Archiwum bloga

środa, 13 grudnia 2017


Nadmorska samoudręka


Oddawałam się lekturze dzieła „O niedogodności narodzin” Emila Ciorana. W najwyższym skupieniu rozważałam w sercu następującą myśl filozofa mroku: „Jeśli przeznaczona ci jest samoudręka, nic ci w tym nie przeszkodzi: drobnostka będzie tu motywem równie dobrym, jak duże zmartwienie. Pogódź się z tym, że będziesz się gryzł przy każdej okazji; taki twój los”.
Z pewnością takie jest również moje wielołzawe przeznaczenie. Wciąż jestem nad morzem. Nie mam pełnego urlopu, przysyłają mi pracę z korporacji. Te obowiązki zajmują mi jakieś trzy dni w tygodniu po kilka godzin. Cieszę się, że mam zajęcie – mogę zarobić na pobyt, a także zapełnić czas, zagłuszyć absurd mojej paranoidalnej egzystencji.
Niemal każdy świt przynosi ze sobą falę lęku, drżę pod kołdrą jak brzoza w wichurze. Wcześniej, gdy niekiedy miałam jeszcze w łóżku towarzysza lub towarzyszkę, przywierałam w takiej sytuacji do drugiej osoby z całej siły, wzmocnionej przez strach. Reakcja zazwyczaj nie była przyjazna: „Dlaczego znowu się mnie trzymasz jak koła ratunkowego?!”
Z taką dominującą Bellą umówiłam się przed laty, że będzie mogła wysmagać mnie bezlitośnie trzcinką, napoić złotym deszczem, z umiejętnego serwisu oralnego Kornelii korzystać do woli. W zamian kładła się na mnie, gdy leżałam na wznak. Obejmowałam ją rękami i nogami jak mogłam najmocniej, trzęsłam się ogarnięta grozą, targały mną spazmy.
Pomogło? Jeśli tak, to w niedostrzegalnym stopniu. Mieszkałam z Bellą tylko trzy tygodnie, potem wstałam i wyszłam niemal bez słowa.  Ogólnie kobiet boję się nieco mniej niż mężczyzn.

Może powinnam sprawić sobie wielkiego pluszowego misia i do niego, przepojona rozpaczą, się przyklejać?
Albo wreszcie wziąć lekarstwa? W pobliżu mojego miejsca zamieszkania jest wielka klinika leczenia lęku. Dlaczego nie korzystam z okazji?
Kiedy oderwę się od łóżka, jest już lepiej. Może kiedy spaceruję w kolorowej, letniej sukience, oryginalnym, wielkim kapeluszu, wyglądam nawet na szczęśliwą. Lęk tłumię chłodnym, białym winem w plażowym barze, albo na tarasie restauracji. Gdyby nie konieczność świadczenia pracy, chodziłabym nieustannie zawiana.
Pokryta zbroją kosztownego kremu, próbowałam nawet się plażować. Piasek natychmiast niesfornie powciskał się w miejsca, o których skromność nie pozwala mi pisać. Mogę więc spędzać czas nie tylko na intensywnej depilacji i pokrywaniu delikatnej skóry kremem,  ale także na mocno uciążliwym procesie odpiaszczania..
Patrzę na błękitnozielone morze, szczęśliwych ludzi, śmiejących się za barwnymi płachtami parawanów, żeglujące do portów statki. Ale na horyzoncie zamiast nieba widzę trupiobiałą ścianę, a na niej ogromny, smolistoczarny napis: „KIEDY SIĘ TO WSZYSTKO WRESZCIE SKOŃCZY?”

5 myśli nt. „Nadmorska samoudręka”

  1. Na ostatnie pytanie można odpowiedzieć, że jest bardzo możliwe, że NIGDY. A to z prostego powodu, coś co nie ma początku, samo z siebie się nie skończy. Jednak gdy jest TO uwarunkowane pewnymi czynnikami, TO MOŻE SIĘ SKOŃCZYĆ, poprzez wyeliminowanie tych czynników.
    Dla większości zatem TO nigdy się nie skończy, gdyż ludzie najpierw musieliby zobaczyć, że TO zasadniczo jest bolesne, a przecież jak zauważa Pessoa, szczęście ludzi jest szczęściem tych, którzy nie wiedzą jak bardzo się nieszczęśliwi; i większość ludzkich wysiłków. polega na tym by nie zobaczyć, że TO jest bolesne.
    Natomiast, sam fakt, że się już co nieco widzi, o niczym jeszcze nie świadczy, gdyż dużo łatwiej uchwycić się złudzenia, iż śmierć ciała rozwiąże nasze problemy. W taki przypadku można polecić uważną obserwację ciała, i traktowanie go jako obiektu takiego jak inne „zewnętrzne” rzeczy. Taka kontemplacja sama w sobie jest użyteczna, a już z pewnością po jakimś czasie jej wykonywania, fałszywy optymizm związany z nadziejami pokładanymi w śmierć ciała powinien nas opuścić. :)
    • Prowadzisz swoje rozważania na bardzo wysokim poziomie abstrakcji, a ja, i tak znikająca w pustce, nie mogę się koncentrować w tym potwornym upale i nie jestem zdolna do procesów myślowych. Odpowiem teraz tylko tyle, że zapewne tylko garstka osób na świecie jest zdolna do tak intensywnej kontemplacji, aby oderwać się od ciała. Nigdy mi się to nie udawało. Usiłuję się chronić, eliminując wszelkie myślenie, tworząc stan uczuciowej i personalnej nicości.
      • Co do intensywności kontemplacji, to nie do końca tak. Owszem, są mistycy czy wielcy kontemplatycy, którzy osiągają takie skupienie, że ciało znika z ich doświadczenia.
        Ale na początku to nie jest konieczne, co ważne to ustalenie właściwego poglądu, że się nie jest ciałem, i że jest ono tylko obiektem świadomości. I trzymanie się tego, oraz kiedy tylko jest możliwość, obserwowania ciała.
        I tu jak w większości dziedzin, nic nie przychodzi samo, i liczy się systematyczny trening. Twoje narzekanie, że jak dotąd nie udało się oderwać od ciała trochę przypomina narzekania początkującego szachisty, że jak dotąd nie udało mu się wygrać z żadnym mistrzem. Z mistrzem jak najbardziej można wygrać, ale ta umiejętność wymaga od nas wysiłku i treningu.
        Eliminowanie myślenia o ile już ustaliliśmy podstawowy fakt, że nie jesteśmy ciałem, jest jak najbardziej w porządku, no ale przecież do obserwowania ciała, żadne myślenie nie jest potrzebne. :)
        Większość naszych problemów wynika z identyfikacji z ciałem. Z poczucia „bycia w świecie”. Nie wiem czy miałaś kiedyś doświadczenie bardzo nieprzyjemnego snu, i ogromną ulgę, gdy nagle sobie uświadomiłaś, że twoja trwoga jest nieuzasadniona, bo to tylko sen. Takie intuicje mogą dość szybko się pojawić wraz z tą praktyką, nie trzeba do tego być joginem medytującym w górskiej jaskini :)
  2. Większość ludzi może pozwolić sobie tylko na krótki urlop, albo w ogóle nie wyjeżdża, a Ty siedzisz całe lato nad morzem, sączysz wino, lansujesz się w kapeluszu i wydaje Ci się, że cierpisz. Naprawdę potrzebne Ci solidne lanie, po którym się obudzisz i zrozumiesz, czym jest prawdziwe życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...