***
Oleg Grigorjew
Pytam elektryka, co jest
powodem,
Że sobie szyję obwiązał
przewodem.
A elektryk w ogóle się
nie odzywa,
Tylko wisi i wolno się
kiwa.
Przełożył Jerzy Czech
**
Krótki komentarz
Kornelii: Blog właściwie jest zamknięty, ale jeszcze wykonuję
przegląd różnych książek i periodyków, których zawartości nie
wykorzystałam. Może od czasu do czasu jeszcze coś zamieszczę. Ten
krótki, tragiśmieszny utwór przepisałam z książki: Jerzy Czech,
wdrapałem się na piedestał, Wołowiec 2013, Wydawnictwo Czarne.
Oleg Grigorjew (1943-1992)
to postać kultowa, poeta, o którym się mówi, że każdy lokal, w
którym mieszkał, zmieniał w pijacką melinę – chyba nie
potrafił żyć inaczej. Nie dożył nawet 50 roku życia. Gdy
poszedł pierwszy raz do szkoły, skradziono mu nowy tornister. Może
nigdy już nie przezwyciężył tej traumy.
Zawiany Oleg uciekał w
czarny humor. Powyższy utwór mnie rozśmieszył, dlatego go
wybrałam. Nawet nie ma tu czego komentować. Nie wiemy, z jakiej
przyczyny powiesił się elektryk. Może skonsumował za dużo wódki
i był smutny, może nie mógł znieść trudów codziennej
egzystencji, która, jak wiadomo, w Rosji jest szczególnie
surrealistyczna i uciążliwa. W każdym razie zdesperowany fachowiec
położył kres swemu życiu. Był to wybór ostateczny i
nieodwołalny. Nieszczęsny elektryk już nie odpowie i niczego w
swym życiu nie zmieni. Ciało tylko żałośnie się buja.
Przy dużej dawce fantazji
możemy ten wiersz interpretować jako ostrzeżenie przed
samobójstwem – dopóki żyjemy, możemy jeszcze odpowiadać i
działać. Po tym, jak zaciśnie się pętla, na wszystko, poza
bezsilnym kołysaniem się, jest za późno. Wydaje mi się jednak,
że kultowy poeta Oleg chciał po prostu się pośmiać – swe
utwory odczytywał kompanom od kieliszka.
Cóż, nie będę ukrywać,
że też często mam chęć przejść na tamtą stronę – to
codzienne zmaganie się z życiem jest nie do zniesienia. Bolą mnie
stawy – być może dlatego, że w przeszłości byłam często
zawieszana pod sufitem na łańcuchach – mam okropne ataki lęku,
tracę pamięć, nie wiem, jak długo jeszcze dam radę pracować.
Ale powiesić się – to raczej nie dla mnie – nawet nie
wiedziałabym, jak się do tego zabrać, mam kłopoty z wiązaniem
sznurówek... Ponadto czytałam, że na szubienicy z poddawanej
egzekucji kobiety często wszystko wypada – z całą pewnością
nie chciałabym tak wyglądać. A jak spróbuję rzucić się pod
pociąg, to z moją zgrabnością tylko się potłukę i maszynista
na mnie nakrzyczy...
Prawda jest taka, że za
wiele nabroiłam w życiu, aby przeprawić się na drugi brzeg
Styksu, jak pisałam już wiele razy. Z całą pewnością nie
zaryzykuję tego skoku w ABSOLUTNIE NIEZNANE. To w końcu przyjdzie
samo. Może czekają mnie jeszcze lata drżenia ze strachu i bolących
stawów. I tak dobrze, że się nie zaraziłam, ale mimo to straszna
bryndza.....
Brrrrrrrrrrrrrr......