Archiwum bloga

niedziela, 10 grudnia 2017

Październikowe maki


Październikowe maki


Wydaje mi się, że ten wiersz Sylvii Plath będzie odpowiedni na pierwszy dzień października.


Maki w październiku

Maki
Nawet osłonecznione chmury nie mogą dziś ujarzmić tych spódnic
Ani kobieta w ambulansie,
Której czerwone serce wykwita tak nagle spod płaszcza

Dar,dar miłości
Nie uproszony
Przez niebo

Wzniecające blado
Płomiennie swój tlenek węgla, przez oczy
Otępiałe pod melonikami.

O, Boże mój, kim jestem,
Aby te zapóźnione usta rozwarły się krzykiem
W oszroniałym lesie, o bławatkowym świcie.
**

Dziś obudził mnie mroczny świt. Noc długo jeszcze krzepko trzymała się życia, zanim zwyciężyło ją słońce. Dlaczego tak dobrze czuję się, gdy ziemię kryją ciemności?

Lubię październik, kocham listopad, niemal bosko (jak na swoje możliwości) czuję się w grudniu. Większość ludzi przecież woli lato, te oślepiająco jasne dni trupiojaskrawego czerwca, które wydają się nie mieć końca.

Oczywiście są wyjątki, rzadkie ptaki, tajemnicze dzieci nocy. Czyż Emily

Bronte nie napisała:


Leć, liściu, leć; giń, więdnij, różo;
Niech dzień się skraca, noce dłużą;
Mnie każdy liść o szczęściu śpiewa,
Spadając z jesiennego drzewa.
Uśmiechnę się, gdy wieńce śniegu
Zakwitną zamiast róż szeregu.
Zaśpiewam, gdy upadkiem nocy
Dzień jeszcze posępniejszy wkroczy.

**

Nieco to archaiczne, ale nadal śliczne :) Jestem taka jak ona. Może dlatego, że w porze długich nocy wolno długo spać bez wyrzutów sumienia. Potrafię spędzić pod płaszczem snu 12 godzin listopadowej doby, jeśli tylko z pościeli nie ściągają mnie bezlitosne obowiązki. I te sny w niekończących się nocach, w których rzeczywistość miesza się z chorobliwym majakiem, przechodzi w gorączkowe fantazmaty, świat realny znika, staje się kolorowym marzeniem i kojącym zapomnieniem?

Ale dziwię się sobie, że potrafię jeszcze wstać, znajduję siły na dokonanie toaletowych rytuałów, pokonuję wszelkie przeszkody na drodze do ubrania się, a nawet czeszę włosy i nakładam makijaż. Jak mi się to udaje? Tak, wiem, że jestem dzielna. Kornelia zasługuje na tytuł bohaterki Rzeczpospolitej, heroini nowoczesnego kapitalizmu, przodownicy korporacyjnej udręki, niestrudzonej samicy szczura w zawodowym wyścigu.

Ach, może tak bardzo się nie ścigam! Ale siedzę przed komputerem jak automat, zawsze gotowy i wydajny robot, klawiatura pod moimi palcami staje się prawdziwym instrumentem, jestem mistrzynią bilansów, wirtuozką obliczania wyników sprzedaży. Mogę jechać na urlop w marcu, albo w ogóle nie jechać..

I nikt mnie jeszcze nie przejrzał, nikt nie spostrzegł, że nawet nie wiem, co piszę, umysłowo bezwładna, pogrążona w nicości, w stałej uciecze przed zielonookim potworem depresji, przed sępami wyrzutów sumienia, wpatrzona w monitor oczami, które wyglądają jak jeziora czarnego smutku! Jak to się dzieje, że jakaś część mnie nieświadomie wypisuje te kolumny cyfr? I do tego wszystko się zgadza? Kto to za mnie pisze???

Dlaczego nikt jeszcze mnie nie zwolnił?? Przecież wszyscy wiedzą, że jestem Królową Śniegu (aczkolwiek, niestety, mocno skalaną, o czym, jak mam gorącą nadzieję, nikt nie wie). Jest przecież jasne, że nie zaspokoję ustami dyrektora podczas przerwy obiadowej przy kopiarce. Nikt nie odważyłby się złożyć mi takich propozycji. Zabiłabym wzrokiem jak złowieszczy bazyliszek.

Dlaczego więc mnie stąd wreszcie nie wyrzucą!!! Będę wtedy mogła spać dzień i noc, noc i dzień, noc i dzień…
Ach, i znowu powrót do kolumny cyfr. Niewolnica korporacji nie zazna odpoczynku. Anita, moja śliczna koleżanka z pokoju, też stuka, ale z mniejszym ogniem w palcach. Anita wygląda dziś posępnie. Zdaje się, że walczy z przeziębieniem, może obawia się zwolnienia lub redukcji pensji. Prawie nie rozmawiamy ze sobą. Zastanawiam się, jak wygląda, gdy rozbiera się do snu.

Nie traktuję koleżanki jako obiekt seksualny. Przed laty, gdy jeszcze miotałam się w erotycznym bagnie, miałam też kilka zmysłowych kontaktów z osobami tej samej płci, co moja, nie były to jednak klasyczne przygody, zaś udział w nich nie był z mojej strony całkowicie dobrowolny – może kiedyś o tym napiszę, jeśli zostanę przy blogu.

Ale to przeszłość. Teraz jestem aseksualna, bezgenderowa, niematerialna, bezcielesna jak niebiański cherubin (przynajmniej w wyobraźni). Może niekiedy myślę o Anicie (imię zmienione) ponieważ mimo mojej absolutnej osobności brakuje mi niekiedy towarzystwa drugiego człowieka. Ale po wyjściu z pracy natychmiast o niej zapominam. Snow Queen is perfect.



4 myśli nt. „Październikowe maki”

  1. należę do grupy osób cierpiących kiedy nadchodzi zimowy czas…
    bardzo szybko marznę i to chyba najistotniejsza przyczyna, bo widoki otulonych śniegiem rośli są zachwycające…
    mam nadzieję, że Cię nie zwolnią ;)
    pozdrowionka serdeczne zostawiam! :)
    • Dziękuję bardzo za serdeczny wpis :) Mam nadzieję, że dobrze przetrwasz zimę. Wiadomo, że to trudniejszy czas – także choroby atakują – za ogrzewanie płacić trzeba – ale ja się dobrze czuję, jak jest mroczno. Zimowe krajobrazy są niekiedy cudowne. Ciekawe, jaka będzie zima, czy rzeki i morze zamarzną. Pozdrawiam wieczorowo :)
  2. Dziękuję bardzo za wpisy :) Niestety, według mojej wiedzy prognozy pogody dłuższe, niż 10 dni przypominają raczej wróżenie z fusów. Ale zobaczymy. Ja nie mam nic przeciwko ciepłej zimie, żeby tylko ciemno i mglisto było. Pozdrowienia miłe :)

Dodaj komentarz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...