Archiwum bloga

czwartek, 14 grudnia 2017

Jak rozbitek na wyspie


I za cholerę żadnej taksówki

Brian Patten

Bez sensu tak nie wiedzieć, dokąd teraz pójść.
Ulice leżą na tobie jak jesienny płaszcz.
Niektóre domy to kumple, niektórych domów
Już się nie odwiedza.
Stare romanse czyhają w bramach, za oknami
Starzeją się kobiety. Zastój.
Odrzuciłeś morze zaproszeń,
Nie odbierałeś telefonów, odmawiałeś
Tym, którzy na ciebie liczyli.
Jak rozbitek na wyspie, którą sam wymyśliłeś,
Słałeś sygnały, pragnienia.
Wiesz, że dzisiaj chcesz pójść
Dokądkolwiek, ale co po takiej wiedzy?
Nie zabiorą cię tam pociągi,
Czerwone busy się nie zatrzymają,
I za cholerę żadnej taksówki.
Przełożył Jerzy Jarniewicz

Gdzie zaczyna się śmierć

Życie bez oczu
Ilse Tielsch
Moje oczy wpadły
do Tamizy
(tam gdzie jest wąsko
między weekendem a przystanią
gdzie zaczyna się śmierć)
Moje oczy wypadły mi
z rąk
ale nie
utonęły
mknęły
wśród haczyków
wędkarzy
pod postrzępionym
niebem
ku mostom
(tu były już
ślepe)
Moje oczy mknęły
wzdłuż
kadłuba statku
a krzyku kruków
jaki widziałam
nigdy już nie
zobaczę
bez łez
mkną moje oczy
przez morze
które jest zimne od zziębniętego
czoła
Przełożył Edward Białek

Kora wypełniona bólem

Sen
Nikos Chadzinikolau
Śniła mi się burza,
w której kalecy toczyli kule,
a dzieci biegały z nożem w zębach.
To nie sen,
skoro we mnie tyle trzasku.
Śniło mi się morze
granatowe jak pamięć.
Statki pływały odwrócone dnem,
marynarze przesiewali przez palce muł.
To nie sen,
skoro we mnie tyle bólu.
Śniły mi się drzewa
z owocami jak głowy
obmyte krwią.
W powietrzu chybotały korzenie.
To nie sen,
skoro we mnie szubienica.
***
Komentarz Kornelii: Wyjechałam jeszcze służbowo na cztery dni nad morze, stąd wiersz z marynarzami i statkami. Utwór z pewnością mocno posępny, pełen bólu i cierpienia, jednoznacznie mrocznych symboli i metafor. „Skoro we mnie szubienica” to być może aluzja do ostrej depresji albo samobójczych zamiarów. Tym niemniej gdyby ktoś miał to przeczytać, do czego nie zachęcam – wstawiam taką poezję, ponieważ lubię (masochistyczny umysł?)   Mam się dobrze, w granicach swoich możliwości. Strasznie się wczoraj zawiałam, doznałam stanów lękowych idę na plażę się orzeźwić wiatrem, potem mam pracę. Proszę cieszyć się życiem i się wierszami nie przejmować.    

Kory podroż ku potępieniu

W drodze do piekła
Oksana Zabużko
Jesteś ciałem, wciśniętym bokiem w napęczniałą walizę autobusu:
twarz akurat mieści się w czyimś bucie, od którego noga
gdzieś w przeciwległym kątku wypełnia zwolnioną rurkę przestrzeni
do spółki z damską parasolką; z tyłu do pośladków
mocno, na śmierć przyspawał się męski dół – i mimo ciasnoty
jakoś tam nawet się rusza; byłoby lepiej, gdyby tego nie robił,
bo jeśli, nie daj Boże, się spuści,
to zupełnie poplami mi spódnicę,
i kiedy rozewrą się zamki błyskawiczne klap, i powytrząsa nas,
to przede wszystkim trzeba mnie będzie zaprać.
Najgorsze jednak, że w tym tłoku już nie wiem,
czy myśli, które myślę, są naprawdę moje –
czy może przyszły spod tej potarganej peruki,
którą już od dwóch przystanków (dwóch lat czy dwóch żyć) usiłuję wypluć –
a to serce, przez które, myślałam, że cierpię,
bije na odwrocie krawatu, który zagiął mi się
na samym nosie. I wszystkie odczucia –
pojedyncze, zdeformowane – które przepływają przeze mnie,
należą do kogoś i jestem tylko publiczną toaletą złości i bezsilności.
O! – przychodzi mi do głowy. – Wiem, już wiem, gdzie jest wyjście:
chcę Golgoty, chcę krzyża – oto, gdzie można
rozprostować ręce-nogi, nie bojąc się, że się zaczepi
złoczyńcę z lewej albo złoczyńcę z prawej,
i wznieść oczy do nieba, i przypomnieć sobie własne imię!
Idiotko – odpowiada gdzieś przez mikrofon metalowy głos setnika –
najwygodniejsze krzyże rozdzielono jeszcze w zeszłym stuleciu, resztę zaś,
podzieliwszy na belki, pocięto na deski:
z jednego krzyża w ten sposób wychodzi prycza,
na której można położyć pokotem sześć osób,
a jeśli dwoma warstwami, to nawet dwanaście.
Boże, co się dzieje – chcę zmieszana wybąkać,
ale właśnie mój język ktoś podał do skasowania.
Przełożyła Aneta Kamińska
****
Komentarz Kornelii: Niezwykle gorzki i przygnębiający wiersz urodzonej w 1960 roku poetki z Ukrainy. Ale czy może być pogodny utwór, opowiadający o podróży do piekła? Oczywistym jest, że nie może. Jazda przedstawiona została niezwykle realistycznie – straszliwie zatłoczony autobus, kłębowisko ludzkich ciał. Wieziona ku potępieniu bohaterka jest molestowana seksualnie przez obleśnego pasażera i może nawet zostanie zaplamiona męskim płynem ustrojowym (a fu!)
 Trzeba będzie ją uprać, zanim stanie przed Ostatecznym Sędzią. Do fizycznej udręki dochodzi też psychiczna – skazana musi odbierać nieczyste, ohydne myśli innych potępieńców, staje się swego rodzaju zbiornikiem na swoje i cudze plugastwa, występki i grzechy.

I nie ma już żadnej nadziei – religia i Męka Pańska nie przyniosą ocalenia. Miejsca w raju zostały rozdane już dawno (przypuszczam, że po znajomości). Krzyże zmieniły się w prycze, miejsca wieloosobowej kaźni. Nie można nawet skarżyć się ani modlić, ponieważ język za chwilę zostanie przebity.
 Aj, coś okropnego! Ale utwór Oksany Zabużko oceniam bardzo wysoko. Wiersz rozpala moją wyobraźnię, może z uwagi na masochistyczny odcień mojej natury. Mieszkam teraz u rodziców, co oznacza pewne bezpieczeństwo, ale także konieczność dojazdu do pracy – prawie trzy godziny dziennie komunikacją publiczną. Zawsze się boję, że ktoś mnie w autobusie dotknie albo będzie próbował wykorzystać seksualnie. Spotykałam onanistów i ekshibicjonistów plażowych, autobusowych to jeszcze nie, ale kto wie, co przyniesie przyszłość?
W każdym razie łatwo mogę sobie wyobrazić, jak jadę beznadziejnie przepełnionym autobusem ku stacji INFERNO. Bilet w jedną stronę. Miażdżą mnie ludzkie ciała cuchnące potem i strachem. Skazańcy przeklinają, płaczą, złorzeczą i proszą o miłosierdzie, które nie będzie im dane. Jakiś lubieżny potępieniec zbił mnie z nóg i przycisnął do podłogi. Kilku innych przytrzymuje mnie w żelaznym uścisku. Zaciskam usta, ale po włosach i twarzy spływają mi gęste potoki lepkiej spermy o mocnym posmaku taniego tytoniu. Skazani na piekło płci męskiej chcą przed wieczną karą jeszcze zaznać rozkoszy. Na domiar złego menstruuję, ból mnie przeszywa na wskroś, a krew wciąż płynie i płynie, bulgocze, brzydko pachnie i zabarwia rajstopy. Autobus wlecze się i zgrzyta niemiłosiernie, ale w końcu dotrze do celu. O religii nawet nie myślę, nie oczekuję przebaczenia… Piecze język, przedziurawiony w kasowniku, jako znak piekielnej rejestracji. Aj, może to ułuda, może to tylko się śni…

Pozostaje nadzieja, że piekła nie ma.

Powinnam nieco poskromić moją masochistyczną naturę. Według niektórych teorii, marzenia, sny, fantasmagorie, po śmierci staną się rzeczywistością. Być może nasze zaświaty są uwarunkowane kulturowo. Podobno, jak świadczą tzw. doświadczenia z pogranicza śmierci, nowojorczyk podąża w zaświaty żółtą taksówką, a Hindus na grzebiecie słonia. Mam nadzieję, że sama sobie nie zgotuję tych autobusowych tortur – tym bardziej, iż, o ile fantazje mogą być miło przyjemne, o tyle ich realizowanie to całkowicie inna sprawa. Doświadczyłam tego na własnej skórze. To tylko boli i cuchnie.   

Miałam już nie pisać, tym niemniej znalazłam w księgarni internetowej przecenione tomiki poezji po 5 zł. Kupiłam co najmniej sześć. Serce mi się kraje, gdy pomyślę, jak mocno nad morzem przepłaciłam za wiersze. Może jeszcze zamieszczę kilka utworów w ramach mojego szlachetnego dzieła krzewienia poezji, ale niczego nie obiecuję.

I za cholerę żadnej taksówki

Brian Patten
Bez sensu tak nie wiedzieć, dokąd teraz pójść.
Ulice leżą na tobie jak jesienny płaszcz.
Niektóre domy to kumple, niektórych domów
Już się nie odwiedza.
Stare romanse czyhają w bramach, za oknami
Starzeją się kobiety. Zastój.
Odrzuciłeś morze zaproszeń,
Nie odbierałeś telefonów, odmawiałeś
Tym, którzy na ciebie liczyli.
Jak rozbitek na wyspie, którą sam wymyśliłeś,
Słałeś sygnały, pragnienia.
Wiesz, że dzisiaj chcesz pójść
Dokądkolwiek, ale co po takiej wiedzy?
Nie zabiorą cię tam pociągi,
Czerwone busy się nie zatrzymają,
I za cholerę żadnej taksówki.

Przełożył Jerzy Jarniewicz

Gdzie zaczyna się śmierć

Życie bez oczu
Ilse Tielsch
Moje oczy wpadły
do Tamizy
(tam gdzie jest wąsko
między weekendem a przystanią
gdzie zaczyna się śmierć)
Moje oczy wypadły mi
z rąk
ale nie
utonęły
mknęły
wśród haczyków
wędkarzy
pod postrzępionym
niebem
ku mostom
(tu były już
ślepe)
Moje oczy mknęły
wzdłuż
kadłuba statku
a krzyku kruków
jaki widziałam
nigdy już nie
zobaczę
bez łez
mkną moje oczy
przez morze
które jest zimne od zziębniętego
czoła
Przełożył Edward Białek

Kora wypełniona bólem

Sen
Nikos Chadzinikolau
Śniła mi się burza,
w której kalecy toczyli kule,
a dzieci biegały z nożem w zębach.
To nie sen,
skoro we mnie tyle trzasku.
Śniło mi się morze
granatowe jak pamięć.
Statki pływały odwrócone dnem,
marynarze przesiewali przez palce muł.
To nie sen,
skoro we mnie tyle bólu.
Śniły mi się drzewa
z owocami jak głowy
obmyte krwią.
W powietrzu chybotały korzenie.
To nie sen,
skoro we mnie szubienica.
***
Komentarz Kornelii: Wyjechałam jeszcze służbowo na cztery dni nad morze, stąd wiersz z marynarzami i statkami. Utwór z pewnością mocno posępny, pełen bólu i cierpienia, jednoznacznie mrocznych symboli i metafor. „Skoro we mnie szubienica” to być może aluzja do ostrej depresji albo samobójczych zamiarów. Tym niemniej gdyby ktoś miał to przeczytać, do czego nie zachęcam – wstawiam taką poezję, ponieważ lubię (masochistyczny umysł?)   Mam się dobrze, w granicach swoich możliwości. Strasznie się wczoraj zawiałam, doznałam stanów lękowych idę na plażę się orzeźwić wiatrem, potem mam pracę. Proszę cieszyć się życiem i się wierszami nie przejmować.    

Kory podroż ku potępieniu

W drodze do piekła

Oksana Zabużko

Jesteś ciałem, wciśniętym bokiem w napęczniałą walizę autobusu: twarz akurat mieści się w czyimś bucie, od którego noga gdzieś w przeciwległym kątku wypełnia zwolnioną rurkę przestrzeni do spółki z damską parasolką; z tyłu do pośladków mocno, na śmierć przyspawał się męski dół – i mimo ciasnoty jakoś tam nawet się rusza; byłoby lepiej, gdyby tego nie robił, bo jeśli, nie daj Boże, się spuści, to zupełnie poplami mi spódnicę, i kiedy rozewrą się zamki błyskawiczne klap, i powytrząsa nas, to przede wszystkim trzeba mnie będzie zaprać. Najgorsze jednak, że w tym tłoku już nie wiem, czy myśli, które myślę, są naprawdę moje – czy może przyszły spod tej potarganej peruki, którą już od dwóch przystanków (dwóch lat czy dwóch żyć) usiłuję wypluć – a to serce, przez które, myślałam, że cierpię, bije na odwrocie krawatu, który zagiął mi się na samym nosie. I wszystkie odczucia – pojedyncze, zdeformowane – które przepływają przeze mnie, należą do kogoś i jestem tylko publiczną toaletą złości i bezsilności. O! – przychodzi mi do głowy. – Wiem, już wiem, gdzie jest wyjście: chcę Golgoty, chcę krzyża – oto, gdzie można rozprostować ręce-nogi, nie bojąc się, że się zaczepi złoczyńcę z lewej albo złoczyńcę z prawej, i wznieść oczy do nieba, i przypomnieć sobie własne imię!
Idiotko – odpowiada gdzieś przez mikrofon metalowy głos setnika – najwygodniejsze krzyże rozdzielono jeszcze w zeszłym stuleciu, resztę zaś, podzieliwszy na belki, pocięto na deski: z jednego krzyża w ten sposób wychodzi prycza, na której można położyć pokotem sześć osób, a jeśli dwoma warstwami, to nawet dwanaście.
Boże, co się dzieje – chcę zmieszana wybąkać, ale właśnie mój język ktoś podał do skasowania.
Przełożyła Aneta Kamińska
****
Komentarz Kornelii: Niezwykle gorzki i przygnębiający wiersz urodzonej w 1960 roku poetki z Ukrainy. Ale czy może być pogodny utwór, opowiadający o podróży do piekła? Oczywistym jest, że nie może. Jazda przedstawiona została niezwykle realistycznie – straszliwie zatłoczony autobus, kłębowisko ludzkich ciał. Wieziona ku potępieniu bohaterka jest molestowana seksualnie przez obleśnego pasażera i może nawet zostanie zaplamiona męskim płynem ustrojowym (a fu!)
 Trzeba będzie ją uprać, zanim stanie przed Ostatecznym Sędzią. Do fizycznej udręki dochodzi też psychiczna – skazana musi odbierać nieczyste, ohydne myśli innych potępieńców, staje się swego rodzaju zbiornikiem na swoje i cudze plugastwa, występki i grzechy.

I nie ma już żadnej nadziei – religia i Męka Pańska nie przyniosą ocalenia. Miejsca w raju zostały rozdane już dawno (przypuszczam, że po znajomości). Krzyże zmieniły się w prycze, miejsca wieloosobowej kaźni. Nie można nawet skarżyć się ani modlić, ponieważ język za chwilę zostanie przebity.
 Aj, coś okropnego! Ale utwór Oksany Zabużko oceniam bardzo wysoko. Wiersz rozpala moją wyobraźnię, może z uwagi na masochistyczny odcień mojej natury. Mieszkam teraz u rodziców, co oznacza pewne bezpieczeństwo, ale także konieczność dojazdu do pracy – prawie trzy godziny dziennie komunikacją publiczną. Zawsze się boję, że ktoś mnie w autobusie dotknie albo będzie próbował wykorzystać seksualnie. Spotykałam onanistów i ekshibicjonistów plażowych, autobusowych to jeszcze nie, ale kto wie, co przyniesie przyszłość?
W każdym razie łatwo mogę sobie wyobrazić, jak jadę beznadziejnie przepełnionym autobusem ku stacji INFERNO. Bilet w jedną stronę. Miażdżą mnie ludzkie ciała cuchnące potem i strachem. Skazańcy przeklinają, płaczą, złorzeczą i proszą o miłosierdzie, które nie będzie im dane. Jakiś lubieżny potępieniec zbił mnie z nóg i przycisnął do podłogi. Kilku innych przytrzymuje mnie w żelaznym uścisku. Zaciskam usta, ale po włosach i twarzy spływają mi gęste potoki lepkiej spermy o mocnym posmaku taniego tytoniu. Skazani na piekło płci męskiej chcą przed wieczną karą jeszcze zaznać rozkoszy. Na domiar złego menstruuję, ból mnie przeszywa na wskroś, a krew wciąż płynie i płynie, bulgocze, brzydko pachnie i zabarwia rajstopy. Autobus wlecze się i zgrzyta niemiłosiernie, ale w końcu dotrze do celu. O religii nawet nie myślę, nie oczekuję przebaczenia… Piecze język, przedziurawiony w kasowniku, jako znak piekielnej rejestracji. Aj, może to ułuda, może to tylko się śni…
 Pozostaje nadzieja, że piekła nie ma.
Powinnam nieco poskromić moją masochistyczną naturę. Według niektórych teorii, marzenia, sny, fantasmagorie, po śmierci staną się rzeczywistością. Być może nasze zaświaty są uwarunkowane kulturowo. Podobno, jak świadczą tzw. doświadczenia z pogranicza śmierci, nowojorczyk podąża w zaświaty żółtą taksówką, a Hindus na grzebiecie słonia. Mam nadzieję, że sama sobie nie zgotuję tych autobusowych tortur – tym bardziej, iż, o ile fantazje mogą być miło przyjemne, o tyle ich realizowanie to całkowicie inna sprawa. Doświadczyłam tego na własnej skórze. To tylko boli i cuchnie.   
Miałam już nie pisać, tym niemniej znalazłam w księgarni internetowej przecenione tomiki poezji po 5 zł. Kupiłam co najmniej sześć. Serce mi się kraje, gdy pomyślę, jak mocno nad morzem przepłaciłam za wiersze. Może jeszcze zamieszczę kilka utworów w ramach mojego szlachetnego dzieła krzewienia poezji, ale niczego nie obiecuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...