Wieczór
Poniedziałek pełen chmur. Bez
słońca czułam się lepiej. Pragnę być płanetniczką jadącą na czarnym
obłoku lub szamanką zaklinającą deszcz.
Wieczorem czytałam Dziennik Sylvii Plath. W sierpniu 1950 roku młodziutka poetka napisała: „Nic nie jest prawdziwe oprócz teraźniejszości, a ja już czuję przytłaczającą mnie masę stuleci. Jakaś dziewczyna, sto lat temu, żyła kiedyś tak jak ja. Jest martwa. Jestem teraźniejszością, ale wiem, że też przeminę.”
Cykl płynnego absurdu trwa. Znowu mam okres. Nie będę więcej o tym pisała. Powiem tylko, że w moim podbrzuszu jakby rozkołysał się dzwon, a każde jego uderzenie niemal wyrzuca mnie w powietrze. Kto wie, może jutro odrzucę pancerz rozsądku i napiszę na lustrze firmowej łazienki antykorporacyjne hasło własną krwią.
Noc zapada nad miastem. Mam wrażenie, że dobrym zakończeniem tego dnia będzie ten krótki utwór Iana Hamiltona.
Wiersz
Ach, słuchaj teraz
gdy każdy oddech bardziej powściągliwy, bardziej uprzejmy,
bliższy śmierci.
Śpij dalej
i niech te słowa
ledwie cię dobiegną, to taki próbny alarm,
nie pozwól się obudzić.
Wieczorem czytałam Dziennik Sylvii Plath. W sierpniu 1950 roku młodziutka poetka napisała: „Nic nie jest prawdziwe oprócz teraźniejszości, a ja już czuję przytłaczającą mnie masę stuleci. Jakaś dziewczyna, sto lat temu, żyła kiedyś tak jak ja. Jest martwa. Jestem teraźniejszością, ale wiem, że też przeminę.”
Cykl płynnego absurdu trwa. Znowu mam okres. Nie będę więcej o tym pisała. Powiem tylko, że w moim podbrzuszu jakby rozkołysał się dzwon, a każde jego uderzenie niemal wyrzuca mnie w powietrze. Kto wie, może jutro odrzucę pancerz rozsądku i napiszę na lustrze firmowej łazienki antykorporacyjne hasło własną krwią.
Noc zapada nad miastem. Mam wrażenie, że dobrym zakończeniem tego dnia będzie ten krótki utwór Iana Hamiltona.
Wiersz
Ach, słuchaj teraz
gdy każdy oddech bardziej powściągliwy, bardziej uprzejmy,
bliższy śmierci.
Śpij dalej
i niech te słowa
ledwie cię dobiegną, to taki próbny alarm,
nie pozwól się obudzić.
Jak zostałam zdeflorowana VI
Zamiast zasłonić oczy kołdrą nadal patrzyłam na Sebastiana jak mysz sparaliżowana wzrokiem żmii. Mój deflorator prężył się z bezgranicznym zadowoleniem. Próbowałam przemyślnie zwalczyć przenikającą mnie na wskroś abominację, wspominając te oto słowa z Pieśni nad Pieśniami:
Ręce jego jako pierścienie złote, osadzone drogim kamieniem, hiacyntem; brzuch jego jako glanc kości słoniowej, safirem osadzonej;
Golenie jego jako słupy marmurowe, postawione na podstawkach złota wybornego; oblicze jego jako Liban, wyborne jako cedry;
Usta jego nader słodkie, a wszystek jest pożądany.
Niestety, nie doznałam ulgi. Mój śmiałek kojarzył mi się raczej z jaskiniowym małpoludem lub automatyczną zgniatarką do śmieci.
Na skutek własnej wysoce nagannej nierozwagi to ja miałam zostać zgnieciona.
Sebastian wychrypiał okrzyk samczego triumfu, zerwał ze mnie kołdrę i przystąpił do dzieła. Spadł na mnie jak sęp na konające jagnię. Poczułam się zmiażdżona, sprasowana i pozbawiona oddechu. Odrzuciłam głowę lekko do tyłu i z całej siły zacisnęłam powieki. „Wesprzyj się na rękach, nie leż na mnie!” – te słowa padły tylko w mojej imaginacji, nie potrafiłam otworzyć spieczonych ust, które zamknęły się jak zaszyte. Rozchyliłam nogi na tyle, na ile uznałam za konieczne, lecz mojemu ułanowi to nie wystarczyło. Rozsunął moje nogi właściwie przemocą, zdało mi się, że rozrywają się ścięgna, trzeszczą i pękają stawy, ale leżałam w ciszy, oddychając bardzo spokojnie.
Sebastian całował mnie, zapewne w ramach predefloracyjnej gry wstępnej. Równie dobrze mógłby nawilżać ustami bryłę lodu. Obfite owłosienie „partnera” drapało moją delikatną, bladą skórę, jak druciana szczotka. Zapach, który wypełnił mi płuca, wymyka się wszelkim opisom. Wydawało mi się, że spadło na mnie gigantyczne truchło rozkładającej się wiewiórki. Jak koszmarny deszcz spadały na mnie kropelki męskiej śliny.
Gratulowałam sobie żelu nawilżającego, bowiem w źródle mojej dziewczęcości byłam naturalnie sucha jak piaski Takla Makan. A może nie do końca naturalnie sucha, bowiem zapewne rzeki słonego potu spływające z podbrzusza i ud delikatne wejście nawilżyły. Nie mogę tego obecnie powiedzieć z całą pewnością.
I wtedy przeszył mnie rozbłysk bólu, ogarnął płomień potępieńczej udręki, bowiem karykaturalny organ seksualny Sebastiana przystąpił do penetracji. Ból pochłonął mnie i ogarnął jak gorący wir. Instynktownie naprężyłam się aż po koniuszki stóp, stałam się spięta, twarda jak lita skała. Mięśnie po wewnętrznej stronie moich ud stworzyły zaporę nie do pokonania, ścianki pochwy połączyły się jak zespawane. Do dziś nie wątpię, że gdyby ktoś próbował wtedy wbijać mi w nogi ostre gwoździe, trud jego okazałby się daremny.
Mój mocarny junak wyczuł, że dzieje się coś niezwykłego. Wykrzywił twarz jaskrawoczerwoną jak świeży befsztyk, zrozumiał, że dziś nie osiągnie celu.
Zasyczał w sposób odrażający i wulgarny: „Co jest do k… nędzy?”
Uniósł rękę, byłam pewna, że mnie uderzy.
Wtedy rozświetliły mój czarny od trwogi i szoku umysł słowa z noweli Alberto Moravii:
„ROZCHYL NOGI, NIECH ROBI, CO CHCE”.
Uświadomiłam sobie, że sama zaaranżowałam dziejącą się właśnie defloracyjną tragifarsę, że przede
mną granicę tę przechodziły, nie zawsze z własnej woli, miliony dziewcząt. Dziewictwo straciły niosące pochodnie geniuszu Sylvia Plath i Anne Sexton. Kim jest jakaś tam Kornelia, korporacyjna nicość, aby czuć się od nich lepsza?
Przez cały ten absurdalny moment, który powinien stać się erupcją jeśli nie ekstazy, to przynajmniej gorących emocji, myślałam z charakterystyczną dla siebie zimnośnieżną racjonalnością.
Rozluźniłam się, odprężyłam, uspokoiłam nieco z fatalistyczną rezygnacją.
To Sebastianowi wystarczyło. Nagle całym moim jestestwem targnął paroksyzm udręki, wiertło utorowało sobie drogę, delikatne tkanki zostały rozerwane przez dłuto z diamentu i tytanu. Hymen zmienił się w krwawe strzępy, poddawaną torturom pochwę grillowały rozżarzone węgle, macicę wypełnił stężony kwas siarkowy. Pokój wypełnił się dymem i swędem spalonego mięsa.
To ostatnie wrażenia okazały się tylko wytworem mojego udręczonego mózgu, ale niewypowiedziany ból był prawdziwy. Fala cierpienia nadchodziła za falą, bowiem ogarnięty szałem Sebastian podnosił się i opadał jak stutonowy młot. Pod powiekami pojawiły mi się krwawe kręgi. Mimo złożonej sobie solennej obietnicy nie mogłam już pozostać cicha. Przez półotwarte usta kwiliłam jak zraniony ptak spadający spod chmur na suche pole. Dziś zastanawiam się, czy nie były to raczej odgłosy przypominające kwakanie zdychającej kaczki. Może kiedy „po tamtej stronie” ustawią ekrany i gdy zobaczę siebie w tym momencie upadku i hańby, powyższa kwestia zostanie wyjaśniona.
Potem wydawałam coraz głośniejsze okrzyki. Kurczyłam i prostowałam palce u nóg na świadectwo swej bezsilności. Wbiłam paznokcie w plecy Sebastiana, powodowana próżną nadzieję, że pod wpływem bólu przestanie. Ale zaraz opuściłam ramiona. Nie chciałam, by deflorator chlubił się później tymi krwawymi znakami mojego niewczesnego oporu. Moje ręce bezradnie wczepiły się w prześcieradło i ściskały je raz za razem.
Po policzkach upodlonej Kornelii spływały perliste łzy. Wydawało mi się, że szturmujący z furią penis rozerwie mi powłokę macicy i wypchnie wnętrzności przez usta.
Nagle ból nieco zelżał – groteskowy męski organ seksualny utorował sobie drogę, poszerzył wąskie przejście i przetarł dziewiczy szlak. Zmusiłam się do ciszy, oddychałam tylko pośpiesznie, wciąż gnieciona i uciskana. Stawy bezlitośnie rozszerzonych nóg słały obłoki cierpienia. Ogarnął mnie czerwonooki lęk, że popękały mi żebra, zaś łóżko już jest pełne strzępów hymenu i krwi. Dźwięki techno jak igły wbijały się w moje skronie. CDN…