Wczoraj
wieczorem znów czytałam dzienniki Sylvii Plath. Ach, co stałoby się z
tą najjaśniejszą gwiazdą poezji, gdyby nie spotkała tego niemoralnego
grafomana Teda Hughesa, który wpędzał kobiety w mrok cmentarnego dołu i
zestarzał się w rozpuście??
Ale
Sylvia, jak sama pisała, chciała mieć geniusza, świetlistego barda, a
nie księgowego nudziarza. Może niekiedy nudziarz lepszy jest od
narcystycznego gwiazdora intelektu?
Owiana
mroczną legendą samobójczyni nie rozczarowała mnie nigdy. Następujący
fragment, wybornie pasujący do Zaduszek, wzbudził w mojej nieuleczalnie
chorej psyche iluminację tanatofilnego zachwytu:
„W
nocy koszmar…Chodziłam po cmentarzu, wyciągałam liną nagrobki: trupy na
wózkach, gnijące, ich twarze zniekształcone i pokryte plamami. Mimo to
trupy były ubrane w płaszcze, kapelusze itd. Wepchnięto nas pomiędzy te
wózki i nagle groza: trupy zaczęły się ruszać. Jeden z nich, cały
przegniły, uśmiechał się szeroko na wózku popychanym przez innego,
równie obrzydliwego. Potem bryła ludzkiego mięsa, pozostałości karła, z
powbijanymi czarnymi goździkami albo gwoździami, miał jedynie rękę,
którą wystawiał po jałmużnę. Obudziłam się, krzycząc: koszmar martwych i
zniekształconych żywych ludzi, jak my, jak ja, w zgniliźnie toczonego
robactwem ciała”.
**
Ja
też mam swoje trupy, powstające w hiacyntowym mroku nocy. Ale
potrafiłam je wepchnąć z powrotem do butwiejących trumien – uczyniła to
właściwie moja psychika za pomocą mechanizmu wyparcia potężnego jak
zimowa burza. Proces miał siłę nuklearnej eksplozji i wyczyścił tablicę
osobowości niemalże do czysta. Muszę więc niekiedy z syzyfowym wysiłkiem
przypominać sobie, kim jestem, jak mam na imię, ile zim już przeżyłam w
dolinie wieczystej rozpaczy. Nie mogę uwierzyć, że tak długo kołaczę
się na tym wielołzawym świecie, ponieważ nie pamiętam już nic.
Czasem zdarza mi się zmylić drogę w miejscu, które dobrze znam.
Zastanawiam się, jaki mamy dzień tygodnia, a pory roku rozpoznaję po liśiach.
Ale
koszmary zostały stłumione, a zmory przegnane. Rzadko przebijają się
przez tytanowy mur chroniący jak niezłomny puklerz moją pokaleczoną
duszę. Zniknęły nocne majaki pełne kostnic, uciętych głów, zaciśniętych z
całej siły oczu i topolowych trumien.
Te
inwazje strzyg i demonów, które jeszcze są moim udziałem, potrafię
wytrzymać. Zazwyczaj natychmiast po przetarciu oczu wymazuję je z
pamięci, zapominam jeszcze przed toaletową depresyjną celebracją.
Dzisiejszy sen wszakże potrafię odtworzyć:
Moje
miasto zdobyli bojownicy wrogiej armii. Stanęli kręgiem wokół
przystanku naprzeciwko budynku mojego dawnego liceum. Byłam żołnierzem,
wyruszyłam z dwoma innymi żołnierzami, aby stawić czoła obcym. Miałam
głowę ciężką od stalowego hełmu i zielony mundur opleciony dziwną
wojskową uprzężą. Zbliżyliśmy się do przystanku i zawiązała się walka.
Wrogów było więcej. Otoczyli nas na ulicy. Mówili po rosyjsku. Miotali
podłużne granaty ręczne, które nieskończenie długo toczyły się po
asfalcie. Próbowałam uniknąć granatów, lecz powietrze wokół mnie
zmieniło się w lód. Uniosłam broń, ale strzały padały za wolno.
I
następny przebłysk – moi towarzysze zniknęli. Jestem ciężko ranna.
Wrogowie złożyli mnie na wózku, który ciągną przez miasto, mieszkańcom
na postrach. Za wózkiem pozostaje obfity ślad mojej krwi…
**
Nie,
to wcale nie było takie straszne. Raczej dziwne. Cieszę się, ponieważ
mój karabin przynajmniej wystrzelił. Doznawałam znacznie bardziej
trupich snów.
Odwagi,
hipotetyczni czytelnicy! Jeszcze tylko kilka notatek i Kornelia
zaprzestanie internetowych emanacji swoich cmentarno-depresyjnych
miazmatów!
Wydaje mi się, że koralowym ukoronowaniem wpisu o nocnych koszmarach powinien stać się ten wiersz:
**
Elizabeth Bishop
Sny przez nich zapomniane
Spadały martwe ptaki; skąd? — nikt nie był pewien,
nikt ich nie widział w locie. Czarne, z zamkniętymi
oczami; nikt ich nie znał, ale każdy trzymał
w dłoni, wpatrzony w nowy lej otwarty w niebie.
Spadały także czarne krople. Ich nawisły
nocą z okapów ciemny ciężar, kształt wezbrany
na suficie w sypialniach ponad ich głowami,
ciekł im teraz przez palce tak jak rosa z liści.
Gdzie widzieli jagody tak na wskroś, do głębi
czarne, tak lśniące rankiem? gdzie mroczna przynęta
tkwiła, pod jakim listkiem? Czy z myślą „Pamiętaj —
trucizna!” poniechali ich, czy skosztowali?
Jakim kwiatom w rozmiary nasion zbiec się dano?
Lecz ich sny tracą wszelki sens przed ósmą rano.
1933
przeł. Stanisław Barańczak