Zaduszki
Georg Heym
Dzień zanika w dali, wieczór idzie.
Gwiazda błyszczy wysoko nad nocą.
Chwieje się trawa. I drogi wszystkie
Razem bledną w gęstniejącym mroku.
Gwiazda błyszczy wysoko nad nocą.
Chwieje się trawa. I drogi wszystkie
Razem bledną w gęstniejącym mroku.
Już wielu przeszło po ścieżkach.
Ich cienie daleko widnieją,
Niosą w szeregu na cienkich drzewcach
Pochodnie, co w wietrze się chwieją.
Ich cienie daleko widnieją,
Niosą w szeregu na cienkich drzewcach
Pochodnie, co w wietrze się chwieją.
Jest wiele murów i grobów, a drzew mało.
Wśród nich bram kilka, gdzie wawrzyn się żali.
Chroniąc swe lampki przed wilgotną mżawką
Wielu w gromadzie siedzi nad krzyżami.
Wśród nich bram kilka, gdzie wawrzyn się żali.
Chroniąc swe lampki przed wilgotną mżawką
Wielu w gromadzie siedzi nad krzyżami.
Czerwień tkwi w lesie, sucha jak palec,
Gdzie wieczór się zawiesza w czas mglisty
Okruchem światła. I dalsze się stają
Dale, a wokół maleje, co bliskie.
Gdzie wieczór się zawiesza w czas mglisty
Okruchem światła. I dalsze się stają
Dale, a wokół maleje, co bliskie.
Lecz wieczny jest ten wiatr, co nie zamilknie nigdy
W pejzażu ciemnym, całym już w brązie jesieni,
Co ciemne słowa szepce w powietrzu ostygłym
I ciemne wizerunki mimochodem nieci.
W pejzażu ciemnym, całym już w brązie jesieni,
Co ciemne słowa szepce w powietrzu ostygłym
I ciemne wizerunki mimochodem nieci.
Przełożył Andrzej Lam
Wir nas w w otchłań wkręcił
Dzień zmarłych
Zsuzsa Rakovszky
Cztery płomyki świec płoną, cztery dusze lekkie
na krawędzi wewnętrznego zmierzchu.
Zdławione języki mówią niemym szeptem.
Grube szkło musztardówki na blat parapetu
na krawędzi wewnętrznego zmierzchu.
Zdławione języki mówią niemym szeptem.
Grube szkło musztardówki na blat parapetu
rzuca bladych promieni strzępy.
Okno to tnąca płomień luster matryca,
przez korony orzechów nie widać spierzchłych
chmur pędzących, wyszczerbionego księżyca…
Okno to tnąca płomień luster matryca,
przez korony orzechów nie widać spierzchłych
chmur pędzących, wyszczerbionego księżyca…
„Byłam kiedyś garbata chłopska dziewczyna,
nikt mnie nie chciał prócz żołnierzy pijanych…
cudze brudy ścierałam, cudze dzieci bawiłam,
dziś jestem tylko kłębkiem gnijącej piany…”
nikt mnie nie chciał prócz żołnierzy pijanych…
cudze brudy ścierałam, cudze dzieci bawiłam,
dziś jestem tylko kłębkiem gnijącej piany…”
„Ścięłam włosy, w tenisa grałam wspaniale,
później karciane boje, loża w wiedeńskiej operze…
W chwili śmierci obcy wokół mnie stali,
patrzyli na meble, fortepian, kto co zabierze…”
później karciane boje, loża w wiedeńskiej operze…
W chwili śmierci obcy wokół mnie stali,
patrzyli na meble, fortepian, kto co zabierze…”
Byłem zgrabnym chłopcem, na plaży stałem na rękach.
Stół i łoże… rozkoszne mięso chłonąłem.
Ostatnia szczypta morfiny, słodka udręka…
Dopadłem toalety, zanim odpłynąłem.”
Stół i łoże… rozkoszne mięso chłonąłem.
Ostatnia szczypta morfiny, słodka udręka…
Dopadłem toalety, zanim odpłynąłem.”
„Istniałem kiedyś. Ani w żywej pamięci,
ani w piśmie nie przetrwało me imię.
Wpadłem w przeszłość, wir mnie w otchłań wkręcił
w której kiedyś cały wszechświat zginie…”
ani w piśmie nie przetrwało me imię.
Wpadłem w przeszłość, wir mnie w otchłań wkręcił
w której kiedyś cały wszechświat zginie…”
Przełożył z języka węgierskiego Jerzy Snopek