Archiwum bloga

piątek, 15 grudnia 2017

Jeży się pusta twarz




Śnieg, ten nieprzytomny

Zsuzsa Takács

Śnieg, ten nieprzytomny,
pusta twarz, na której widok
zawsze uciekamy, jeży się
przed nami. Prosimy, niech się przystroi,
prosimy, niech nas zwodzi, przecież tak
robimy też my różem lub
uśmiechem, ognistą łuną
brwi naszych węglem
rysowanych, bo widząc twarz
ukazującą się nago nie śmiemy się
nawet poruszyć, bo widzimy w niej, niczym
w lustrze, własną naszą nagość.
Tak, to będzie prawdziwa przyczyna
tego, że jest zima, i
zamykamy okiennice.

Przełożyła Weronika Kasprzak

14 myśli nt. „Jeży się pusta twarz”

  1. Szkoda, że nie wyszłaś, aczkolwiek te przemysłowe dymy są z pewnością okropne. Ale należy się trochę poruszać. Wolę nie myśleć, gdzie Ty mieszkasz, co za dziwna okolica
    .
    Dziś widziałam kilka płatków śniegu, ogólnie jednak wolę szarość – taką, jak moje nastroje. Śnieg przy słońcu to coś okropnego, bolą mnie oczy i wszędzie pełno ludzi „korzystających z pięknej pogody”.
    Zawsze trzeba mieć nadzieję – aczkolwiek wiadomo, czyją jest mamusią…
    O czym tu mówić przez telefon nawet przez pięć minut? Ja powiedziałam już wszystko…
    Ale nie będę Cię zasmęcać, wypiję herbatkę z alg morskich i pójdę powoli spać. Kiedyś interesowałam się kulturą japońską, zostało z tego to, że jem sushi. Często podają jako przekąskę algi morskie. Podobno sprawiają one, że ciało staje się zdrowe i piękne. Dlatego sączę tę delicję. Przynajmniej czuję się jak oryginalna estetka. (aczkolwiek ohydztwo, to znaczy herbatka ohydztwo, z drugiej strony ja też).
    Przypomniałam sobie moje „powieści dla dziewcząt”, które czytałam. „Tak się złożyło” i „Ostatnie wagary” Marii Ziółkowskiej. Czytałam je kilkanaście razy. Ale nie polecam Ci ich, jako, że należy się intelektualnie rozwijać. Jak lubisz horrorki, to możesz przeczytać „W kleszczach lęku” Henry Jamesa
    , wyjątkowo niesamowita, subtelna minipowieść.
    :)
  2. Zawsze pozostaje coś do powiedzenia, podobnie jak zawsze w głowie się ma myśli, wspomnienia, obrazy. Im głębiej zagrzebujesz się we własnej świadomości, tym trudniej okiełznać wewnętrzne demony, mówienie to coś na kształt wentylu bezpieczeństwa.
    Pisała autorka o sushi – porównywała tokijskie „suszarnie” (ciekawe, czy to prawidłowa nazwa, bo nie używała cudzysłowu), z warszawskimi. Ilościowo wygrywa Warszawa, acz tamtejsze lokale, w opisie Bator, reprezentują sobą coś pomiędzy groteską a kiczem. Osobiście nie mam zdania – nie gustuję w sushi, ponieważ ryż (nie surowa ryba), niezbyt do mnie przemawia kulinarnie.
    Nie lubię, kiedy mówisz o sobie w tej samej kategorii, co o algowej herbatce. Choć rozumiem, że można tak czuć, jako że sama siebie perceptuję podobnie.
    Dziwnym zrządzeniem losu, „W kleszczach lęku” stoi na mojej półce. Nietknięte od kilku lat, które upłynęły od zakupu, jako że BNetka ocenia słabo. Ale przekonałaś mnie, spróbuję :)
    Spokojnego wieczoru.
  3. Nie wiem, co za żałośni ignoranci recenzują tam książki, ale nowela „W kleszczach lęku” należy do klasyki światowej, uważana jest za arcydzieło, to raczej dramat psychologiczny niż horror. Kilkakrotnie ją sfilmowano. Tak, że lepiej w ogóle nie wierz recenzjom.
    Wydaje mi się, że poziom wykształcenia i inteligencji ogółu drastycznie spada, może recenzent, poddany homogenizującemu wykształceniu w gimnazjum, po prostu nie zrozumiał. Obecnie rzadko kto potrafi przeczytać dzieła Jamesa, które przecież nie są tak trudne, jak np. Prousta.
    Ja czytam recenzje teatralne dopiero po przedstawieniu i gdybym sugerowała się tym, co wypisują, pożal się Boże, krytycy, ominęłabym najlepsze spektakle (kupiłam sobie bilet na jutro). Fakt, że uwielbiam dramaty psychologiczne, których większość ludzi nie wytrzymuje.
    Jeśli masz na myśli książkę „Tokijski wachlarz”, to raczej mi się nie podobała. Korespondowałam wcześniej z Japonkami i pytałam je o to i o tamto, zapewniały, że pani Bator się myli albo przesadza.
    Wiesz, że najlepszą książkę o kulturze japońskiej „Chryzantema i miecz” napisała Ruth Benedikt, która nigdy w tym kraju nie była?
    Sushi jest wyborne, ale drogie. Można też jeść zupy albo same surowe rybki bez ryżu :)
    Jak obawiasz się Jamesa (do lektury trzeba jednak pewnej koncentracji, a Ty masz różne kłopoty, zresztą ja też często nie mogę się skupić), to możesz spróbować innego Jamesa (Montague Rhodes) „Opowieści starego antykwariusza”. Świetne, klasyczne, ze smakiem, ale naprawdę straszne, lepiej nie czytać o zmierzchu. Jest polski przekład znacznej części opowiadań, a ja sobie kiedyś kupiłam w Londynie całość za jednego funta. Ja się akurat takich rzeczy nie lękam, ale znam osoby, które się mocno przestraszyły. :)
    Dobrej nocy…
  4. Idea portalu, o którym wspominałam, polega na tym, że użytkownicy oceniają książki i piszą recenzje, a więc żadni krytycy – http://www.biblionetka.pl/
    Poziom wykształcenia ogółu spada, ponieważ spadają też wymagania. Kiedyś wyższe wykształcenie było zarezerwowane dla ludzi inteligentnych i uzdolnionych, obecnie pierwszy lepszy głupi może skończyć studia, przez co społeczeństwo nabiera takiego a nie innego, absurdalnego kształtu.
    Też bardzo lubię dramaty psychologiczne, do tego kino surrealistyczne i etiudy filmowe. Ale i nie pogardzam wszechobecnym pop-artem i oglądam jeden z najgłupszych współczesnych amerykańskich seriali, jaki tylko pojawił się w ostatnich latach :)
    Mam na myśli „Rekin z parku Yoyogi”, „Japońskiego wachlarza” nie czytałam. Autorka pewnie pisze po prostu tak, jak to postrzega, a punkt widzenia obcokrajowca może się zasadniczo różnić od punktu widzenia rodowitego Japończyka.
    Spróbuję tego Jamesa, którego mam na półce. Momentami mam wyjątkowo wyostrzoną koncentrację i percepcję, co kiedyś było moim naturalnym stanem, nie mogę się skoncentrować jedynie w momentach stresu. Jeśli o duchach, na pewno będę się bać :)
    Dobrego dnia! :)
  5. Cóż, Internet jest medium ludowymi wielu wypisuje swoje poglądy i myśli, ale lepiej nie sugerować się opiniami amatorów.
    Wiesz, co Stanisław Lem powiedział o Internecie…
    W ogóle w Sieci geniuszy jakoś nie widać. Oczywiście można znaleźć wiele wartościowych informacji, ale ludzie zazwyczaj nie potrafią oddzielić ziarna od plew, jako, że nie otrzymują odpowiedniego wykształcenia, zaś kultura czytania upada.
    Henry James jest bardzo subtelny, jeśli chcesz się naprawdę dać postraszyć, postaraj się o Montague Rhodes Jamesa, są to klasyczne duchu, angielskie, ale także niemieckie i francuskie, najwspanialsze opowiadania grozy na świecie, nie ma niczego lepszego, Lovercraft jest zbyt bezpośredni, napastliwy…
    Spałam kilkanaście godzin, zimą blok jest bardziej cichy i można spać, wczoraj nie piłam, dzień niesamowicie mroczny, gdyby nie to, że mam wyjść wieczorem, to bym spała dalej. W lesie mgła łączy się w uścisku z chmurami. Mam nadzieję, że masz się dobrze. Wyjdź jednak na spacer, chociaż na kilka minut, może w niedzielę nie będzie przemysłowych oparów.
    Mam nadzieję, że masz się dobrze :)
  6. Życzę przyjemnego oglądania spektaklu (chociaż zapewne wybrałaś coś smutnego i mrocznego) :)
    Dziś mi … jakoś nijak. Nigdzie nie wychodzę, bo i nie ma gdzie ani po co. To nie przemysłowe opary, a dymy z ludzkich pieców. Jutro wracam do mojego miasta studenckiego, po ponad tygodniu przerwy. Tak bardzo nie chcę.
  7. Spektakl jest smutny, ale ja takie lubię. Jak uda mi się odprężyć i skupić na akcji, to będzie dobrze. W teatrze boję się mniej, niż w kinie.
    Aj, ja też w ogóle nie mam chęci pracować. Pomyśl, że wykuwasz swoją przyszłość. Wychodzi się nie po coś, tylko, żeby odświeżyć myśli i utrzymywać ciało w sprawności :)
    dobrego wieczoru…
  8. Czego boisz się w kinie?
    Nie chodzi o to, że nie chce mi się uczyć, tylko o samotność, której w moim mieście doświadczam na każdym kroku. Jeśli chodzi o spacery, chciałabym chodzić piechotą na uczelnię, tylko muszę pewnego dnia się zmobilizować i poszukać drogi :) Chodzenie po nic źle mi się kojarzy. Kilka lat temu podczas ataków paniki nie mogłam wytrzymać w jednym miejscu, wtedy zwykle szłam nad rzekę, zima była wyjątkowo śnieżna i mroźna. Gdy spadała adrenalina, byłam tak wycieńczona, że czasem ponad godzinę siedziałam na śniegu zbierając siły, by wrócić. A więc dziś leżę i czytam/oglądam. W moim wieku to już chyba najbardziej sobie można cenić wyłącznie spokój :))
  9. Ach, wiesz, że ja jestem patologicznie bojąca. Ludzie w kinie rozmawiają, szeleszczą, chrupią, kopią w siedzenia, świecą telefonami, dotykają mnie podczas przechodzenia, w ogóle nie mogę się skoncentrować– jak widzisz, inni mają gorzej :)
    W teatrze jest problem z szatnią, niektóre mają małe szatnie i jak tłum się rzuci, dostaję ataków lęku. I to toalety muszę się dostać przed seansem, gdyż jak jestem spięta to zaraz muszę, a trudno podziwiać wysoką muzę, jak się musi.
    Dobrze, że nie zamarzłaś nad rzeką. Spacer, nawet bez celu, dodaje sił, jeśli tylko okolica jest OK, tak, że powinnaś opracować trasę i maszerować pieszo, podziwiając uroki mrocznego grudnia…
    Samotnych jest wielu – niektórzy samotni w rodzinach, mają ich całkowicie dosyć, tak, że trudno oczekiwać od życia czegoś idealnego…Jesteś młoda, powinnaś wykazać się aktywnością…. ja nie mam chęci wychodzić, a idę…
  10. Zatem trudno musi Ci być na co dzień z takim strachem, wszak nie tylko w kinie ludzie rozmawiają, dotykają się podczas mijania, czy wchodzą we wszelkie inne, niekoniecznie pożądane interakcje. Tym bardziej podziwiam, że jednak się mobilizujesz.
    Bynajmniej się nie czuję młoda, a i metrykalnie wcale taka młoda nie jestem. Mam wrażenie, że przeżyłam już wszystko, co tylko można przeżyć. Teraz mogę liczyć ewentualnie na egzystencjalny postmodernizm.
    Jak wrażenia po spektaklu?
  11. Do kina idę, żeby obejrzeć film i żeby nie siedzieć nieustannie w domu, dlatego denerwuję się, gdy nie mogę się skoncentrować z powodu obecności i działań innych, a jeszcze zapłaciłam za bilet. Ponadto w kinie się jest niejako umocowanym w fotelu, trudno uciec. W innych sytuacjach często manewruję albo uciekam… Ogólnie rzeczywiście to codzienne życie strasznie mnie męczy.
    Nie mów tak, w obecnych czasach jest się młodym do sześćdziesiątki, sądzę, że wkrótce okrzepniesz i zobaczysz, jak naprawdę smakuje życie…
    Przedstawienie mi się podobało, udało mi się szybko stłumić lęk, pomyślałam nawet o Twojej relacji, ponieważ bohaterka była wniebowzięta, jak mąż się do niej odezwał (a rzadko się odzywał)
    Jak będę miała siłę, to może jutro wieczorem zrobię wpis teatralny (takiego jeszcze nie było). Na razie podeślę Ci recenzję. Śpij dobrze i nie martw się…
    Z tą recenzją nie do końca się zgadzam – nie wydaje mi się, żeby małżonek kochał Winnie, aczkolwiek pod koniec powstało wrażenie, że czegoś jakby żałuje… ponadto te „wspólne śmianie się z dowcipów” wcale nie wyglądało wesoło…
    Szczęśliwe dni” w Teatrze Dramatycznym
    Sztukę Samuela Becketta Szczęśliwe dni (z 1961 r.) w reżyserii Antoniego Libery, można było obejrzeć w Teatrze Dramatycznym. Rolę Winnie zagrała Maja Komorowska, Williego – Adam Ferency. Autorką scenografii jest Ewa Starowieyska.
    Nie mam już nic do zrobienia ani do powiedzenia, ale muszę mówić dalej to cytat z kwestii Winnie, który dobrze charakteryzuje jej sytuację. Ta główna postać dramatu przez półtorej godziny wypowiada monolog (który tylko w kilku momentach przeradza się w ograniczony dialog). Dzięki doskonałej kreacji Mai Komorowskiej nie jest on nudny, choć początkowo wydaje się nieco chaotyczny. Z czasem jednak coraz bardziej wciąga widza. Zaczyna on analizować wypowiadane przez kobietę myśli i odnajduje w nich sens. To, co najbardziej zadziwia na samym początku to scenografia. Winnie tkwi od pasa w dół w ziemi, przypominającej kopiec (tak to wygląda w I akcie). Z powodu tego ograniczenia rola wymaga przede wszystkim ekspresyjnej mimiki twarzy, gestów, modulowania głosu.
    Rola Williego ograniczona jest do kilku zdań, praktycznie nie widać go zza kopca. Małżonkowie stanowią dwie skrajności: ona, chociaż unieruchomiona, jest bardzo gadatliwa, on mimo, że się może ruszać, nie odzywa się prawie wcale. Brak komunikacji między nimi jest przedstawiony w skrajny sposób. Wystarczy, że Winnie usłyszy odpowiedź Williego na swoje pytanie, a już jest to dla niej „szczęśliwy dzień”. Dość często o tym zapewnia, chociaż widz nie do końca jest skłonny uwierzyć, że tak jest w istocie. Optymizm Winnie jest zabawny. Wspólnie z Williem śmieją się z dowcipów i te aspekty sztuki rozjaśniają mroczną wizję egzystencji człowieka, którego ogranicza, pochłania ziemia, który nieuchronnie zbliża się ku śmierci.
    W I akcie Winnie zajmuje się codziennymi rytuałami: myciem zębów, czesaniem, modlitwą. Poza tym wyciąga rzeczy z dużej, czarnej torby, mówiąc przy tym cały czas – ma potrzebę mówienia bez końca. Zwraca się często do milczącego męża a świadomość, że jest i że ją słyszy podtrzymuje ją przy życiu. W II akcie Winnie tkwi w ziemi po samą szyję. Niewiele już zostało do dzwonka na sen. Dzwonek dzwoni. Winnie mówi do Williego, ale on już nie odpowiada, prawdopodobnie nie żyje, albo ją opuścił. W pewnym momencie wychodzi i w eleganckim fraku próbuje zbliżyć się do żony.
    Sztuka Becketta opowiada o starzeniu się, powolnym umieraniu, które jest nieuchronne, ponieważ taki jest los człowieka. Mówi o alienacji, samotności, braku komunikacji między ludźmi. Szczęśliwy dzień głównej bohaterki wypełniony jest absurdalnymi zdarzeniami, codziennymi rytuałami, które składają się na sens (a raczej bezsens) jej życia. Optymistycznym akcentem w tej pesymistycznej wizji jest postrzeganie pozytywnych, drobnych zdarzeń i rzeczy jako szczęście. Dzieje się tak za sprawą miłości, którą bohaterka darzy męża, a on chyba nadal ją.
    Pomimo przeważającej formy monologu sztukę ogląda się z zainteresowaniem dzięki świetnej grze aktorskiej Mai Komorowskiej. „Szczęśliwe dni” wzbudzają refleksję nad sensem życia i ograniczeń, z jakimi się w nim boryka człowiek.
    Ewa Balana
  12. Ostatnio moja mama zaproponowała, żebym poszła do kina w swoim mieście, żeby czymś wypełnić czas, a mnie wydało się absurdalne, że miałabym tam pójść sama …
    Z recenzji wynika, że sztuka ta dość mocno odzwierciedla moją relację. I z doświadczenia wiem, że po skrajnym zmęczeniu emocjonalnym, po ciągłej niepewności względem czyichś uczuć, właśnie absurdalna codzienność daje najwięcej radości. Pamiętam taką scenę z mojego życia, naprawdę szczęśliwe wspomnienie, do którego nieraz wracam ze łzami w oczach: wczesna wiosna, późne popołudnie, sprzątanie po obiedzie, druga osoba kończyła myć naczynia, nucąc jakąś piosenkę, a ja właśnie skończyłam coś robić i czekając, siedziałam na parapecie otwartego okna i czułam się dobrze, jak dawno nie, taka idealna harmonia. W bezustannym monologu jest coś o tyle rozpaczliwego, że ludzie naprawdę sobie bliscy, nie potrzebują wielu słów, słowotok służy wtedy swoistemu upewnianiu się, że jednak wszystko jest w porządku, choć nie jest, ani trochę. A może to nie słowa są rozpaczliwe, lecz czekanie na odpowiedź … I jest też smutny śmiech, z czegoś co nie śmieszy, a czasem nawet boli. Żeby uniknąć pytań, oskarżeń, żeby nie psuć nastroju. I jest nawet wrażenie, że druga strona czasem żałuje, powtarza wtedy, że jestem najważniejsza, że mam pamiętać, że nie potrafi tego okazywać, a poza tym nie liczą się słowa, lecz czyny. Tylko czy w ostatecznym rozrachunku to wszystko cokolwiek znaczy … Obecnie, gdy ktokolwiek powie, że jestem dla niego ważna, czuję jedynie agresję i jakiś narastający bunt – bo jak to, znowu ktoś oszukuje i chce, bym zaufała, podczas gdy ja sobą gardzę.
    Nie wiedziałam, że Libera pisze scenariusze teatralne.
    Jeślibym kiedyś miała okrzepnąć, już to powinno nadejść, powinnam już być dojrzała i stabilna emocjonalnie. Kiedy patrzę na ludzi z mojego roku na studiach, to nie dość, że oni wszyscy starsi ode mnie, to jeszcze tak poukładani, dokładni, perfekcyjni. A ja nawet nie chciałabym być taka, jak oni …
    Nie dostałam dzisiaj wiadomości na dobranoc i mi jest smutno. Pomimo że ostatnią dostałam trochę ponad godzinę temu …
    Spokojnej nocy.
  13. Magnolio, należało zabrać mamę do kina, takie sytuację też widzę. Jak to się wcześniej mówiło, idzie się „do kina”, albo „na film”. Jeśli „na film”, to towarzystwo nie jest potrzebne.
    Miałam okresy, gdy chodziłam sama, to znowu w jakiejś kompanii, obecnie znowu sama. Ja pozuję na estetkę, ale częściowo naprawdę nią jestem. Chcę kontemplować spektakl, a nie prowadzić jałowe rozmowy. Zresztą o intelektualne towarzystwo nie jest łatwo, a lista osób, które lubię, to czysta biała kartka. Mogę wykorzystywać innych do osłabianie lęku, podawania ubrań z szatni, ale to nie zawsze się udaje.
    Aj, nawet, jak nie chcesz dorosnąć, i tak to się stanie. Czas w bliższej perspektywie jest Twoim sojusznikiem. Tylko wytrwaj tę parę lat bez uszkodzeń i będzie dobrze :)
    Życzę Ci udanego dnia, i przemiłych lokatorów…
    PS. Libera jest reżyserem. Ale ja nie przywiązuję znaczenia do nazwisk, albo mi się przedstawienie podoba albo nie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tak, to już jest koniec

Daphne Todd Martwy sezon Rafał Wojaczek Zjechałem tu nie w porę Sezon jeszcze nie otwarty a już miejscowi mów...