Post czyli próbna endura
Przez
pewien czas oddawałam się lekturze Dzienników Sylvii Plath. Niektóre
fragmenty wzniecały we mnie perwersyjną radość i bolesnomasochistyczną
aprobatę.
„Kiedy
twarz Boga znika, a słońce świeci blado spoza nędznych woali zimnej
mgły, wymiotuje na szare bezbarwne bezbarwności przedpiekla i szuka tych
czerwonych płomieni i dymiących węży, co pożerają kończyny
potępionych”.
Też
czułam codziennoporanną potrzebę wymiotów, którą intensyfikuje
rozpalone październikowe słońce. Kiedy nadpłyną na ratunek Kornelii masy
chmur z atlantyckich niżów? W chlorobłękitnym świetle najbliższej z
gwiazd jestem cierpiąca i bezbronna jak królik na wiwisekcyjnym stole.
Pomyślnie
przespałam wiele weekendowych godzin, a nawet byłam aktywna, ponieważ
„cudna złota jesień” (horror!!) zmusiła mnie do przejażdżki na rowerze.
Stary bicykl podskakiwał ze zgrzytem na sosnowych korzeniach i urwistych
ścieżkach. Przy wstrząsach w każde włókno moich mięśni wbijały się
rozpalone kolce. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już za chwilę
rozerwą się zawieszenia macicy i ten surrealistyczny atrybut kobiecości
po prostu ze mnie wypłynie, rozniosą go łasice i kuny.
Wróciłam
mokra od wysiłku i wysokoprężnej transpiracji. Musiałam zrzucić z
siebie dosłownie wszystko i się umyć. Stos ubrań spragnionych pralkowego
katharsis piętrzył się w sposób wręcz przerażający. Spojrzałam na
siebie w lustrze, nagą, zlaną potem, poobijaną, potarganą i żałosną. Nie
mogłam wszakże oprzeć się pokusie narcystycznego kontemplowania stopek,
kolan i wąskich bioder. Wyglądam z nimi bosko androgynicznie. Twarz
wszakże mam kobiecą.
Zastanawiałam
się, czy nie ćwiczyć się w umieraniu, pora dnia była wszakże wczesna.
Doszłam więc do wniosku, że urządzę sobie próbną endurę.
Decyzja przyszła mi tym łatwiej, iż w lodówce mam tylko przeterminowany
jogurt i kostkę żółtego sera, pokrytą zielonkowożółtym mchem znakomicie
prosperującego grzyba pleśniaka.
Endura
to śmiertelny post, któremu niekiedy poddawali się manichejscy katarzy w
Langwedocji – zazwyczaj wtedy, gdy w ciężkiej chorobie przyjęli consolamentum, czyli pocieszenie, katarski sakrament zapewniający aniołom zamkniętym w ciałach powrót do nieba. Endura miała
sprawić, że chorzy i cierpiący nie wrócą już do świata nieczystej
materii i nie utracą sakramentu. Niekiedy podejmujący się enduryprzyjmowali
tylko osłodzoną wodę, co bardziej zdeterminowani unicestwiali się
postem absolutnym. Nie wszyscy wytrwali do końca, ale niektórym się
udało.
Wiedziałam, że nie wytrzymam bez wody, zatem przyjęłam łagodniejszy wariant. Otuchy dodawał mi fakt, że nie tylko oszczędzę na jedzeniu, ale próbna endura zmniejszy liczbę kłopotliwych wizyt w toalecie. Aczkolwiek jeśli opiję się wody,
nastąpi fenomen wręcz odwrotny. Przezornie wypiłam zatem tylko szklankę, i to bez cukru, którego zresztą nie mam w domu.
Ubrałam piżamę, założyłam skarpety, włączyłam nastrojową płytę z Requiem Jeana Gillesa, mocno przytłumiłam światła i wsunęłam się pod kołdrę. To nie miał być tanatyczny trening świadomości, lecz endura. Nie
przyjęłam zatem pozycji embrionalnej, lecz spoczywałam na wznak. Nie
tłumiłam strumienia świadomości, lecz starałam wprowadzić się w stan
lunatycznego pół-snu, aby czas szybciej płynął. Wyobrażałam sobie, że
jestem młodą Esklarmondą Clergue z Montaillou, która, złożona ciężką
chorobą, odeszła po endurze trwającej niespełna dwa dni. Wprowadzałam się w nastrój, wyświetlając w umyśle japońskie wiersze o śmierci.
Masumi Kato (1726-1796)
Droga do raju
wyścielona jest jasnymi
płatkami śliwy
Namagusai Tazukuri (1786-1858)
Jesienna wierzba
wspomina
swoją wspaniałość
Nandai (1786-1817)
Tylko śmierć zna spokój
Życie jest
jak rozpuszczający się śnieg
**
Udało
mi się wyrwać poza rzekę czasu i płynnym lotem przekroczyć rubież
nocnego snu. Nie czułam głodu ani pragnienia. Tylko mięśnie poszkodowane
podczas rowerowej wyprawy sygnalizowały jednoznaczne niezadowolenie.
Niestety,
raz tylko musiałam wstać, aczkolwiek w pewnej chwili poczułam niezłomną
gotowość, aby zostać w łóżku, doprowadzając do wilgotnego kataklizmu.
Następnym razem może zdecyduję się na skorzystanie z pampersa.
Z
tafli turkusowego jeziora snu wyrywałam się na powierzchnię tylko
niekiedy, rzadko, jak nurek. W jednym z takich momentów zmotywowałam się
dodatkowo przy pomocy następującego utworu:
Henri Michaux
Zabierzcie mnie
Zabierzcie mnie w karaweli,
W starej i spokojnej karaweli,
Na tramie albo może w pianie
I zgubcie mnie w oddali, w oddali.
W kolasie z dawnych czasów.
W zwodniczym aksamicie śniegu.
W ziajaniu zgrai psów.
W anemicznym stadzie zeschłych liści.
Zabierzcie mnie, nie łamiąc, wśród pocałunków,
W piersiach, które się wznoszą i oddychają.
Na kobiercach dłoni z ich uśmiechem,
W korytarzach długich kości, w załomach stawów.
Zabierzcie mnie albo raczej pogrzebcie mnie.
tłum. Julian Rogoziński
**
Spałam
niemal spokojnie, ukąszenia koszmarów nie były bardziej dotkliwe, niż
zwykle. Rano wstałam jak martwa, bladosina mara. Nie czułam głodu po
18-godzinnym poście. Nie śniadałam, wypiłam tylko herbatę z jaśminu. Endurę utrzymałam wszakże krótko, do
wczesnych godzin dzisiejszego popołudnia. Głód bowiem w końcu wyjrzał z
ciemności i zaburzał mi koncentrację. A korporacyjna niewolnica powinna
przecież pracować wytrwale i wydajnie, czyż nie?
Tak lekko –
Halina Poświatowska
tak lekko
ubyć z zapachu
z barwy
po prostu
pod głowę ramię
i zasnąć
wiatr nie obudzi
pszczoła
ciemnymi skrzydłami nie ugłaszcze
ziemi
oddać siebie
tak bardzo
że już niczym nie zostać
i nigdzie
Pozdrawiam.