Znak ryby
István Kovács
Jakby było symboliczne,
na metalowej płycie zlewozmywaka
biło cicho serce tej ryby
wśród wypatroszonych wnętrzności,
wyrwane z nich
wciąż biło przerażająco
w mojej dłoni, na linii życia,
zaś w koszu na śmieci
– wśród skrawków naszych paznokci
i pachnących szamponem włosów -
jego puls stał się już irytujący…
Bo człowiek szykuje się właśnie do Wigilii
i nie chce myśleć,
że ma z tym coś wspólnego.
na metalowej płycie zlewozmywaka
biło cicho serce tej ryby
wśród wypatroszonych wnętrzności,
wyrwane z nich
wciąż biło przerażająco
w mojej dłoni, na linii życia,
zaś w koszu na śmieci
– wśród skrawków naszych paznokci
i pachnących szamponem włosów -
jego puls stał się już irytujący…
Bo człowiek szykuje się właśnie do Wigilii
i nie chce myśleć,
że ma z tym coś wspólnego.
Przełożył Bohdan Zadura
Najbardziej nieszczęsne stworzenie
Na oślep iść w smutek głęboki
W trwodze
Bolesław Leśmian
Idź w mrok po senną strawę, zgłodniały tułaczu!
Cień każdy i mgła każda mogą ci się przydać…
Lecz co znaczy łza w oku, gdy nie słychać płaczu?
I co znaczy ten wszechświat, gdy Boga nie widać?
Cień każdy i mgła każda mogą ci się przydać…
Lecz co znaczy łza w oku, gdy nie słychać płaczu?
I co znaczy ten wszechświat, gdy Boga nie widać?
O, wszyscy, wszyscy przyjdźcie w trwodze i bezładzie!
Niech was będzie tak dużo, tak nieprzeliczenie,
Bym się duchem zagubił w waszych snów gromadzie
I bym nie mógł rozróżnić, gdzie wy, a gdzie cienie?
Niech was będzie tak dużo, tak nieprzeliczenie,
Bym się duchem zagubił w waszych snów gromadzie
I bym nie mógł rozróżnić, gdzie wy, a gdzie cienie?
Twarzy, zewsząd zjawionych jak najwięcej twarzy!
I dłoni – i tej widnej na przestrzał ulicy!…
Wszystko dzisiaj się skończy, nic się już nie zdarzy -
I nie ma już od dawna żadnej tajemnicy!…
I dłoni – i tej widnej na przestrzał ulicy!…
Wszystko dzisiaj się skończy, nic się już nie zdarzy -
I nie ma już od dawna żadnej tajemnicy!…
Trzeba zejść się gromadnie, byle nie odwlekać…
I pomówić o wszystkim… I przedsięwziąć kroki…
I odtąd nic już nie mieć i na nic nie czekać -
I co prędzej – na oślep iść w smutek głęboki…
I pomówić o wszystkim… I przedsięwziąć kroki…
I odtąd nic już nie mieć i na nic nie czekać -
I co prędzej – na oślep iść w smutek głęboki…
Żałoba samotności
Melancholia nad późnojesiennym jeziorem
Ingo Baumgartner
maleńkie wydmy
podobne są do drobnych fal
wiatry znad lądu
owiewają wodę jeziora
podobne są do drobnych fal
wiatry znad lądu
owiewają wodę jeziora
jesienna pustka
milczące odrętwienie
kołki od sieci rybackich
odbijają jego czerń
milczące odrętwienie
kołki od sieci rybackich
odbijają jego czerń
mroczne myśli
żałoba samotności
błękit jeziora barwą szarą
melancholia
żałoba samotności
błękit jeziora barwą szarą
melancholia
tylko mewa
życie wśród martwoty
okazuje zdziwienie
z powodu
mojego stanu
życie wśród martwoty
okazuje zdziwienie
z powodu
mojego stanu
Przełożyła kora-kora-kora
melancholie am spätherbstsee
Ingo Baumgartner
winzigen dünen
gleichen die wellchen
landwinde fächeln
seewasser auf
gleichen die wellchen
landwinde fächeln
seewasser auf
herbstliche leere
schweigende starre
fischernetzpflöcke
spiegeln ihr schwarz
schweigende starre
fischernetzpflöcke
spiegeln ihr schwarz
düstergedanken
einsamkeitstrauer
seeblau als grauton
melancholie
einsamkeitstrauer
seeblau als grauton
melancholie
nur eine möwe
leben im leblos
zeigt sich verwundert
ob meines sinns
leben im leblos
zeigt sich verwundert
ob meines sinns
***
Komentarz Kornelii: Ingo Baumgartner (1944-2015) był austriackim politykiem i poetą. Powyższy utwór napisał na dwa lata przed śmiercią. Wiersz jednoznacznie melancholijny, smutny. Późnojesienny, smętny, martwy, mroczny pozornie pozbawiony życia krajobraz jest odzwierciedleniem posępnego nastroju samotnego artysty.
błękit jeziora barwą szarą
Czyli melancholia jest tak mocna i i dławiąca, że nawet błękitne wody jeziora wydają się mieć barwę popiołu.
Mewa – jedyna oznaka życia – zdaje się nie rozumieć tego smutku człowieka. Ale to raczej depresyjny twórca nie pojmuje witalności dziarskiego ptaka i jej się dziwi. Widok mewy zapewne
przyprawia go o ból.
przyprawia go o ból.
Cóż, jak się w późnojesiennym przedzimowym krajobrazie, czuję dobrze, w każdym razie lepiej, niż latem. Lubię ciemność. O melancholię przyprawiają mnie raczej bożonarodzeniowe światła i cały ten wokółświąteczny zgiełk. Nie lubię, gdy otaczający mnie blask, słoneczny czy inny, tworzy bolesny kontrast do mojej czarnej, udręczonej psyche. Czekam na chmury, mgły i deszcz, dręczy mnie myśl o mrozie, słońcu i śniegu.
Zapewne ucieknę na Święta nad morze, ale nie wiem. Okropnie boli mnie głowa, i to raczej nie menstracyjnie czy migrenowo, ale przeziębieniowo. Ponadto Tatuś znów zapowiada swój rychły zgon. Ile to trzeba się nacierpieć przed śmiercią. A po niej może być jeszcze gorzej.
Kora bez sensu przecieka
Okropnie dziś ze mnie cieknie. Poplamiło się prześcieradło.
Mam pracę, na szczęście w domu. Siedzę przy komputerze na wygodnym biurowym fotelu, stukam w klawiaturę, a u dołu cieknie. Nie dokonałam hermetyzacji, więc swobodnie spływa. Oczywiście wszystko mnie boli. Nie do końca wiem, jak powinnam w tej godnej pożałowania sytuacji procedować. Zadzwonić, że nie wykonam pracy, i uciec do łóżka?
Pada markotny deszcz
Preludium
Thomas Stearns Eliot
Osiada zimowy zmierzch
Z woniami mięsa w pasażach
Szósta bije
Siwy dzień się kończy
A teraz markotny śnieg i deszcz
pada na strzępy gazet oraz liście
A teraz palce szarugi rącze
na połamanych kratach grają sonatę
Sonatę grają bijąc o kratę
I tylko wiatr im wtóruje
Na chybotliwych daszkach kominów
a w oddechu dorożkarskiego konia
Blask lamp tęczuje
Z woniami mięsa w pasażach
Szósta bije
Siwy dzień się kończy
A teraz markotny śnieg i deszcz
pada na strzępy gazet oraz liście
A teraz palce szarugi rącze
na połamanych kratach grają sonatę
Sonatę grają bijąc o kratę
I tylko wiatr im wtóruje
Na chybotliwych daszkach kominów
a w oddechu dorożkarskiego konia
Blask lamp tęczuje
Przełożył Józef Czechowicz
Martwe liście w zmroku
Pierwszy śnieg
Józef Czechowicz
W ogrodzie, w zmroku martwe liście gwarzą
jak łzy spadając z mokrych, czarnych drzew.
Kałuże w niebo patrzą ciemną twarzą,
wiatry śpiewają przedwieczorny śpiew.
Zmierzch zawiał ogród niby piasek sypki,
otchłannym chłodem wieją czarne drzwi,
na piętrze światło zrumieniło szybki.
Tam jest ubóstwo. I tam- dziecko śpi.
Kolebka stuka w takt za kołysanką,
biegun uderza cicho w stołu brzeg,
a ktoś garściami biel ciska w drzwi ganku -
zaczyna padać gęsty pierwszy śnieg.
jak łzy spadając z mokrych, czarnych drzew.
Kałuże w niebo patrzą ciemną twarzą,
wiatry śpiewają przedwieczorny śpiew.
Zmierzch zawiał ogród niby piasek sypki,
otchłannym chłodem wieją czarne drzwi,
na piętrze światło zrumieniło szybki.
Tam jest ubóstwo. I tam- dziecko śpi.
Kolebka stuka w takt za kołysanką,
biegun uderza cicho w stołu brzeg,
a ktoś garściami biel ciska w drzwi ganku -
zaczyna padać gęsty pierwszy śnieg.