedł do szafy. Przynajmniej biesiadnicy się nie pokaleczyli. Ale zajęci świętowaniem mojego chwalebnego przyjęcia do społeczności chrześcijańskiej nie zauważyli okropnej wróżki, która dostała się do mieszkania i rzuciła na mnie klątwę, ciążącą potwornie do dziś. Nie mogę wprost uwierzyć, że sprawy ułożyły się tak fatalnie. Oczywiście, że to ja podejmowałam złe decyzje. Nie mogę sobie tego przypomnieć, zda mi się jednak, jakbym świadomie sterowała ku zagładzie.
Szkoda, że zawiany ś.p. dziadek nie zamknął wróżki w szafie.
Paula Meehan
Noc, kiedy była chrzczona:
muzyka wyła z głośników, warczały samochody,
trąbki, syreny, bębenki,
całą noc, że nikt nie zasnął.
Ktoś kogoś dźgnął, poszła w oknie szyba.
Karoseria zarysowana kluczem. Jakiś chłopiec
dostał butelką w twarz,
inny porzygał się w ogrodzie.
Myślę o tym, mijając jej dom.
Musi mieć teraz lat osiem lub dziewięć,
jej twarz to zawstydzony księżyc
za poruszoną żaluzją.
Przełożył Jerzy Jarniewicz
***
Komentarz Kornelii: Posępny, antydelikatny wiersz urodzonej w 1955 roku irlandzkiej poetki. Zła wróżka rzuca klatwę na dziecko w dniu, w którym jest chrzczone. W wieczór chrztu dochodzi do bójek, aktów wandalizmu, leje się krew. Czar, rzucony przez perfidną czarodziejkę, jest skuteczny – dziewczynka staje się melancholijna, smutna.
jej twarz to zawstydzony księżyc
za poruszoną żaluzją.
Cóż, dla mnie, to nie jest opowieść o złej wróżce czy klątwach, ale po prostu alegoria beznadziejnego ludzkiego bytu. Nawet po sakralnym akcje chrztu dzieją się tylko pijatyki, przemoc, wymiotowanie. Urodziny to swoiste wejście w krainę brutalności, smutku i krwi, żadna święcona woda nie pomoże. Można tylko wstydzić się tego, że się oddycha.
I właściwie nie ma ucieczki z tego upiornego potrzasku.
Własnych chrzcin oczywiście nie pamiętam, z familijnych opowieści wynika, że mój dziadek sobie podchmielił i pomylił drzwi – zamiast do łazienki wszedł do szafy. Przynajmniej biesiadnicy się nie pokaleczyli. Ale zajęci świętowaniem mojego chwalebnego przyjęcia do społeczności chrześcijańskiej nie zauważyli okropnej wróżki, która dostała się do mieszkania i rzuciła na mnie klątwę, ciążącą potwornie do dziś. Nie mogę wprost uwierzyć, że sprawy ułożyły się tak fatalnie. Oczywiście, że to ja podejmowałam złe decyzje. Nie mogę sobie tego przypomnieć, zda mi się jednak, jakbym świadomie sterowała ku zagładzie.
Szkoda, że zawiany ś.p. dziadek nie zamknął wróżki w szafie.
Budzimy się, aby cierpieć
Dialog człowieka z własnym sercem
Chacheperreseneb
Myślę o tym, co się wydarzyło,
Dziś zostało wpuszczone nieszczęście,
a jutro wrogość też nie zniknie.
Ale wszyscy o tym milczą!…
Codziennie budzi się człowiek,
Serca nie uwalniają się od tego,
dziś jest tak samo jak było wczoraj.
Nie zwraca się na to uwagi, bo jest tego po prostu za wiele.
Zobojętniałe twarze,
nikt nie jest dość mądry, by to pojąć,
nikt dość rozzłoszczony, by to wypowiedzieć.
Każdego dnia człowiek budzi się, by cierpieć.
Przełożyła Agnieszka Gadzała
***
Komentarz Kornelii: Osłupiająco smętny wiersz staroegipskiego poety, który czynny był na dworze faraona Sezostrisa II (panował w latach 1878 – 1839 rok p.n.e.) Nasz twórca znad Nilu nosi pogodne imię Chacheperreseneb, które znaczy „Chacheperre jest zdrów”. Ja równie dobrze mogłabym mieć imię „Korajestbardzochora” (umysłowo oczywiście). Chacheperreseneb stał się sławny. Jeszcze przez długie wieki jego wiersze egipska dziatwa czytała jego dzieła w szkołach, zaś poeta czczony był jako wielki mędrzec.
I nie bez racji! Mimo swego optymistycznego imienia Chacheperreseneb doskonale pojmuje nędzę ludzkiego bytowania. Nieszczęścia zdarzają się każdego dnia, jest ich aż tyle, że ludzie obojetnieją. Tkwią w swej egzystencji jak martwi. Umysł tego nie ogarnie, a złość nie przezwycięży. I najważniejszy wers:
Każdego dnia człowiek budzi się, by cierpieć.
Prawda jak najbardziej oczywista! Nie jest to pierwszy egipski utwór, jaki zamieściłam, aczkolwiek preferuję współczesnych autorów zagranicznych. Może dlatego wracam do twórczości egipskiej, ponieważ fascynuje i trwoży mnie wizja, jak staję przed sądem Ozyrysa czy jakiegoś innego Złośliwca w zaświatach. Ale wcześnie zwróciłam uwagę, że już poeci z Kraju Pirami odczuli grozę i smutek człowieczej egzystencji Cóż, życie nad Nilem było udręką – średnia długość wynosiła zaledwie trzydzieści kilka lat i to śmiertelności niemowląt nie wliczając. Większość ludu mozoliła się na polach lub w kamieniołomach, ale nawet możni byli niemal bezradni wobec chorób i czyhającej wszędzie śmierci. Jak zresztą można żyć bez antybiotyków, Internetu, spłukiwanych toalet, tamponów i szczoteczek do zębów???
Nie można zaprzeczyć, że my, współcześni ludzie, mamy lepiej. Ale słowa Chacheperreseneba zachowały zdumiewającą aktualność. Wciąż zewsząd spadają nieszczęścia, klęski i plagi, wobec potopu złych wiadomości pozostaje tylko obojętność, a życie jest udręką ponad siły.
Każdego ranka zadaję sobie pytanie, czy uda mi się jeszcze raz wstać? Nie czeka mnie przecież nic dobrego, nie mam sił, aby się umyć, ubrać, wyjść, jechać komunikacją, trudzić się w biurze. Głowa pulsuje bólem od nocnych koszmarów. I tak nieustannie ten absurdalny ciąg dni. A w weekendy staje się jeszcze bardziej ponuro, ponieważ nie wiem, co z sobą począć i jest za dużo czasu na myślenie. Gdy wypełzam z pościeli, marzę tylko zmierzchu i zasypianiu, wiem, że wiele innych osób odczuwa podobnie. Ach, nie wytrzymam tego dłużej…
Przyszły przyjazne chmury, ale wkrótce mają uderzyć upały, co budzi mój gwałtowny sprzeciw. Jutro najdłuższy dzień w roku. Doczekam przesilenia? Słońce, zgaśnij!!
Chacheperreseneb
Myślę o tym, co się wydarzyło,
Dziś zostało wpuszczone nieszczęście,
a jutro wrogość też nie zniknie.
Ale wszyscy o tym milczą!…
Codziennie budzi się człowiek,
Serca nie uwalniają się od tego,
dziś jest tak samo jak było wczoraj.
Nie zwraca się na to uwagi, bo jest tego po prostu za wiele.
Zobojętniałe twarze,
nikt nie jest dość mądry, by to pojąć,
nikt dość rozzłoszczony, by to wypowiedzieć.
Każdego dnia człowiek budzi się, by cierpieć.
Przełożyła Agnieszka Gadzała
***
Komentarz Kornelii: Osłupiająco smętny wiersz staroegipskiego poety, który czynny był na dworze faraona Sezostrisa II (panował w latach 1878 – 1839 rok p.n.e.) Nasz twórca znad Nilu nosi pogodne imię Chacheperreseneb, które znaczy „Chacheperre jest zdrów”. Ja równie dobrze mogłabym mieć imię „Korajestbardzochora” (umysłowo oczywiście). Chacheperreseneb stał się sławny. Jeszcze przez długie wieki jego wiersze egipska dziatwa czytała jego dzieła w szkołach, zaś poeta czczony był jako wielki mędrzec.
I nie bez racji! Mimo swego optymistycznego imienia Chacheperreseneb doskonale pojmuje nędzę ludzkiego bytowania. Nieszczęścia zdarzają się każdego dnia, jest ich aż tyle, że ludzie obojetnieją. Tkwią w swej egzystencji jak martwi. Umysł tego nie ogarnie, a złość nie przezwycięży. I najważniejszy wers:
Każdego dnia człowiek budzi się, by cierpieć.
Prawda jak najbardziej oczywista! Nie jest to pierwszy egipski utwór, jaki zamieściłam, aczkolwiek preferuję współczesnych autorów zagranicznych. Może dlatego wracam do twórczości egipskiej, ponieważ fascynuje i trwoży mnie wizja, jak staję przed sądem Ozyrysa czy jakiegoś innego Złośliwca w zaświatach. Ale wcześnie zwróciłam uwagę, że już poeci z Kraju Pirami odczuli grozę i smutek człowieczej egzystencji Cóż, życie nad Nilem było udręką – średnia długość wynosiła zaledwie trzydzieści kilka lat i to śmiertelności niemowląt nie wliczając. Większość ludu mozoliła się na polach lub w kamieniołomach, ale nawet możni byli niemal bezradni wobec chorób i czyhającej wszędzie śmierci. Jak zresztą można żyć bez antybiotyków, Internetu, spłukiwanych toalet, tamponów i szczoteczek do zębów???
Nie można zaprzeczyć, że my, współcześni ludzie, mamy lepiej. Ale słowa Chacheperreseneba zachowały zdumiewającą aktualność. Wciąż zewsząd spadają nieszczęścia, klęski i plagi, wobec potopu złych wiadomości pozostaje tylko obojętność, a życie jest udręką ponad siły.
Każdego ranka zadaję sobie pytanie, czy uda mi się jeszcze raz wstać? Nie czeka mnie przecież nic dobrego, nie mam sił, aby się umyć, ubrać, wyjść, jechać komunikacją, trudzić się w biurze. Głowa pulsuje bólem od nocnych koszmarów. I tak nieustannie ten absurdalny ciąg dni. A w weekendy staje się jeszcze bardziej ponuro, ponieważ nie wiem, co z sobą począć i jest za dużo czasu na myślenie. Gdy wypełzam z pościeli, marzę tylko zmierzchu i zasypianiu, wiem, że wiele innych osób odczuwa podobnie. Ach, nie wytrzymam tego dłużej…
Przyszły przyjazne chmury, ale wkrótce mają uderzyć upały, co budzi mój gwałtowny sprzeciw. Jutro najdłuższy dzień w roku. Doczekam przesilenia? Słońce, zgaśnij!!
W cichym grobu odrętwieniu
Milczenia
Thomas Hardy
Jest milczenie gaju, co wiatrem dyszał,
A teraz w ciszy tonie,
I jest dzwonnicy cisza,
Kiedy przeciągłe umilkło podzwonne.
I jest samotnego stawu milczenie,
Gdzie ktoś utonął. Ani
Traszka tędy nie przemknie,
Ani żaba nie pluśnie w tej otchłani.
Lecz pustego domu cisza zaklęta,
Gdzie się człowiek urodził,
Żył i miał huczne święta –
Ta wszystkie cisze swą pustką przechodzi!
Nie ma już pieśni, które pamiętamy.
Dom się, ten dom znajomy,
Z oślepłymi oknami,
Zdaje – umarły? W modłach zatopiony?
Jakby już żadna nie istniała siła,
Co by przemogła cienie,
By przeszłość pozwoliła
Żywemu „Teraz” rozbić grobu odrętwienie.
Przełożył Zygmunt Kubiak
Thomas Hardy
Jest milczenie gaju, co wiatrem dyszał,
A teraz w ciszy tonie,
I jest dzwonnicy cisza,
Kiedy przeciągłe umilkło podzwonne.
I jest samotnego stawu milczenie,
Gdzie ktoś utonął. Ani
Traszka tędy nie przemknie,
Ani żaba nie pluśnie w tej otchłani.
Lecz pustego domu cisza zaklęta,
Gdzie się człowiek urodził,
Żył i miał huczne święta –
Ta wszystkie cisze swą pustką przechodzi!
Nie ma już pieśni, które pamiętamy.
Dom się, ten dom znajomy,
Z oślepłymi oknami,
Zdaje – umarły? W modłach zatopiony?
Jakby już żadna nie istniała siła,
Co by przemogła cienie,
By przeszłość pozwoliła
Żywemu „Teraz” rozbić grobu odrętwienie.
Przełożył Zygmunt Kubiak