Niepotrzebne skreślić
Hans Magnus Enzensberger
To co czyni twój głos tak płaskim
tak cienkim i tak bezdźwięcznym
to strach
że powiesz nie to co trzeba
albo ciągle to samo
albo że powiesz to co mówią wszyscy
albo coś nieważnego
albo bezbronnego
albo coś co mogłoby zostać zrozumiane opacznie
albo spodobać się nie tym co trzeba
albo coś głupiego
albo coś co już było
coś przestarzałego
Czy nie masz dość ze zwykłego strachu
ze zwykłego strachu przed strachem
że powiesz nie to co trzeba
mówić ciągle nie to co trzeba?
Przełożył Jacek St. Buras
Moja codzienna praca
Anonim
Dzień za dniem pracuję ciężko,
by pogrzebać siebie.
Cierpliwie uczę swoje ręce
stawiać kamienie.
Na marzeniach – jeden na drugim
aż duszy tchu zabraknie.
By przygnieść serce
stosuję granit.
Żyły zatykam piachem.
Tak więc rośnie nade mną wzgórze
godzina za godziną
Aż wszystko stanie się pomnikiem życia
Którego wcale nie było.
Przełożyła z niemieckiego Liliana Barańska
***
Z książki: Erwin Ringel, Gdy życie traci sens. Rozważania o samobójstwie.
Gaszę stygnące złudzenia
Pustynia miłości
János Pilinszky
Most i rozgrzana betonowa droga,
dzień już opróżnia kieszenie,
wyjmuje wszystko po kolei.
Sam jesteś, wkoło zmierzchu osłupienie.
Krajobraz – wyrwa wyszarpana z ziemi,
w cieniu blizny jarzące zastygły.
Już zmierzch. Jeszcze w blaskach sztywnieją kontury,
słońce oślepia jeszcze. Lato, nie zapomnę nigdy.
Jest lato migotliwym upałem objęte:
Stoją, wiem, skrzydło nawet nie drgnie,
obraz zastygł, drób, jak niebiańskich cherubinów stado,
w klatkach z desek drzazg pełnych kuli się, pierzasty.
Pamiętasz jeszcze? Najpierw wiatr się zjawił;
po nim się objawiła ziemia, potem klatka.
Żar i łajno. I jakieś refleksy ostatnie, daremny
łopot skrzydeł podrywa się z rzadka.
I pragnienie. Ja wtedy prosiłam o wodę.
Jeszcze brzmi w uszach łapczywe łykanie,
i po kolei gaszę stygnące złudzenia,
i trwam bezwładnie, cierpliwa jak kamień.
Mija lato i lata biegną, a nadzieje -
pusty kubek, co w słomę rzucony rdzewieje.
Przełożył Jerzy Ficowski
János Pilinszky
Most i rozgrzana betonowa droga,
dzień już opróżnia kieszenie,
wyjmuje wszystko po kolei.
Sam jesteś, wkoło zmierzchu osłupienie.
Krajobraz – wyrwa wyszarpana z ziemi,
w cieniu blizny jarzące zastygły.
Już zmierzch. Jeszcze w blaskach sztywnieją kontury,
słońce oślepia jeszcze. Lato, nie zapomnę nigdy.
Jest lato migotliwym upałem objęte:
Stoją, wiem, skrzydło nawet nie drgnie,
obraz zastygł, drób, jak niebiańskich cherubinów stado,
w klatkach z desek drzazg pełnych kuli się, pierzasty.
Pamiętasz jeszcze? Najpierw wiatr się zjawił;
po nim się objawiła ziemia, potem klatka.
Żar i łajno. I jakieś refleksy ostatnie, daremny
łopot skrzydeł podrywa się z rzadka.
I pragnienie. Ja wtedy prosiłam o wodę.
Jeszcze brzmi w uszach łapczywe łykanie,
i po kolei gaszę stygnące złudzenia,
i trwam bezwładnie, cierpliwa jak kamień.
Mija lato i lata biegną, a nadzieje -
pusty kubek, co w słomę rzucony rdzewieje.
Przełożył Jerzy Ficowski
Strzępy IX
Jestem winna
Sarah Kane
Psychoza (fragment)
Przyszłość jest beznadziejna
i nic tego nie zmieni
Jestem znudzona i zniechęcona wszystkim
Jestem nieudolna, wszystko robię źle
Jestem winna, spotyka mnie kara
Pragnę odebrać sobie życie
Kiedyś potrafiłam płakać lecz teraz nie jestem już w stanie
Straciłam zainteresowanie innymi ludźmi
Nie jestem w stanie podejmować decyzji
Nie mogę jeść
Nie mogę spać
Nie mogę myśleć
Nie potrafię poradzić sobie ze swoja samotnością, strachem,
obrzydzeniem Jestem gruba
Nie mogę pisać
Nie potrafię kochać (…)
Zmierzam w kierunku śmierci
Panicznie boję się leków
Nie mogę się kochać
Nie mogę się pieprzyć
Nie potrafię być sama
Nie potrafię być wśród ludzi
Moje biodra są zbyt szerokie
Nienawidzę
moich organów płciowych
Nie ma nadziei czyli ohyda śmierci
Alba
Philip Larkin
Tyram cały dzień, potem piję, żeby zasnąć.
O czwartej budzę się w bezgłośny mrok i patrzę.
Za jakiś czas firanki ponakłuwa jasność.
Na razie widzę to co jest właściwie zawsze:
Nie znającą spoczynku śmierć, w tej chwili bliższą
O cały jeden dzień, śmierć, która poza myślą
O tym, jak, gdzie i kiedy będę sam umierał.
Nie pozwala na inne. Jałowe pytania,
Lecz groza śmierci, groza umierania
Ciągle na nowo błyska, dech w piersi zapiera.
Oślepia myśli ten błysk. Wyrzuty sumienia?
Nie, rzecz nie w żalu, że się wyrządziło mało
Dobra, skąpiło się komuś serca, bez zmrużenia
Oka trwoniło czas – i nie w tym, że się miało
Jedno życie, a całe zeszło na naprawach
Błędnych początków; nie to; raczej – ta jaskrawa
Pewność zupełnej pustki, tam, u kresu zniszczeń
I zniedołężnień: to, że tak totalnie człowiek
Nieobecnieje – tutaj, tam, gdziekolwiek -
I już wkrótce; nic nie jest straszliwsze, prawdziwsze.
Nie ma magicznych sztuczek, które by rozwiały
Ten jeden strach. Religia wmawiała jak mogła -
Rozsnuwając zmurszałe brokaty, chorały -
Że wcale nie umrzemy, a cała rzecz w modłach;
Z drugiej strony – ta słuszna na oko piosenka:
„Kto myśli racjonalnie, nie może się lękać
Czegoś, czego i tak nie będzie czuł” – jak gdyby
Brak dźwięku, woni, smaku, kontaktu, nadziei -
Narkoza, z której się nie przytomnieje -
Nie był właśnie istotą całej tej ohydy!
I tak to trwa, na samym skraju naszej wizji:
Rozmazana, nieostra plamka, która zwarzy
Chłodem każdy nasz impuls, zmrozi w brak decyzji.
Większość rzeczy nie zdarza się: lecz ta się zdarzy,
I zdanie sobie z tego sprawy jest tym ogniem,
Który buzuje w piecu naszych osamotnień,
Gdzie zmory widzi każdy, abstynent czy opój.
Nie straszyć innych – tyle znaczy odwaga.
Tobie – uniknąć grobu nie pomaga:
Śmierć jest śmiercią, czy skomlesz, czy stawiasz jej opór.
Z wolna wzmacnia się światło, pokój wyraźnieje.
To, co wiemy, co zawsze wiedzieliśmy, stoi
Przed oczami jak szafa: że nie ma nadziei
Ucieczki. Nikt nie przyjmuje tego jako swojej
Prawdy. Lecz będzie musiał. Tymczasem w uśpionych
Biurach przysiadły już do skoku telefony
I świat, ten wynajęty, zawiły kłąb zdarzeń
Ruszy zaraz, nie dbając, że kogoś z nas straci.
Niebo jest białe jak glina. Do pracy.
Listonosze już krążą jak czujni lekarze.
Przełożył Stanisław Barańczak
Komentarz Kornelii. Zazwyczaj unikam długich wierszy, w moim przekonaniu poeta powinien przedstawić absurd i żałość istnienia lakonicznie, Zbyt obszerne utwory zniechęcają zresztą do czytania. To dzieło posępnego luminarza Philipa Larkina jest wszakże tak zatrważające, że uczyniłam wyjątek. Nie zgadzam się z autorem – dla mnie nie-bycie, anihilacja osobowości byłoby błogosławieństwem. Wszelako przemijanie, śmierć, to jednoznaczna i bezlitosna ohyda. Nie wiem, czy będę przed śmiercią skomleć czy stawiać opór, zapewne jedno i drugie.
***
Przejechałam w oparach lęku do domu, okazało się wszakże, że wolno mi przedłużyć quasi-urlop o tydzień z powodu długiego weekendu. Wróciłam zatem nad morze, żywiąc nadzieję, że na Wybrzeżu będzie chłodniej (rzeczywiście niebo zasnuły opiekuńcze, granatowe chmury).
W pociągu jak zazwyczaj torturował mnie lęk, aczkolwiek w przedziale były prawie same kobiety – zazwyczaj trafiam na nieogolonych, stroniących od dezodorantów mężczyzn w letnich spodniach z ogromnymi, włochatymi łydami – najbardziej dotkliwa zniewaga dla wszelkiej estetyki, triumf materii w odrażająco karykaturalnej formie.
Jakoś przetrwałam, ale już w hotelu dopadła mnie lękowa biegunka – przechodziłam cykl niewiarygodnych katuszy, siedząc w toalecie. Jak potem wyglądało wnętrze muszli, to temat na osobną epopeję. Byłam pewna, że zostanie ze mnie tylko skóra. To tyle w kwestii duchowego odrywania się od ciała…