Wystygły świat
Janos Pilinszky
Ten świat już nie jest moim światem,
to tylko przymus cielesności,
bym się głębiej, niby robak
wkręcała w jego wnętrzności.
Tak oto się odżywiam śmiercią
i tak się ona mną syci;
obcym ciałem na moim sercu
rośnie nie moje już życie.
Śmierć wyzwoliwszy się powstaje
z każdej żyjącej istoty,
wstydliwość fałszywą porzuca
i zdziera maskę próżności.
Tak również w końcu się oswoi
to, co na zawsze nieznane.
Jak dla liści wiosennych uwiąd,
dla mnie śmierć będzie balsamem.
Wystygły świat, niczyja ziemia!
I jak na strop jej ciśnięte
stare żelastwo, trupio sterczą
gwiazdy, w nich nasze nadzieje.
Przełożył Jerzy Snopek
Komentarz Kornelii: Wreszcie nadciągnęły chmury i złagodziły moją udrękę. Słońce pozbawia mnie ostatnich życiowych sił, a zieleń młodych liści tylko podsyca cmentarny nastrój. Ostatnie miesiące zalane były słonecznym blaskiem. To jest wprost nie do wytrzymania. Przemykałam się w cieniu budynków, jak stęskniona mroku wampirella.
Nie wyjechałam na majówkę, ale się izoluję od ludzi i świata. Byłam nad morzem na Wielkanoc i to niech wystarczy. Wstawałam wtedy rano, aby uniknąć tłumów, zajętych święconym, rezurekcjami, rodzinnymi śniadaniami i podobnym pielęgnowaniem religii jak również tradycji.
W ramach śniadania wielkanocnego zamówiłam w w tawernie kiełbaskę i setkę wódki Finlandia, żeby przestać się bać. Byłam absolutnie sama – oprócz barmana – atmosfera jak z filmu grozy. Barman rzucał spojrzenia zdziwione i lubieżne. Przez ulotną chwilę wyobraziłam sobie, jak bierze mnie brutalnie rozciągniętą na tawernianym stole, boleśnie rozdartą, sparaliżowaną wstydem i trwogą. Zaiste wspaniały byłby to początek wielkanocnej niedzieli. Ate była to tylko wizja, nie pokusa. W ogóle mi się nie podobał (w ogóle nikt mi się nie podoba), ponadto nie mogę przecież stracić statusu katarskiej Doskonałej, nawet, jeśli są to tylko śmieszne rojenia i żałosne mrzonki. Jako Doskonałej nie wolno mi dotknąć mężczyzny. Skutecznie więc ostudziłam dżentelmena za barem wzrokiem Królowej Śniegu. Szkoda, że to nie była kobieta, wzięłabym drugą setkę.
Oszołomiona ognistym płynem z kraju Finów nieco stłumiłam lęk i wędrowałam niestrudzenie. Przezornie trzymałam się cienia lasu, ale i tak słońce zniszczyło mi bladą cerę. Przez ulotny moment ogarnęła mnie pokusa, żeby powtórzyć gwiazdkową interakcję z butelką, wszelako pokój hotelowy był tak jasny, że nie mogłam stworzyć odpowiednio dekadenckiego nastroju. Jeśli wyjadę jeszcze na urlop, nastąpi to we mglistym, bezświetlnym, kochanym listopadzie
Wiersz węgierskiego twórcy uradował moją duszę. Utwór ten można znaleźć tylko u mnie, więc zapraszam miłośników mrocznej poezji do kopiowania. Ten przymus cielesności znakomicie oddaje istotę rzeczy. Miałam pewne wątpliwości z powodu zbyt pogodnego zakończenia „w nich nasze nadzieje”, ale jako, że gwiazdy świecą trupio, żadnej nadziei nie ma.
Chmury tak mnie uradowały, że wypełzłam z łóżka i nawet się trochę umyłam. Może pospaceruję po cmentarzu, kontemplując nagrobki..
5 myśli nt. „Dla mnie śmierć będzie balsamem”
Czy autor pisze jako kobieta: „bym się głębiej, niby robak
wkręcała w jego wnętrzności.” czy jest to literówka?
Smutną miałaś Wielkanoc, musiałaś czuć się bardzo samotnie.
Lubię spacery po cmentarzach, ich spokój i melancholię.
Wędrowiec, na istnienie spojrzawszy z ukosa,
Wszedł na cmentarz: śmierć, trawa, niepamięć i rosa.
Był to cmentarz Okrętów. Pod ziemią wrzał głucho
Trzepot żagli, pośmiertną gnany zawieruchą.
Wędrowiec czuł, jak wieczność z traw się wykojarza,
I ciszę swą do ciszy dodając cmentarza,
Przeżegnał to, co bliżej: pszczół kilka, dwa krzaki,
I na pierwszym grobowcu czytał napis taki:
Zginąłem nie na ślepo, bo z woli wichury,
I wierzyłem, że odtąd nie zginę raz wtóry,
Że znajdę przystań w śmierci, a śmierć w tej przystani,
Ale śmierć mię zawiodła! Umarłem nie dla niej!
Trwa nadal wiatr przeciwny i groza rozbicia
I lęk i niewiadomość i wszystko, prócz życia!
Szczątki moje podziemne, choć je nicość nuży,
Jeszcze godne są steru i warte są burzy!
Nikt nie wie, gdzie ten wicher, który żagle wzdyma?
Kto raz w podróż wyruszył – już się nie zatrzyma.
Znam tę głąb, gdzie się Okręt mocuje nieżywy.
Snu – nie ma! Wieczność – czuwa! Trup nie jest szczęśliwy!
Za wytrwałość mych żagli, które śmierć rozwija,
Przechodniu, odmów – proszę – trzy Zdrowaś Maryja!
Wędrowiec dla nikogo zerwał liście świeże
I ukląkł, by żądane odmówić pacierze.
Rzadko wykorzystuję polską poezje, uważam, że jest powszechnie znana. Ale kto wie, może kiedyś zapłaczę Tetmajerem albo Korabiem-Brzozowskim?