środa, 7 marca 2018

Powieszony wolno się buja



***

Oleg Grigorjew

Pytam elektryka, co jest powodem,
Że sobie szyję obwiązał przewodem.
A elektryk w ogóle się nie odzywa,
Tylko wisi i wolno się kiwa.

Przełożył Jerzy Czech

**

Krótki komentarz Kornelii: Blog właściwie jest zamknięty, ale jeszcze wykonuję przegląd różnych książek i periodyków, których zawartości nie wykorzystałam. Może od czasu do czasu jeszcze coś zamieszczę. Ten krótki, tragiśmieszny utwór przepisałam z książki: Jerzy Czech, wdrapałem się na piedestał, Wołowiec 2013, Wydawnictwo Czarne.

Oleg Grigorjew (1943-1992) to postać kultowa, poeta, o którym się mówi, że każdy lokal, w którym mieszkał, zmieniał w pijacką melinę – chyba nie potrafił żyć inaczej. Nie dożył nawet 50 roku życia. Gdy poszedł pierwszy raz do szkoły, skradziono mu nowy tornister. Może nigdy już nie przezwyciężył tej traumy.

Zawiany Oleg uciekał w czarny humor. Powyższy utwór mnie rozśmieszył, dlatego go wybrałam. Nawet nie ma tu czego komentować. Nie wiemy, z jakiej przyczyny powiesił się elektryk. Może skonsumował za dużo wódki i był smutny, może nie mógł znieść trudów codziennej egzystencji, która, jak wiadomo, w Rosji jest szczególnie surrealistyczna i uciążliwa. W każdym razie zdesperowany fachowiec położył kres swemu życiu. Był to wybór ostateczny i nieodwołalny. Nieszczęsny elektryk już nie odpowie i niczego w swym życiu nie zmieni. Ciało tylko żałośnie się buja.
Przy dużej dawce fantazji możemy ten wiersz interpretować jako ostrzeżenie przed samobójstwem – dopóki żyjemy, możemy jeszcze odpowiadać i działać. Po tym, jak zaciśnie się pętla, na wszystko, poza bezsilnym kołysaniem się, jest za późno. Wydaje mi się jednak, że kultowy poeta Oleg chciał po prostu się pośmiać – swe utwory odczytywał kompanom od kieliszka.

Cóż, nie będę ukrywać, że też często mam chęć przejść na tamtą stronę – to codzienne zmaganie się z życiem jest nie do zniesienia. Bolą mnie stawy – być może dlatego, że w przeszłości byłam często zawieszana pod sufitem na łańcuchach – mam okropne ataki lęku, tracę pamięć, nie wiem, jak długo jeszcze dam radę pracować. Ale powiesić się – to raczej nie dla mnie – nawet nie wiedziałabym, jak się do tego zabrać, mam kłopoty z wiązaniem sznurówek... Ponadto czytałam, że na szubienicy z poddawanej egzekucji kobiety często wszystko wypada – z całą pewnością nie chciałabym tak wyglądać. A jak spróbuję rzucić się pod pociąg, to z moją zgrabnością tylko się potłukę i maszynista na mnie nakrzyczy...

Prawda jest taka, że za wiele nabroiłam w życiu, aby przeprawić się na drugi brzeg Styksu, jak pisałam już wiele razy. Z całą pewnością nie zaryzykuję tego skoku w ABSOLUTNIE NIEZNANE. To w końcu przyjdzie samo. Może czekają mnie jeszcze lata drżenia ze strachu i bolących stawów. I tak dobrze, że się nie zaraziłam, ale mimo to straszna bryndza.....

Brrrrrrrrrrrrrr......

1 komentarz:

  1. mimo wszystko rozśmieszyłaś mnie Koro razem z elektrykiem. Kto Cię na Boga wieszał na łańcuchach? Mam naprawdę w to wierzyć? A stawy można leczyć.... ktoś powinien powoli, powoli Cię poprowadzić, a może wyprowadzić ze świata fantazji, postawić na nogi.... nie wierzę żebyś nie miała koło siebie kogoś życzliwego....tylko trzeba chcieć.... nie wiadomo czy Ty byś tego pragnęła. A może to wszystko jest jednak fantazją. Wolałabym, żeby tak bylo, żebym nie musiała się o Ciebie martwić. Nie kończ bloga, proszę Cię, jeśli do tej pory był Ci potrzebny. Powoli się do niego przyzwyczaisz, tak jak ja do swojego. Nie miej do mnie żalu o ten wpis, zbyt szczery....gdybym tylko wiedziała co w nim jest prawdą. Zamieszczaj nadal tą swoją poezję... Jestem pewna że w całym internecie takiej się nie znajdzie. I lecz stawy u specjalisty. Donka

    OdpowiedzUsuń

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...