Dolor
Theodore Roethke
Poznałem nieubłagany smutek ołówków
starannie ułożonych w pudełku, ból bibularza i przycisku,
całą nędzę papieru do pakowania i kleju,
samotność czystych miejsc użyteczności publicznej,
opuszczonych poczekalni, klozetu, tablicy rozdzielczej,
niezmienny patos miednicy i dzbanka,
rytuał maszyny rotacyjnej, spinacza, przecinka,
nie kończące się kopie życia i przedmiotów.
Widziałem kurz ze ścian instytucji,
drobniejszy niż mąka, bardziej niebezpieczny od krzemionki,
opadał prawie niewidoczny w długie popołudnia nudy,
zasnuwając cienką powłoką paznokcie i delikatne brwi,
wygładzając blade włosy, szare, przeciętne twarze.
Przełożył Tadeusz Rybowski
Zimna żarówka w więzieniu
Późne światła w Minnesota
Ted Kooser
Na końcu towarowego pociągu, który odjechał,
ręka kołysząca latarnię.
Jedyne światła zostawione w miasteczku
to zimno świecąca żarówka w więzieniu
i wysoko w jednym domu
latarka elektryczna na pięć baterii
ciągnąca w dół starą kobietę schodami do klozetu
pośród czerwonych oczu jej kotów.
Przełożył Czesław Miłosz
****
Komentarz Kornelii: Równie krótki jak smętny wiersz urodzonego w 1939 w Nebrasce amerykańskiego poety w wybornym przekładzie naszego noblisty. Wymowa piesni druzgocząco pesymistyczna.
Odjeżdżający pociąg towarowy to symbol przemijającego życia i straconych złudzeń.
ręka kołysząca latarnię
to pożegnanie z nadzieją. Pozostaje tylko zimno święcąca żarówka w więzieniu.
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych ciał, czasu, w który zostaliśmy rzuceni, więźniami zazwyczaj szarych, często druzgoczących okoliczności. Zimne światło oznacza, że na mamy co liczyć na pocieszenie lub ratunek.
Kobieta w mroku z latarką i kotami to alegoria samotności. Zejście do klozetu to także zstąpienie do krainy śmierci lub nawet cuchnącego piekła. Czerwone oczy kotów przypominają o popełnionych przez nas złych uczynkach. Nie ma blasku, nie ma ocalenia.
Cóż, wcześniejszych moich lat nie pamiętam. Wydaje mi się, że byłam spokojniejsza, w przeciwnym wypadku bym pamiętała. Ale teraz jestem uwięziona w mrocznym mieście własnych fobii, lęków, uczuciowego lodu. Światło, jeśli jakieś jaśniało, odjechało w bezkres już dawno. Pozostaje tylko powolne, ale nieustanne, schodzenie do klozetu, czyli do śmierci, a może nawet do miejsca zasłużonej kary. Nie mogę uwierzyć, że przeżyłam i uczyniłam to wszystko. To przecież nie byłam ja. Nie chciałam tego. Nie chciałam.
Wiosna bezlitosna, na szczęście w miarę chłodno. Całą mocą mojej skołatanej duszy przyzywam chmury.