Wzgórza
Ireneusz Iredyński
Wzgórza urosły nad twarzami zmarłych
dziś na nich kozły beczą
stojąc na dwóch nogach
sprawują opiekę nad ciałami młodych
którzy w uścisku
rzucają się prędko
I jeszcze więcej ziemi
wklepują
w oczodoły zmarłych
A nad wzgórzami
na czarnych welonach
latają matki
tych którzy umarli
i beczenie kozła
jak smuga przeszywa
ich ptasie kostki
obleczone w krepę
Wokół wzgórz spadają
rozpylone w sól czarną
co ich ciała zżarła
***
Komentarz Kornelii: Blog nadal jest i pozostanie zamknięty, pomyślałam tylko, że uwieńczyć powinien go utwór posępny i mroczny. Powyższy przygotowałam już do publikacji w ubiegłym roku, przepisałam z tomiku „Muzyka konkretna”, Kraków 1971. Widziałam w teatrze spektakle Ireneusza Iredyńskiego „Dziewczynki” i „Żegnaj, Judaszu” i bardzo mi się podobały. Wcześniej nie miałam wiedzy, że tworzył też tak dobre wiersze. Cóż, Iredyński…Poeta przemocy. Za młodu bity, jako dorosły brał odwet na innych. Swą przyjaciółkę Jadwigę Staniszkis też tłukł, aż najwidoczniej nieszczęsna niewiasta straciła równowagę umysłową i dlatego dziś plecie takie duby smalone…
Wiersz wspaniały, o przemijaniu, o szybkim zapomnieniu, które staje się udziałem umarłych. Rosną nad nimi wzgórza niepamięci. Młodzi, zagrzewani przez kozły lubieżności, rozmnażają się intensywnie, często dosłownie na grobach, a ta nieustana zmiana pokoleń wpycha tych, którzy odeszli, w jeszcze bardziej nieprzeniknioną ciemność zapomnienia.
Matki zmarłych, druzgotane przez rwącą rzekę czasu, są bezradne wobec przemijania. Mogą tylko lamentować żałośnie, dręczone przez rozpacz, „sól czarną”. Szybko same odchodzą i giną…
Dodam, że młodzi, teraz ściskający się tak gorąco, wkrótce też zostaną zmieleni przez bezlitosny młyn czasu, razem ze swoimi smartfonami, laptopami Niepojęty nonsens życia. A ja niczego nie pamiętam, zapomniałam siebie, moich zmarłych, pozostały tylko pustka, lęk i ciemność.
Niepamiętanie zwykle nie wzbudza lęku.
To były dzieci już 12-13-letnie, czyli takie, dla których „Sen nocy letniej” uważany jest za odpowiedni. Też byłam na tym przedstawieniu z klasą szkoły podstawowej, klasyczna inscenizacja. Matki popełniły ten sam błąd, co ja w sprawie „”Klątwy”. Kupiłam bilet na Wyspiańskiego, a one na Szekspira, nie sprawdzając, o co chodzi. Ten lupanar Mai Kleczewskiej nawet mi się podobał. Byłam też na spektaklu „Szczury” tej właśnie reżyserki. Wybitny aktor Michal Czachor chodził przybrany tylko w czarne pończochy, a ta część ciała, która służy mężczyznom do myślenia, zwisała mu aż do kolan. Na koniec wszyscy wśród entuzjastycznych wrzasków taplali się w pianie.
W poniedziałek ostatecznie zerwałam kontakt z osobą od trudnej relacji (o której opowiadałam Ci wielokrotnie przed paroma laty). Wiem, że się z tym uporam, ale trudne to.
Na temat relacji napisałam Ci już wcześniej wszystko, co mi przychodziło na myśl w tej materii. Wiesz, że ja nie czuję „miłości”. Mniemałam, że ten bezsensowny quasi-związek już dawno się zakończył, jako, że z wiekiem nabiera się rozumu. Moja DOBRA RADA, abyś znalazła sobie kogoś starszego, z ugruntowaną pozycją zawodową (i, dodaję teraz, w miarę możliwości bez progenitury) pozostaje w mocy.
Trudno opowiedzieć przedstawienie teatralne. O „Matsukaze” możesz przeczytać na stronie Teatru Wielkiego. Rzeczywiście osobliwa opowieść o dwóch siostrach-duchach, na motywach tradycyjnego teatru japońskiego – ale libretto po niemiecku. Japoński twórca muzyki wywodził, jak przeczytałam w programie, że zamierzał zwrócić uwagę na istnienie innego świata – świata duchów. Właściwie w to nie wierze, ale miły spektakl. Aktorki, grające siostry, musiały spędzić prawie pół godziny, zawieszone wysoko na linach, przy tym śpiewały i poruszały z gracją. Niesamowite
Teatr Wielki trochę mnie przytłacza. Nawet, jak siedzę w pierwszym rzędzie, od sceny oddziela orkiestra, nie mogę więc dojrzeć szczegółów i poczuć się uczestniczką akcji. Wszystkie aktorki „Matsukaze” tańczyły boso, widziałam ładne stopki, ale z powodu orkiestry były trochę za daleko