Jak zostałam zdeflorowana VII
O świcie
rozważałam słowa, które wypowiedział bohater powieści Maxa Frischa „Homo
faber” : „Nie jestem za samobójstwem, to nie zmienia faktu, że się było
na tym świecie, a ja w tej chwili chciałem tylko jednego: nigdy na tym
świecie nie być”. Despotia przypadku i tyrania narodzin przyprawiają o
bezdenną rozpacz każdą rozumną duszę.
**
Dla
adeptów manicheizmu, podobnie jak pitagorejczyków, obecne życie jest
piekłem. I cała ziemia zmieni się w piekło, wraz z morzami, rzekami,
lądami, demonami i tymi wszystkimi ludźmi, którzy nie zdążą wyrwać się z
okowów materii poprzez łańcuch reinkarnacji i przykładną, wypełnioną
ascezą egzystencję. Ale czy tak naprawdę się stanie? Miałam kiedyś
bardzo pobożną koleżankę, która należała do pewnej fundamentalistycznej
sekty chrześcijańskiej. Powiedziała mi pewnego razu: „Kiedy zobaczysz
piekło, obecny świat, na który tak narzekasz i złorzeczysz, wyda ci się
prawdziwym rajem”.
Powiedziano mi wcześniej, że zachowam status manichejskiej Doskonałej
tak długo, dopóki mężczyzna nie dotknie mojej gołej skóry. Jak dotąd,
wszystko się udaje.
Całodzienne
słońce zmienia świat w dławiący rozpalony majak. Nie do zniesienia jest
świetlista jaskrawość, która niczego nie pozostawia w ukryciu.
Gdybym miała więcej sił, wyjechałabym na wiecznie spowite chmurami Hybrydy i została pasterką stada czarnych owiec.
Niniejszy
blog miał być erotyczno-ekshibicjonistyczny, lecz zmienił się w
manichejsko-depresyjno-poetycki. Dziś postaram się temu zaradzić.
Przynajmniej historia defloracyjna powinna zostać spisana do końca –
jako część mojej kary i młodym dziewczętom ku przestrodze.
Ból
złagodniał, ale nadal trwała orgia świdrowania, wiercenia, palowania,
przebijania, torowania przemocą drogi. Z nogami rozchylonymi najszerzej i
trzeszczącymi groźnie stawami u nasady ud czułam się jak
hetera-akrobatka w lupanarze podczas wizyty cuchnących potem i
zwierzęcym łajnem gladiatorów.
Ogromny
żywy ciężar unosił się i spadał na mnie wciąż,wciąż i wciąż, na
podobieństwo młota parowego w kuźni. Mocno wysklepiony tors Sebastiana
przypominający obficie owłosioną beczkę miażdżył, płaszczył i zrównał z
klatką piersiową mój zbolały, i tak trudno dostrzegalny biust. Potworne
lędźwie defloratora w nieustannym ruchu przypominały mi nacierające na
struchlałych Ziemian kosmiczne monstrum z trzeciorzędnego filmu
science-fiction
Ale byłam
już zdolna do zimnego jak styczniowe śniegi Alaski, racjonalnego
milczenia. Cicha, tylko z lekko przyśpieszonym oddechem, zastanawiałam
się, jak skończyć tę tragifarsę, zanim wykrwawię się na śmierć. Nie
widziałam i nie czułam krwi, nie miałam wszakże wątpliwości, że wartkim
potokiem spływa już na dywan z naznaczonego czerwienią prześcieradła.
Było jasne,
że żwawy deflorator w jednej skarpecie nie zakończy tego absurdalnego
aktu, dopóki nie zdobędzie wierzchołka ekstazy. Wydawał z siebie sapania
i rzężenia jak górski osioł podczas rui, ale miałam wrażenie, że daleki
jest od finału. Wiedziałam, że muszę wziąć sprawy we własne ręce, a
także nogi, jeśli mam wyjść z tego cało.
Do tej pory
leżałam spokojnie jak zaklęta w głaz, jak gwałcona Śpiąca Królewna.
Teraz z najwyższą odrazą wykonałam kilka ruchów biodrami w rytm
potępieńczego rytmu muzyki techno,– tak miały zostać wygenerowane
dodatkowe bodźce dla dziarskiego husarza. Uniosłam jedną nogę ,
przesunęłam nie bez wewnętrznych oporów stopą po łydce mojego kozaka.
Wydałam też kilka słodkich westchnień i ekstatycznych jęków wzorując się
na bohaterkach filmów pornograficznych, które to filmy dokładnie i w
skupieniu obejrzałam podczas metodycznych przygotowań do defloracyjnych
rozkoszy.
Nagle
przemknęło mi na myśl, że, nawet jeśli gumka w kolorze żółtym nie pęknie
to i tak do przed chwilą jeszcze dziewiczej krainy moich dróg rodnych
dostają się bakterie, wirusy, chlamydie, zarodźce, ameby i inne podobne
mikrożyjątka od mojego męskiego zucha. Moja własna flora bakteryjna dróg
intymnych przeżyje straszliwą inwazję obcych miokrobów i dozna
niepowetowanej szkody.
Mimo to,
tłumiąc ostatnią erupcją energii obrzydzenie, przenikające całe moje
tłamszone i przeszywane na wskroś jestestwo, położyłam na chwile obie
dłonie na wykonujących bogaty w strumienie śluzu wyrok lędźwiach
Sebastiana. Wydawało mi się, że mam do czynienia z mamutem włochatym,
królem Syberii.
Miała to
być przełomowa i decydująca stymulacja. Uskuteczniając powyższą akcję
zaprzysięgłam sobie, że będę potem przez cały dzień moczyć,
dekontaminować i poddawać dezynfekcji dłonie w gorącej wodzie z bogatą
domieszką pachnącego mydła. Powinnam była właściwie nałożyć przed
seksualnym cyrkiem rękawiczki.
Ból zelżał,
ale nie ustawał. Lękałam się, że wszelkie moje pełne desperacji zabiegi
pobudzające okażą się daremne. Ale uderzenia spadającego nieustannie
cielska nagle stały się bardziej gwałtowne. Poczułam, jak mięśnie
defloratora napinają się, twardnieją nabrzmiewają, jakby miały zaraz
rozerwać powłokę skóry. Mój niestrudzony mołojec sapał, prychał,
charczał, pokwikiwał i kapał śliną. Daremnie próbowałam usunąć głowę z
linii wilgotnego ognia. Nagle zawył jak przeżywający orgazm kojot w
bezkresie prerii. Ze złośliwą ciekawością spojrzałam na twarz krzepkiego
chwata, oblaną czerwienią, spoconą, animalną i dziką. Była spięta do
ostatnich granic, dziwna, niemal martwa. Więc tak wygląda orgazm, mała
śmierć. Czytałam, że męskie ekstazy są jednoznaczne i prymitywne,
natomiast żeńskie – wspaniałe, majestatyczne, wielopoziomowe i boskie.
Niestety, osobiście nie udało mi się tego doświadczyć.
Wycie
Sebastiana zagłuszyło nawet diabelski harmider muzyki techno. Wydawało
się, że pokój zawirował, zafalowała podłoga i zadrżały ściany. Butelka
wina Sowietskoje Igristoje zatańczyła na stole, lecz, ku mojej radości,
nie spadła. Poczułam, jak komediofarsowy penetrator jeszcze we mnie
rośnie i potężnieje, co przecież nie wydawało się już możliwe. Wydawało
mi się, że do waginy wdarł się czysty witriol. Przedstawiłam sobie, jak w
ciemnym, wilgotnym kanale yoni żółta gumka rozdziera się. Z pęknięcia
tryska fontanną biała ciecz o zapachu padłego skunksa, pełna ogoniastych
stworzeń, startujących w szalonym wyścigu do jaja.
Deflorator
wydał sobie jeszcze skowyt, jak jaskiniowiec, który właśnie palnął
partnerkę rozpłodową nabijaną krzemieniami maczugą. Potem opadł na mnie
jak rażony piorunem. Delikatne żebra rozgniatanej bezlitośnie Kornelii
zatrzeszczały i zaczęły się kruszyć. Byłam pewna, że waginalna krew
zmieszana ze obfitymi strużkami transpiracji, strzępami hymenu i
substancją nawilżacza utworzyła osobliwą Niagarę.
Sebastian
leżał na mnie bezwładnie jak kłoda. Miałam niegdyś koleżankę Ewę, która
studiowała weterynarię. Pokazała mi wśród śmiechu niezwykły fragment z
podręcznika: „Knur, który pokrył maciorę, leży bezsilnie i wypoczywa
przez co najmniej 15 minut”. Najwyraźniej Sebastian zamierzał postąpić
podobnie, ze mną jako uciskanym materacem.
Nie byłam w
stanie oddychać i groziła mi śmierć z uduszenia. W tej sytuacji
ostatecznej zamierzałam syknąć: „Skończyłeś, a więc teraz zejdź!”
Roztropnie skorzystałam wszakże z kobiecego czaru. Szepnęłam najsłodszym
głosem, na jaki potrafiłam się zdobyć: „Kochanie, było dobrze. Połóż
się obok mnie. Tak będzie ci wygodniej”. Lekko odpychałam przy tym
bogate w szczecinę cielsko. Sebastian z ociąganiem posłuchał. Stoczył
się ze mnie, zabulgotał i zastygł jak martwy. Wdzięczna losowi chciwie
łapałam powietrze. Wyciągnęłam lękliwą dłoń w poszukiwaniu krwi. CDN.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz